Fantasy · 25 min czytania
Wstęp do Przypowieśći Zachodu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zbliżało się południe. Ptaki śpiewały na rozkołysanych gałęziach drzew, łagodny wiatr zaginał wysoko rosnącą trawę, która rosła wzdłuż traktu, jakim jechał. Gdzie niegdzie zza drzew wyłaniały się sarny, aby przyjrzeć się podróżującemu. Jechał wolno, na gniadej klaczy, owinięty był szarym płaszczem. U boku siodła, doczepiony był tobół i dwa długie zawiniątka. Natura jakby przyglądała się podróżnikowi, drzewa zdawały się nachylać ku niemu, ptaki zaprzestawały śpiewu i spoglądały kręcąc główkami. Jadący pospieszył konia, wiedział, że znajduje się koło lasu Oren, lasu, zamieszkałego przez przeróżne żywe stworzenia, te normalne oraz te magiczne. Wiedział również, że wszystkie zwierzątka leśne są tutaj na usługach królowej Orenu Lytyny. Co prawda nikt nigdy jej nie widział, ale krążyło wiele pogłosek na temat jej wyglądu oraz mocy, znając je wolał nie zadzierać z potęgą lasu. Jadąc tak traktem, dojechał do miejsca, w którym droga rozdzielała się na dwie części a pośrodku stał drogowskaz. Odczytał na głos, co było na nim napisane: - Lewo: Veneluxia, prawo: Osada drwali „Droomour”. Przed nim dalej ciągnął się las, ale tutejsze drzewa nie były zwyczajne. Ich korzenie wyrastały z ziemi, wijąc się oplatały inne drzewa, a ich liście miały zielono fioletowy odcień. Spoglądając w głębie lasu, można było zauważyć tylko mrok, jakby światło nigdy tam nie dochodziło a drzewa tworzyły barierę przed nieproszonymi gośćmi. Pobliscy mieszkańcy wsi to wiedzieli, ale cięcia i ubytki w korze, ledwo widoczne dla oka, mówiły, że jednak nie wszyscy to wiedzieli. Nie miał co się dłużej przyglądać, było już południe, a on nie miał czasu na dłuższe postoje, musiał się spieszyć. Popędził konia w prawo, do osady Droomour. Ziemia pod kopytami klaczy była miękka, pryskała we wszystkie strony i tworzyła wyraźne ślady, kiedy to koń nań stąpał. Po niecałych paru minutach las po lewej stronie traktu nagle się urwał, jak zaczarowany. Wtem zamiast lasu można było ujrzeć coś, na co z całą pewnością wszyscy podróżni się zatrzymywali. Ogromną puszcze. Puszcza, gdyby była jak każda inna, to nikt by się jej nie przyglądał. Ta była cofnięta od krawędzi traktu, o co najmniej jedną czwartą mili, jej drzewa były wysokie, na co najmniej kilkanaście metrów, a obwód pnia miał ponad trzy metry. Korony drzew były ogromnie rozłożyste, a liście na nich mieniły się fioletem, czerwienią i szkarłatem, a gdzieniegdzie nawet wszystkimi kolorami tęczy. Pomiędzy pniami przebiegały cienie, zapewne nie były to tylko cienie leśnych zwierząt. Dobra energia biła z tej puszczy, przyciągała do siebie ludzi, otumanionych jej pięknem. Wabiła, a ludzie podatni na tak fałszywe piękno wchodzili tam i pewnie nigdy już nie wracali. Ale nie on, on nie mógł się zatrzymać. Spieszył się. Tak, pomyślał, oto właśnie potęga piękna Orenu. ●
