Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 14 min czytania

Wszystko, coś i nic (R III i IV)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział III

Szli nieświadomie równym krokiem mijając pojedyncze, nadbrzeżne zabudowania. Zimna bryza, w każdym nieosłoniętym od morza miejscu, owiewała im twarze nanosząc kropelki soli. Dzień był zimny, a słońce ledwie przebijało się przez stalowe chmury, przez to brudna, zaniedbana okolica wydawała się dużo bardziej ponurą niż zwykle. Przystanęli przy zaśmieconej plaży obserwując wzburzone morze. Miało ono znacznie ciemniejszy od nieba kolor, a przy brzegu pieniło się biało-zieloną mazią. - Sądzisz, że poszli za nami ? – zapytał Juan, wkładając zmarznięte dłonie do kieszeni długiego, sztormowego płaszcza. – Musieliby być cholernie uparci, żeby łazić za nami w taką pogodę. - Nie widziałem nic specjalnego. Ledwie paru ludzi, z których żaden nie zdawał się nami interesować. - Najpierw ich liczyłem obserwując, ale potem odechciało mi się. To męczące. - Myślisz, że pułkownik mógł się pomylić ? - Nie wiem. Po prostu nie widziałem nic podejrzanego. - Być może nie jesteśmy w tym dobrzy. - Możliwe. Nigdy nie zastanawiałem się czy ktoś mnie obserwuje. - Wciąż powtarzam, że w tym kraju wszystko jest możliwe – stwierdził Manuel obserwując jak kolejna fala rozbija się o brzeg. - O tak. Masz pełną rację. - Przejdźmy się do portu - zaproponował. - W porządku. Jak stoję jest mi piekielnie nieprzyjemnie. - Wobec tego, po powrocie zapraszam was na kieliszek wspaniałego wina, poruczniku. - Będę zaszczycony kapitanie. Tym razem szli krokiem znacznie mniej równym, nachylając się przy każdym porywie lodowatego wiatru. Port, w rzeczywistości, był niewielką przystanią rybacką, szczelnie otoczoną powyciąganymi na brzeg barkami i wypełnioną umocowanymi kutrami, zapewne dobrze pamiętającymi dzieciństwo obu, niemłodych już mężczyzn. - Rozmawiajmy ze sobą – powiedział porucznik, który ze zmęczenia znowu chciał być cywilem. - O czym ? - Obojętnie, bylebyśmy rozmawiali. - Kiedy rozmawiam nie mogę się skupić na obserwacji. - Musimy udawać, że nie obserwujemy. - Mierda ! – zaklął Manuel. - I tak nikogo nie widzę. Niepotrzebnie marzniemy. - Chyba wcale nie powinniśmy iść dzisiaj do pułkownika. - Tak myślisz ? - Myślę o tym wszystkim i zdaje mi się, że to mnie zaczyna przerastać. - To minie. - Tylko kiedy ? Jak się ma czegoś dość wszystko jest znacznie trudniejsze. - To minie – powtórzył Manuel i przyspieszył kroku jakby chciał uciec od tej dyskusji. Czuł się dużo bardziej bezsilny niż dawniej. Sprawy beznadziejności sytuacji wprawiały go w coraz większe zakłopotanie. Właściwie wciąż krytykował się za błędne decyzje i obarczał sumienie grzechem dezercji, ale to nie poprawiało mu nastroju, a jedynie zmuszało do głębszego poczucia winy. - Niech to szlag – jęknął. - Jak dla mnie poniedziałek powinien być decydujący. Wóz, albo przewóz. Koniec przepychania, to wszystko mnie wykańcza, szczególnie biorąc pod uwagę dzień dzisiejszy. Nie lubię jak sytuacja jest tak skomplikowana. - Chyba czujemy się tak samo. - W końcu stoimy po jednej stronie barykady. - Mam wrażenie jakby tu była więcej niż jedna barykada. - To tylko jedno z tych złudzeń, które powracają gdy myślisz o tym wszystkim, a to jest zbyt zagmatwane i zaczyna przypominać wielkie gówno, a my się w tym gównie taplamy po uszy. - Wydaje mi się, że zawsze było gównem – Juan powiedział to z pełnym przekonaniem i dodał – Naprawdę zawsze. „Podejście prawdziwego patrioty – pomyślał kapitan, który teraz wolał być zwykłym kelnerem. – Wszyscy jesteśmy tacy sami