Fantasy · 11 min czytania
Wstęp - "Zabijam Potwory"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Karczma we wsi Trawna cieszyła się dobrą opinią. Położony na północ od Novigradu lokal odwiedzało codziennie kilkunastu gości. Rzadko wybuchały tam awantury, a podejrzane typy trzymały się od niej z dala, gustując w bardziej ponurych lokalach. Karczmarz z Trawnej był bowiem człekiem wesołym, nie żałującym dobrej wódki i pieniędzy na muzykantów. Odbywały się tam tańce i zabawy, co znaczyło dobry zysk. Oberżystę było więc stać na jak najlepsze „wyposażenie wnętrza”. Pewnego dnia do karczmy przyjechał dziwny gość. Zostawił konia przed gospodą, nie przywiązując go nawet, narzucił na siebie płaszcz i wszedł do środka. Nie rozglądając się, podszedł do szynkwasu i grzecznie spytał karczmarza: - Czy mógłbyś mi nalać kieliszek Temerskiej Żytniej? - Niestety nie, panie! – odparł oberżysta. – Nie mamy Temerskiej Żytniej, ale może zechciałbyś coś innego. Nieznajomy podrapał się po schowanej pod kapturem twarzy i westchnął: - A co masz oprócz Żytniej? - Redańską Gorzką, Krasnoludzki Spirytus, Jęczmiennego Księcia, Wyzimskiego Czempiona, Kaedwański Stout i Ryvijskiego Kierka. - Więc nalej mi Jęczmiennego Księcia. Cały kielich – mruknął nieznajomy i odwrócił się. Wodząc po wnętrzu wzrokiem nie znalazł wolnego stolika. Podszedł więc do siedzącego blisko wejścia mężczyzny i spytał, czy może się przysiąść. - A pewnie! – odparł tamten. – Ale postaw mi Krasnoludzki Spirytus! - Widzę, że miłośnik mocnego alkoholu! – mruknął obcy. – Postawię, nie martw się. - Ha! – zaśmiał się mężczyzna. – Porządny z ciebie gość! Pozwól, że się przedstawię, Maciej jestem, Maciej Wójt. Wójtem nie jestem, co prawda, tylko przejezdnym. Kupcem. Znaczy, byłem kupcem do wczoraj…. - Co się stało? – spytał nieznajomy i usiadł naprzeciwko Wójta. - Ograbili mnie bandyci! – mruknął tamten i spuścił głowę. Trzech zbirów, zapewne ludzie zbója Filipa. Zwalili na drogę drzewo i wyskoczyli z krzaków z toporami. Zbili mnie i zabrali cały towar. Cieszę się, że mnie nie zabili… Przerwał na chwilę, bo do stolika podszedł karczmarz z kuflem ciemnego piwa. Podał go nieznajomego i spytał, czy podać coś jeszcze. Obcy postawił Wójtowi Spirytus i zapłacił za swoje piwo. Karczmarz poszedł nalać spirytus. - Gdzie to było?! – spytał nieznajomy. - Kilka mil stąd, niedaleko kamiennego kręgu…. Ale na co ci to wiedzieć? - Pozwól, że się przedstawię. – odparł nieznajomy. – Geralt z Rivii, wiedźmin. - Wiedźmak?! - zdziwił się tamten. – Zabójca potworów! Los mi sprzyja, przysłał lekarstwo na me kłopoty. - Dlaczego uważasz, że ci pomogę?! – spytał Geralt i zdjął płaszcz. Wygląd jego zadziwił kupca. Wiedźmin miał całkowicie białe włosy, ale nie wydawał się przy tym zbyt stary. Twarz miał pełną ran i blizn, brodę krótką, wąsy proste, opadające do brody. Najciekawsze były jednak jego oczy, jakby kocie. Ogromne z pionowymi źrenicami. Geralt był ubrany w zbroję, na plecach wisiały w pochwie dwa miecze. Jeden stalowy, drugi srebrny. Wójt widząc je przełknął ślinę i odpowiedział: - Bo mogę ci dużo zapłacić, jeżeli odzyskam towar. Wiesz co przewoziłem, wiedźminie?! Alkohol pierwszej jakości. Krasnoludzki spirytus, Foltesta, Pana Evereca, Biesówkę, Skelligijską, Herszta… - Rozumiem – skinął głową wiedźmin. – Alkohol pierwszej jakości…. Hmm ile tego miałeś? - Dużo…. Tyle, że nawet krasnolud nie wypiłby połowy tego w jeden dzień. Cały wóz. Proszę cię, pomóż mi! - Jestem zabójcą potworów, nie ludzi – odparł Geralt. – Ale skoro oferujesz mi dużo.. - 200 koron! Wiedźmin zaśmiał się sucho i wycedził bez uśmiechu: - Tyle zazwyczaj biorę za stado nekkerów. 500 koron. - 300, jeżeli odzyskam ładunek nienaruszony! – mruknął Wójt. - Na to nie licz – odparł wiedźmin. – Bandyci z pewnością piją teraz twojego „Herszta”. 450 koron. - 350 i ani korony więcej! - 400 koron, inaczej ci nie pomogę! - Ty krwiopijco! To dużo, ale niech ci będzie. Muszę odzyskać ten towar za wszelką cenę, inaczej kończę z kupiectwem. Dobrze, już dobrze dostaniesz tyle! - Więc gdzie cię napadnięto dokładnie? Mówiłeś, że obok jakiegoś kręgu…. - Tak, tak! Obok kamiennego kręgu na południu, za rzeką. Ludzie mówią, że tam straszy i boją się tam zapuszczać. W dodatku w okolicy krąży banda zbója Filipa. - Co to za zbój Filip? - Groźny morderca, wiedźminie! Był kiedyś wojakiem, ale zdezerterował. Grabi i morduje przejezdnych, a także mieszkańców. Nikt nie chce mu w drogę wchodzić. - Postaram się odzyskać twój ładunek – skinął głową Geralt. – Zbadam miejsce, w którym cię napadli. Bywaj! - Bywaj! Wiedźmin narzucił płaszcz i wyszedł z lokalu. Koń stał spokojnie pod karczmą , skubiąc trawę. Geralt pogłaskał go po łbie i wskoczył na siodło. …
Dochodziła północ, kiedy wiedźmin dojechał do miejsca, w którym napadnięto kupca. Drzewo było dalej zwalone na drogę. Wiedźmin zeskoczył z konia i złożył ręce w znak Axii. Była to zdolność uspokajająca, działająca również na ludzi. Był to znak niebezpieczny, zmuszających ludzi do posłuszeństwa. Wiedźmini używali go jednak tylko w niektórych sytuacjach, nigdy dla własnej korzyści. Kodeks zabraniał im używania Axii na sprzedawcach, czy rzemieślnikach, używania go w rywalizacji czy grze w karty. Wiedźmiński kodeks był surowy. Zabraniał wielu rzeczy, między innymi zabijania potworów rozumnych bez powodu, czy używania broni innej niż miecz w walce z bestiami. A co do samych łowców potworów, to byli to ludzie