- Ej, ty tam! Szybciej, szybciej! Wóz sam się nie rozpakuje. - Gam, może przestałbyś tak drzeć morde, a sam zacząłbyś pomóc w zdejmowaniu drewna z wozów? - Cicho siedź, Turak! Próbuje nauczyć nowego jak to ma porządnie robić, a nie jak łajza! Atmosfera w Droomour była dość gęsta, ponieważ była środa, dzień dostawczy. Ludzie gorączkowali się, aby wozy pełne drewna, drzewa, chrustu i innych leśnych cudów, jakimi obdarzyła ich matka, były rozpakowane do wieczora. Wozów było dużo, bo przyjeżdżały one z każdej okolicznej wioski, a osada, pomimo, że osadą była zwana, nie była za duża. Ale miała ona znaczne znaczenie gospodarcze wśród mieszkańców okolic, ponieważ była jedynym z nielicznych miejsc handlu drewnem na zachodzie królestwa Adante. Z Droomour drewno jechało albo do położonego na wschód miasta Elune, które było jednym z pięciu handlowych gigantów Adante, albo do Veneluxii, położonej na zachodzie królestwa, tuż przy Morzu Zielonym. Miasto to, posiadało również port, co dostarczało zyski, nie tylko z przemysłu leśniczego, ale także i rybołówstwa. Oprócz portu było stolicą lecznictwa w kraju. Veneluxia posiadała największy szpital, szkołę medyczną oraz szkołę dla młodych czarodziejek, które w większości i tak trafiały do szpitala, albo na służbę medyczną. Szkoła była przeznaczona tylko dla uczennic, ponieważ jej dyrektorka, Sona Srebrnooka, ponoć nie znosiła chłopców i w łóżku także preferowała kobiety. Ale mówiła także, że nie wyobraża sobie prowadzić największej magicznej uczelni w kraju, do której uczęszczałyby osoby dwóch płci, ponieważ wtedy szkoła z magicznej stała by się szkołą porodową. Chłopców wysyłano do szkoły dla czarodziejów głównie w Uteborgu, ale i do paru innych także. Samo Droomour, zbudowane było w większej części, co nie trudno odgadnąć, z drewna. Osada drwali musiała jednak posiadać kuźnie, która jednak zbudowana była z kamienia, aby podczas przekuwania metalu, którego oczywiście było tam tyle, co kot napłakał, nie spalić całej osady. Historia założenia Droomour sięga setek lat wstecz, kiedy to ubogi drwal, wygnany z domu, postanowił wybudować miasto, godne tego, aby znajdowało się nieopodal Orenu, a elfy, driady i inne wesołe i skore do pomocy żyjątka leśne, widząc jego zaangażowanie, pomogły mu w wybudowaniu całej osady. Tak głosiła ludowa historia, wszystkie jednak inne źródła podają, że co prawda był jakiś drwal, ale został on z rodzinnej osady wygnany, w akcie zemsty zabił swego ojca, przywódce wioski, po czym przejął jego stołek i kazał sfałszować historie miasta, co udało mu się dopiero, gdy wybił połowę mieszkańców. Oraz kazał sobie wybudować pomnik. Drewniany. Ale tak naprawdę nikt nie zna dobrze całej prawdy, ponieważ zapisana jest ona w Ukrytych Kronikach, pilnowanych przez Bóg wie kogo, i Bóg wie gdzie. ●
- Dobra, koniec roboty na dziś, nieźle się spisaliście panowie! Ty też, nowy – rzucił Gam do „nowego”, chłopaka, który ledwo co przekroczył szesnaście lat i jak nakazywała tradycja, zaczynał pracować w osadzie, zaczynając od wyładowywania towarów. Ci bardziej ułomni swoją karierę rozpoczynali i kończyli na tym, ci mniej mogli zajść dalej, znacznie dalej, tak jak Gam i Turak. - D-dziekuje bardzo. – Wyjąkał młodzieniec. – T-to dla mnie ogromny zaszczyt.. - Przestań biadolić – Gam klepnął mocno chłopaka w plecy. – Tylko wracaj do domu, w końcu mamy fajrant. Gam klepnął młodego