Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 10 min czytania

Wszyscy jesteśmy drobnymi narkomanami, czyli oczam

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Prolog

Miami... Boskie, słoneczne, roznegliżowane Miami. Cudowna architektura, palmy, Ocean Atlantycki i cycki... Tak, cycki to zdecydowanie najlepszy element otaczającego mnie otoczenia. Cycki na ulicach, cycki na plaży, cycki w klubach, cycki w sklepach, cycki w szkołach. I co ma zrobić młody człowiek, taki jak ja, który wśród tych nieopuszczających go biustów musi się martwić małym powstańcem, co rusz obejmującym wachtę w jego spodniach? Ja na przykład myślę o pogrzebach i tyłku babci Juanity, który przez przypadek przyszło mi ujrzeć podczas urodzin ojca. Nazywam się Matias Gonzales, po prostu Mat, i mam dwadzieścia jeden lat. Pozwólcie, że nie będę tu pieprzył o dacie swojego urodzenia i miejscu dorastania, bo w sumie kogo obchodzi cholerny Meksyk i jego narkotykowe biznesy. Grunt, że teraz jestem tutaj, w Miami i nie musimy się już martwić, że ktoś z konkurencyjnego „stowarzyszenia” rozwali łeb mojemu staruszkowi, który, nie oszukujmy się, ma smykałkę (albo i dwie) do nielegalnych interesów. W sumie to pobyt tu zawdzięczamy mojej mamie, bo ojciec na początku upierał się przy śmierci z godnością w Meksyku, ale Yanelis przypieprzyła mu w głowę deską do krojenia, wołając, że gdy on umrze, to ona znajdzie sobie bogatego Amerykanina, więc ojciec musiał ustąpić. Nie odzywał się do niej przez dobry tydzień, paląc skręta za skrętem i zasypując furię kokainą mieszaną z brandy. Bo Yanelis zawsze stawiała na swoim i bezsensownym było przedłużanie nieuniknionego. Często nawet zastanawiałem się które z nich jest głową naszej rodziny...

Rozdział 1

Był piątek, kurewsko słoneczny piątek, zauważyłem to od razu, gdy dźwięk dzwonka komórki gwałtownie wybudził mnie ze snu. Ledwo opanowałem chęć rozjebania telefonu o ścianę. Odruchowo spojrzałem na zegarek, ale to tylko spotęgowało moją wściekłość. Kto, do cholery, ośmiela się mnie budzić o trzynastej rano? Przecież to jakieś pieprzone szaleństwo, normalni ludzie jeszcze śpią o tej porze, zwłaszcza po trzydniowym melanżu. Łeb pękał epicko, słońce raziło oczy, a dzwonek boleśnie wdzierał się w mózg, zupełnie jakby chciał wyżreć mi jego zorane resztki, więc dzień zapowiadał się cudownie. Telefon ucichł. Miałem nadzieję, że zaraz wszystko wróci do normy i będę mógł wypiąć dupę ku oknu, wcisnąć łeb w szparę między łóżkiem a ścianą i powrócić do krainy, gdzie jestem tylko ja i mój harem... Bez pierdolonych Alexów, który postanowił zadzwonić ponownie. Niemalże słyszałem jego tryumfalne „nie ma spania, chuju” jadowicie wyplute pomiędzy sygnałami. - Halo... - rzuciłem nieprzytomnie po naciśnięciu zielonej słuchawki. - Halo, czy tu biorą? - usłyszałem damski głos należący do Vero, dziewczyny Alexa. - Bo potrzebuję grubej ryby na wieczór... - Nie, maleńka, zły adres. - Na co łowisz, kałboju? - Vero nie dawała za wygraną. Miała cholernie seksowny, niski głos. Alex poznał ją na jakimś forum dla małoletnich ćpunów i przez pół roku, kilka godzin dziennie siedzieli na skypie, pieprząc o dupie maryny i uprawiając wirtualny seks. Powietrze w domu tego gnoja było aż lepkie od miłości, zupełnie jak prześcieradło w jego łóżku, w które namiętnie się spuszczał, myśląc że nikt o tym nie wie. Naiwny debil. W każdym razie Vero w końcu przyjechała do niego z wizytą i jak wpadła, tak już nie wypadła. - Na bułkę, kurwa. Nie macie co robić? - Obróciłem się na drugi bok, kładąc telefon na uchu tak, żebym nie musiał go trzymać i wolną już dłonią podrapałem się po dupie. - No właśnie mamy, tylko ciebie tu brakuje, Matty – zaszczebiotała, a ja miałem przed oczami jej długaśne, trzepoczące rzęsy. - No chodź, Gonzales. Jest piątek, a ty gnijesz jak ostatnia cipa w łóżku zamiast rozkręcać oporowy balet, wstydź się... Gdyby Alex powiedział do mnie coś takiego odparłbym po prostu „ssij jaja” i wcisnął czerwoną słuchawkę, ale to Vero wisiała na linii oczekując odpowiedzi, a moja ambicja nie pozwalała mi okazać słabości. - Muszę się ogarnąć – ziewnąłem. - Ależ my cię tu odpowiednio ogarniemy, skarbie – zachichotała zalotnie. - Miałem na myśli prysznic, jakieś szybkie śniadanie, szybką robótkę ręczną... - Po co się będziesz mył? Przecież zaraz i tak się spocisz. Nie martw się, sami swoi, melanż będzie epicki, nawet jak będziesz trochę podśmierdywał, Mat. Zresztą Alex i ja chyba straciliśmy węch po ostatnim amfetaminowym maratonie, więc możesz sztynksić do woli - ostentacyjnie pociągnęła zawalonym nosem, skąd ja to znałem - bo i tak przecież nikt... - Odezwę się za godzinę – przerwałem jej i rozłączyłem się zanim roztrajkotała się na dobre. Vero zawsze dużo mówiła, niezależnie od tego czy była wyćpana, czy trzeźwa. Momentami nie dawała nam dojść do głosu przez długi czas, pieprząc bez sensu o wszystkim, o czym tylko pomyślała. Raz

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wszyscy jesteśmy drobnymi narkomanami, czyli oczam — czytnik · opowiadania