Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Religia · 6 min czytania

Wszyscy boimy się osierocenia- Jan Paweł II umiera

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Mamo, papież umiera- powiedziałam 1 kwietnia 2005 roku o 7.14. To wcale nie był prima aprilis. Zrobiło się dziwnie. W szkole jak zwykle o wszystkim zapomniałam. Miało być śmiesznie, a wcale nie było. Dlaczego? Tego nie wiem. Nie chcę szerzyć proroctwa o smutku młodzieży, bo „młodzież” w mojej szkole zapewne dowiedziała się o stanie papieża po zajęciach. Mnie ta wiadomość obudziła- mam budzik z wbudowanym radiem. Dzień był niesamowicie piękny. Słońce, takie wielkie, czyste. Przynajmniej u mnie. W Watykanie- też piękna pogoda. Skąd to wiem? Po szkole „przyssałam się” do telewizora i oglądałam wszystko, co podawali na tvn 24. Może i żerują na tragedii. Ale nie mogłam się oderwać. A potem- przecież wszyscy wiedzą- było coraz gorzej. Tylko gorzej. Meczety, synagogi, cerkwie, bazyliki, świątynie- te w Filipinach, Meksyku, Peru i Rosji- wypełniły się ludźmi, zwyczajnymi ludźmi, którzy wciąż modlili się. To nic, że każdy do innego Boga, inaczej pojmowanego z innymi zasadami. Mieli przecież jeden cel. - Na co oni czekają?- spytałam dość głupio. - Hm. Oni wszyscy czekają na cud. Zjednoczony świat w modlitwie- myślę, że tego właśnie oczekuje od nas Papież. Oglądałam telewizje do dwunastej. W komórce czekały dla mnie smsy: MÓDLMY SIĘ ZA JANA PAWŁA II- O 22.30 ZMÓW DZIESIĄTEK RÓŻAŃCA. NIECH CAŁA MŁODZIEŻ ZJEDNOCZY SIĘ W MODLITWIE. PRZEKAŻ TO INNYM. Oto promyk [] dla Jana Pawła II. Bądźmy z nim w tych ostatnich chwilach. - Mam iść spać? – zapytałam się rodziców - No tak. - Ale on dzisiaj umrze.

Zasnęłam spokojnie. Nie miałam snów tej nocy. Potem znowu mój nieszczęsny time clock obudził mnie komunikatem: stan papieża jest wciąż ciężki. Przez sen pomyślałam sobie, ach, jakież to śmieszne, przecież on już dawno nie żyje. Ale gdy wstałam okazało się, że nadal walczy. Walczy ciężko, chyba sam, przeciwko sobie, przecież cierpi.

Potem pojechałam do Krakowa na kurs. Jestem tutaj codziennie i nie zdałam sobie sprawy, że tego dnia będzie działo się w Krakowie coś szczególnego. Oczekiwanie. Nadzieja. Pierwszym znakiem była kolejka na parking na placu szczepańskim. Tam są zawsze wolne miejsca, jeszcze nigdy nie widziałam, żeby cały zapełniony był samochodami. Powietrze było cieplutkie, wiosenne a na niebie znowu- żadnej chmury. - Mamo, czy to jest daleko, Frańciszkańska?- spytałam, bo wczoraj bardzo chciałam się znaleźć, wśród tego tłumu, cichego i spokojnego, który stał, cierpliwie się modlił. Przecież nie wierzyłam wcale zbyt gorliwie. Ale nagle- jak pewnie większość ludzi- zdałam sobie sprawę, że tylko w taki sposób mogę coś zdziałać- dołączyć się do tłumu. Każde serce przecież jest ważne. - Nie, to niedaleko. - To możemy tam pójść?...

Na plantach już zobaczyłam tłumy. Niektórzy tylko sobotni spacerek, inni szli po…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%