Rodzina · 8 min czytania
Wszystkiego najlepszego, Mareczku...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Spojrzał na ścianę, która kiedyś, owszem, była biała, ale jej pierwotny kolor przyćmiły wszelkiego rodzaju plamy, od różnych zup, przez czerwień malin, na zwykłym, szaroburym osiadłym brudzie kończąc. Patrzył, próbując stwierdzić, czy ta pomarańczowa plama, która znalazła sobie miejsce tuż obok wtyczki, z której teraz wystawały dwa, długie i grube kable, jest z zupy pomidorowej czy może tego pysznego sosu do spaghetti? -Marek, co robisz?- dobiegł go głos, którego nienawidził za wciąż ten sam rytm i monotonność. -Nic!- odkrzyknął. Znów spojrzał na ścianę. Utrzymanie w czystości białego koloru, szczególnie posiadając dzieci nie było łatwe. Na początku i owszem, próbowali, później dali sobie z tym spokój. Dlaczego więc, cholera, nie zabrali się za czyszczenie tej ściany teraz, kiedy dzieci są już prawie dorosłe, a oni, co tu kryć, w podeszłym wieku, i tak nie mając czym wypełnić wolnego czasu? Może dlatego, że ta ściana była jak ich własne, mozolnie tworzone dzieło sztuki? Może dlatego, że kiedy był zdenerwowany uspokajał się patrząc na nią i odgadując, jak powstały plamy? -Mógłbyś w końcu naprawić te drzwiczki od szafki? Nie odpowiedział. Zacisnął powieki na kilkanaście sekund, po chwili otworzył je, ostatni raz spojrzał na ścianę i wszedł do przedpokoju. -Marek?! Zawiązał mocno sznurówki traperskich butów, które wręcz kochał, mimo że miały już swoje lata. Narzucił na siebie skórzaną kurtkę, którą chlubił się do dziś, bo to właśnie ją kupił za pierwsze zarobione w życiu pieniądze. Łatwo było więc wywnioskować, że kiedyś błyszcząca, czarna kurtka dziś była wyblakła i już szyta w niektórych miejscach. Nie wiedział dlaczego, ale czuł się w tej kurtce atrakcyjnie, jakby kobiety wciąż spoglądały na niego ukradkiem na ulicy, szepcząc do siebie: „O rany, ale przystojniak!”. Otworzył drzwi i z całej siły je zatrzasnął. Kiedy zamykał skrzypiącą bramkę, proszącą się o naoliwienie, słyszał jeszcze krzyk żony. Przyśpieszył kroku. *** -Co podać? Zawahał się chwilę. -Wódkę. Całą butelkę wódki. Kelner zanotował coś w swoim notesiku i spojrzał na klienta. -Coś jeszcze? Pokręcił głową przecząco i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że nie wie, czy ma portfel. Sięgnął do kieszeni. Pusto. Pogrzebał w kieszonkach spodni. Też nic. Westchnął, zacisnął zęby i gwizdnął, sprowadzając na siebie wzrok odchodzącego już kelnera. Machnął ręką w geście przywoływania i powiedział: -Przepraszam. Odwołuję zamówienie. Nie mam pieniędzy. Kelner uśmiechnął się ze zrozumieniem, zmiął kartkę i zaproponował: -To może podać chociaż panu czystej wody? -Poproszę. Po chwili zanurzył usta w zimnej, czystej wodzie. Rzecz jasna wolałby palącą w gardle wódkę, ale nie miał wyboru. Podniósł wzrok i zaczął rozglądać się po małej restauracji. Było w niej kilka kobiet, ale żadna z nich nie zaszczyciła go choćby spojrzeniem swoich młodych, pełnych wigoru i na pewno nie otoczonych zmarszczkami oczu. Rosła w nim wściekłość. Wiedział, że mimo wszystko, starzeje się, nie jest już atrakcyjny. Może fakt ten przyjąłby łagodniej, gdyby wiedział, że ma w kimś oparcie. Kimkolwiek. Że nie jest sam. Ale dziś miał czterdzieste piąte urodziny. Od rana czekał na choćby krótkie „Wszystkiego najlepszego”, ale się nie doczekał. Miał wątła nadzieję, że jeśli żona złoży mu życzenia, to będzie oznaczało, że może jeszcze go kocha, że on istnieje jeszcze w jej życiu. Ale ona nawet nie odezwała się do niego. Wstała, zrobiła wychodzącym do szkoły dzieciom kanapki, sobie zaparzyła gorzką kawę i usiadła przed telewizorem. Marek usiadł obok niej. Czekał. Ale ona, co jakiś czas