i przechodzimy te same piekielne etapy. Z tym, że jedni są szybsi od drugich. Zaślepieni ideałami żołnierza. Och, gdyby to jeszcze byli żołnierze! To zbieranina szaleńców, którzy mają ideę, dla której gotowi są poświęcić życie. Psiakrew, też jestem takim szaleńcem. Tylko po co do cholery rozkopuję te banały.” - Najchętniej położyłbym się teraz spać – powiedział jeszcze wolniej niż zwykle. – Jestem okropnie zmęczony. - Każdy jest. Prawie każdy. - Tylko, że kiedy śpię nie ma kto czuwać – powiedział Manuel. - Masz wielu zaufanych ludzi. - Owszem – przytaknął zdecydowanie – ale nauczyłem się, że najpewniej jest ufać tylko sobie. - To słuszny wniosek. - Ta pseudo-wojna nasuwa mnóstwo słusznych wniosków. - Przynajmniej w tej, jednej sprawie możemy być wdzięczni. - To głupie być w czymś wdzięcznym wojnie. Z czymkolwiek by się to nie wiązało. - Może masz rację. Bądź co bądź to nowe doświadczenia. - Co do tego, ująłbym to zupełnie inaczej. - Mianowicie ? - Śmiem twierdzić, że pokój przynosi więcej doświadczeń – powiedział to ze słynną, nie znoszącą sprzeciwu pewnością siebie. – Kim byliście zanim to się zaczęło ? Juan zauważył, że za każdym razem gdy rozmawiają o sprawach dotyczących stowarzyszenia, ich dyskusja staje się znacznie bardziej oficjalną. Zwracanie się per żołnierzu, kojarzyło mu się z pewnym brakiem swobody, na który przystawał z niemym ociąganiem. - Byłem nauczycielem – odpowiedział. – Dopóki nasz ukochany Fulgencio Głupio Mordy nie zamknął szkół w La Grande. - Nadal jesteście nauczycielem – stwierdził Manuel. – Tego nikt wam nie odbierze. - Tak, w pewnym sensie tak. A pan kapitanie ? - Lubię kiedy tak rozmawiamy – Manuel uśmiechnął się wąskimi, czerwonymi ustami. – To mi przypomina dawne lata, bo może nie uwierzycie, ale zawsze byłem żołnierzem. Skończyło się tym, gdy odesłali mnie na wcześniejszą emeryturę, jako tak zwany element szkodliwy. Ale niech to szlag, to żadna emerytura. Żyję z tego co zarobiła rodzina – o tym ostatnim kapitan tylko pomyślał, wstydząc się głośnych narzekań. - A skąd pan pochodzi kapitanie ? – zapytał Juan, skręcając w stronę placu. - Pewnie nie słyszeliście o Rio Azul ? - Niestety nie, kapitanie. - Może się tam kiedyś wybierzemy ? Gwarantuję, że się wam spodoba. To piękne miejsce. - Lubię podróżować. Chętnie pojadę. - To w Sierra Maestra – kapitan przypomniał sobie dzieciństwo i ciągnął: – Na najpiękniejszym zachodnim stoku , żeby tam dojechać trzeba pokonać wspaniałą trasę pomiędzy kotliną Javier, a przełęczą... cholera, człowiek ma zawodną pamięć. W każdym bądź razie droga jest naprawdę cudowna. - Rozumiem pana, kapitanie. To piękny kraj. - Najpiękniejszy ze wszystkich. - A jednak cholernie niechciany. Juan pomyślał o porannej rozmowie i próbował sobie jak najdokładniej przypomnieć ową kobietę, ale jej obraz szybko przemieszał mu się z wizerunkiem żony. „Bluźnię – pomyślał. – Cały czas bluźnię. Tyle, że to przychodzi bezmyślnie i niech mi Bóg wybaczy, ale ona była piękna. Nie wiele piękniejszych kobiet widziałem, przez całe życie wcale już nie takie krótkie. To szalone uczucie i chciałbym się go pozbyć, Jezu jak bardzo bym chciał, kiedy nie mogę !” - Wracajmy już – powiedział głośno. – Zmarnowaliśmy mnóstwo czasu na uganianie się za własnym cieniem. - Chętnie powtórzę swoją opinię – powiedział Manuel. – Być może nie jesteśmy w tym wystarczająco dobrzy. - Pieprzyć to – warknął Juan i dorzucił – Panie kapitanie.

Rozdział IV

- Niechże wreszcie otworzy – Manuel niecierpliwił się…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wszystko, coś i nic (R III i IV) — czytnik · opowiadania