mocno, trochę za mocno. Nastolatek przewrócił się, pod wpływem ciosu Gama, który był słusznej postawy. Ale nowy szybko się podźwigał, otrzepał przód ubrania z kurzu i wiórów i szybkim krokiem udał się w stronę domu, potykając się, co jakiś czas. Kiedy to już prawie wszyscy wrócili do domów, Turak wytyczył ludzi, do zamiatania ulicy, a sam udał się z Gamem do jedynej karczmy w osadzie, karczmy „Pod Złotym Jeleniem”. W karczmie jak zawsze było tłoczno, tłum ludzi toczył się wokół stołów, niektórzy nawet zaczynali tańce, nie tylko na podłodze, a do tego cały lokal wypełniony był zapachem gorzały. Barczyści, niestarannie ogoleni i porządnie wstawieni drwale starali się poderwać dwie młode kelnerki, córki barmana, szczypiąc je raz po raz w pośladki. One za każdym razem podskakiwały i głupio się chichrały niczym podlotki, ale nic więcej, stwarzały pozory dla pijanych mężczyzn. Jedyną, która nie stwarzała pozorów była lekko pulchna kelnerka, z czarnym pieprzykiem u dołu warg. Dostawiała się do każdego chłopa po kolei, trącając go swoimi biodrami. Ona, podobnie jak oni, też zawsze była zalana w trupa, a do tego już dawno po pięćdziesiątce. Drwale tylko ją odpychali od siebie, jednak woleli pozostać na szczypaniu młodych pośladków, a nie głębszej zabawie ze starymi. Gam i Turak znaleźli sobie jakiś wolny stolik w rogu karczmy, w cieniu gdzie nikt raczej nie przebywał, chyba, że leżąc pod stolikiem. Zamówili po kuflu piwa i zaczęli rozmowę. - Już zaraz wieczór, a oni dalej nie wrócili. – Zaczął Turak, spoglądając na boki, czy aby nikt ich nie obserwuje. - Spokojnie – przemówił Gam. – Wiesz przecież, jakie dostali zadanie, nie jest to takie łatwe. - Wiem, ale już parę razy też mieli takie zlecenie i za każdym razem wracali nawet chwile po południu. - Trzeba im zaufać, są zawodowcami w swoim fachu, a ta sprawa tego gościa, łatwą nie będzie. - Wytłumacz mi tylko, dlaczego? Dlaczego on ma zniknąć, czego się obawia nasz – Spojrzał przez ramie jeszcze raz – Zleceniodawca? - To proste jak sikanie. Człowiek, po którego Oni wysłali, ma im ponoć bardzo pomóc. Raczej nie dowiemy się, w jakiej to sprawie. Ale skoro nasz „zleceniodawca” kazał się go pozbyć, tak się stanie, inaczej to my zostaniemy skróceni o głowę. Jedyne, co wiemy, to to, że nasz cel może być bardziej agresywny, niż inni ludzie oraz, że jego osoba miała znaczny wpływ w losy naszego królestwa, a jeszcze większy w losy samego Irtonnar. - Cholera jasna. Irtonnar? To Irtonnar? - Nie inne. – Odpowiedział z kwaśną miną Gam. - Mam nadzieję, że nie mamy do czynienia z jednym z Vaal’raków. – Mina Turoka w żadnym stopniu nie mogła przypominać wesołej. - Uspokójmy się, ma to być zwykły człowiek, żaden z tych mutantów. A poza tym, został wysłany cały oddział, tym razem dla pewności. – Na twarzy Gama tym razem zagościł szyderczy uśmiech. – Oj nie ma szans, biedaczyna, nie ma szans. Nawet nie wiedział, jak bardzo się myli. ●
