Hobby · 11 min czytania
Wszyscy jesteśmy oskarżonymi w procesie życia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Wszyscy jesteśmy oskarżonymi w procesie życia
Smutne życie pisarza
Pisarstwo, jak każda sztuka, to ciężkie, prawie nigdy niedające pełnej satysfakcji powołanie. Tysiące autorów poświęciło wszystko dla swoich dzieł i umarło w biedzie przekonani, że tak naprawdę nic nie dokonali. W ten obraz doskonale wpisuje się Franz Kafka. Za życia prawie nic nie opublikował, marzył, by zostać pisarzem i nigdy nie zaspokoił swojego głodu tworzenia przez wyczerpującą pracę i surowego ojca. Jednak po jego śmierci (1925r.) okazało się, że właśnie to on jest wybitnym przedstawicielem praskiego ekspresjonizmu. Jego powieści są mroczne i pozbawione humoru. „Proces” uważany jest przez wielu za idealny przykład, jak ustrój totalitarny może zniszczyć jednostkę. Przypisywanie jednak Kafce zdemaskowania mechanizmów działania sądów i organów ścigania w Trzeciej Rzeszy czy w Związku Radzieckim jest całkowicie błędne – nie, Kafka nie mógł o tym napisać, bo po prostu umarł dziesięć lat wcześniej! Nie mógł przewidzieć działania tajnej policji. Co więc miał na myśli pisząc „Proces”? Odpowiedzi jest mnóstwo, a oto jedna z nich.
Pytania bez odpowiedzi
W tej opowieści jest coś elektryzującego. Przykuwa uwagę od pierwszych słów (słynne: „Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo, że nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany”) i trzyma w napięciu do końca. Jednak, co jest najbardziej intrygujące, jest niepełna. Wątek tajemniczo urywa się w rozdziale ósmym, a pozostałe dwa do niego nie nawiązują. W dodatku autor poprosił swojego najlepszego przyjaciela Maxa Broda, aby spalił pozostawione mu w spadku rękopisy. Dlaczego? Czy uważał, że jego dzieło nie jest dość dobre? To wszystko rodzi niepokój, pobudza do myślenia, czy aby na pewno to, co uznaliśmy za wielkie, w istocie takie jest. Z niepewności rodzą się pytania: 1. Jak miał się zakończyć ósmy rozdział? 2. Czy miały być dalsze rozdziały i, jeśli tak, co miały zawierać? 3. Dlaczego Franz Kafka kazał spalić „Proces”? Niestety, odpowiedzi są przed badaczami na zawsze ukryte, ale można je przynajmniej sobie wyobrazić.
Niedokończona opowieść
Część 22 / 2
Ósmy rozdział miał mieć kontynuację – przecież nie wiemy, czy w końcu Józef K. wypowiedział adwokatowi, czy nie. Jest nawet podejrzenie, że mimo szczerych intencji – nie. Przecież potem do bohatera dzwoni służąca adwokata, Leni i jakby nigdy nic pyta o jego zdrowie. Kobieta była jednym z powodów, dla którego chciał pozbyć się adwokata. Przecież nie mógł go zwolnić i jednocześnie nadal spotykać się z jego osobistą pielęgniarką, o której zresztą Józef dowiedział się, że sypia z każdym z klientów. Podczas rozmowy adwokata z Blockiem K. utwierdza się w przekonaniu, że musi zostawić nie tylko swojego pełnomocnika, ale i również wszystko, co ma z nim wspólnego, łącznie z Leni. Czemu więc później dzwoni ona do niego i rozmawiają jak dobrzy znajomi? Franz Kafka chciał nam coś jeszcze powiedzieć, w niedokończonym rozdziale, a może i w następnych, których już nigdy nie będziemy mieli szans przeczytać. Tak samo o innym, dłuższym zakończeniu ósmego rozdziału świadczy rozmowa Józefa z Księdzem, w której K. skarży się, że jeszcze nawet nie ma gotowego podania. Przecież dlatego chciał zwolnić adwokata – oskarżał go o zbytnią opieszałość! Te wszystkie szczegóły wskazują na jeden wniosek: K. nie wypowiedział adwokatowi! Ale czemu? Nie wiemy.
Józef K.
Często słyszy się twierdzenie, że główny bohater to taki everyman. Nie ma osobowości i nie należy podejmować interpretacji od drobiazgowego przestudiowania jego charakteru. Nic bardziej mylnego! Józef K. i jego charakterystyka są tu bardzo ważne. Musimy zdać sobie sprawę, z kim mamy do czynienia, zanim pójdziemy dalej. Zatem Józef K. to młody kawaler, który dość wcześnie doszedł do zaszczytnej, wysokiej posady w banku. Należy do tak zwanej „wyższej sfery”, co w dalszej interpretacji okaże się bardzo ważne. Fascynują go kobiety, zwłaszcza ich seksualność. O każdej napotkanej niewieście myśli jak o potencjalnej kochance. Kobiety, z którymi nie mógł odbyć cielesnego stosunku praktycznie dla niego nie istniały (panna Montag; jego kuzynka, która opowiedziała Wujkowi o procesie K.). Jest szanowany w banku, właścicielka pensjonatu, pani Grubach go uwielbia. Można przyjąć, że nie zalega z czynszem, płaci podatki, jest niekarany. Wydaje się być niemal wzorowym obywatelem. Zostaje jednak aresztowany. Czy zrobił coś złego? Nie, a przynajmniej nie przypomina sobie żadnego przewinienia. Józef K. zostaje oskarżony nie za jeden szczególny przypadek, ale za wszystko. Za to, jakim jest człowiekiem. I tym zawinił.
Kancelarie na strychach i obskurne sale sądowe
Duszne, biedne, brudne pomieszczenia – oto najlepsze epitety opisujące instytucję mającą moc oskarżania każdego. Źle ubrani, wychudzeni, opryskliwi – oto ludzie mający moc skazania kogoś na karę śmierci. Strażnicy to prości ludzie, którzy myślą tylko jak tu zarobić kosztem Oskarżonego. Nadzorca, w którym K. z początku pokłada taką nadzieję, okazuje się również człowiekiem prostym i niewykształconym. Ludzie zgromadzeni na sali sądowej podczas pierwszego przesłuchania