Spieszył się, ale jednak za wolno. Dopadli go w pięciu, dwóch pędziło na koniach tuż za nim, dwóch wyskoczyło mu na drogę kilkadziesiąt metrów przed nim, celując z łuków w jego stronę. Ostatni ukrył się na drzewie po prawej stronie traktu, myśląc, że jest niewidoczny dla jeźdźca, ale tylko myśląc. Każdy z napastników, oprócz łuków miał do pasa przypięty jednoręczny miecz, sztylet i toporek. Odziani byli w ciemno zielone i brązowe, krótkie płaszcze z kapturami, czarne chusty, zasłaniające twarz i wysokie prawie do kolan, ciężkie buty. Następujące wydarzenia potoczyły się w mgnieniu oka. Zbiry z przodu wystrzelili po jednej strzale, jeździec schylił się w siodle, unikając obydwu. Podczas schylania odpiął prawą klamrę u siodła oraz zwolnił tempa, prawie się zatrzymując. Tył już go doganiał a przód był tylko parę metrów przed nim. W tej chwili przyczajony na drzewie zabójca, wystrzelił. Była to strzała śmiertelna, nikt by nie zdołał jej zauważyć ani przed nią uciec. On zdołał. Kopnięciem wytrącił pas z klamry siodła, przechylił się mocno w lewą stronę. Strzała przeleciała nad pustym siodłem, cel znajdował się pod brzuchem klaczy. Łucznik osłupiał. Jeździec, znajdując się pod klaczą, szarpnął siodło, wylądował twardo nogami na ziemi i chwycił jedno z długich zawiniątek, przywiązanych do boku konia. Reszta napastników nie czekała długo, dobyli miecze, trzech z nich jeszcze toporki a jeden sztylet. Otoczyli go, zbir z drzewa również do nich dołączył, poprzednio ze swojej kryjówki zeskakując. Zaatakowali od razu, bez zastanowienia, ale każdy ruch mieli opracowany prawie do perfekcji. Atakowany szybko się schylił, podniósł się również szybko, ale zamiast zawiniątka w ręku, trzymał, miecz półtoraroczny, którego ostrze lśniło odbijając promienie zachodzącego słońca. Zatoczył się w zamaszystym piruecie, trzymając miecz ostrzem w dół, ale jednocześnie zasłaniając sobie gardą twarz. Udało mu się odbić prawie wszystkie ataki, jeden przeciął mu kawałek płaszcza, płytko raniąc go w prawe ramię. Nie czekając, przystąpił do ataku, ale zauważył, że czworo z przeciwników jest gotowych do dalszego natarcia. Zauważył także, że walczą oni schematycznie, czym właśnie przybili gwoździe do sowich trumien. Dwóch obok siebie chciało ciąć w pionie, a drudzy, płasko, od boku. Był na to przygotowany, wykonał półobrót, uginając lekko nogi i zamachując się mieczem nad głową. Dwóch nie zdążyło uniknąć ostrza, przeciął im tętnice, a stal lecącą na niego od góry zablokował ostrzem miecza, wspomagając się w razie czego, opierając przegub lewej ręki na tym że ostrzu. Odepchnął atak. Słyszał biegnącego za jego plecami napastnika, tego, który nie zdołał się otrząsnąć po jego piruecie. Szybko przybliżył lewą rękę do ciała, nakreślił w powietrzu jakieś znaki, po czym gwałtownie pchnął rękę w stronę dwóch zbirów. Odlecieli trochę do tyłu, pod wpływem zaklęcia wiatru, tracąc równowagę. Wykorzystał to, ale nie do końca. Zrobił dwa szybkie i długie kroki do przodu, wyrwał jednemu sztylet z ręki, natychmiast obrócił się na lewej nodze, prawą dostawił również szybko, pchając biegnącego napastnika nożem w brzuch. Następnie lekko przenosząc ciężar ciała, wysunął ponownie lewą nogę, kreśląc miękko okrąg mieczem w powietrzu. Błyskawicznie postawił prawą nogę przed lewą, krzyżując je, jednocześnie tnąc głowę zamaskowanemu oprawcy. Wykonał płynny obrót na palcach prawej…