Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 31 min czytania

Wszystko dla dobra królestwa - część 1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dziś świętuję 14 urodziny, więc w nagrodę dostajecie tego kolosa ^^ .

{b}Wszystko dla dobra królestwa…{/b}

{i}„Kiedy staram się przypomnieć sobie dni mojej młodości, ogarnia mnie smutek. Piszę to z żalem, gdyż wiem, że nie mogę pokazać słabości mym licznym wrogom. Pamiętam mojego ojca, dobrego Khorana Veynanca. Mojego potężnego brata, Thomasa. Oni teraz nie żyją, a ja ciągle egzystuje w tej żałosnej imitacji życia. Wiem, co zrobiłem źle. Wiem jednak też, że to, co zrobiłem, musiało być zrobione. Musiałem przetrzeć szlaki. Trzeba było posprzątać ten cały burdel. Wszystko to, dla dobra królestwa, rzecz jasna…”{/i}

Vanyas Veynanc z Rodu Veynanców

Stary mężczyzna siedział przed kominkiem, który był jedynym źródłem światła w kolistym pokoju. Żylaste, długie palce obracały leniwie półokrągły dysk, wielkość talerza. Wyryta była na nim strzała trzymana w pysku przez wilka – symbol Rodu Veynanców, władców zachodu Królestwa Northean. Starzec zwał się Khoran Veynanc i był obecnie panem rodu, lordem Veynancheimu. Śnieżnobiała broda opadała łagodnie na klatkę piersiową. Łysą głowę władca chował pod hełmem o dwóch rogach. Jego potężne niegdyś mięśnie obecnie zwiotczały. Rozwodnione oczy barwy żelaza intensywnie wpatrywały się w symbol. Wszystko kiedyś się kończy, pomyślał stary wojownik i westchnął potężnie. Odłożył symbol na bogato zdobiony, marmurowy kominek i ukrył twarz w dłoniach. Dumał chwilę, po czym wstał i podszedł do drzwi. Pociągnął za sznur przy suficie i wrócił do swego siedziska. Starał się przybrać groźny wygląd, co udawało mu się coraz rzadziej. Przez kilkanaście minut nic się nie działo, aż w końcu lord usłyszał szybkie kroki na spiralnych schodach, prowadzących do jego wieży, jego samotni, której nie opuszczał już od kilku tygodni. - Ojcze? – zza drzwi dał się słyszeć potężny głos syna Khorana, Thomasa. Niedawno wszedł w wiek męski i jedną z oznak tego był basowy głos, który odbijał się od nagich ścian wieży. - Wejdź, synu – powiedział ojciec i skinął machinalnie ręką. Dębowe drzwi otwarły się szeroko i do pokoju wszedł nieco pochylony, potężny syn lorda zachodu. Thomas Veynanc był wysokim, potężnie zbudowanym mężczyzną o gęstych, czarnych włosach oraz pierwszych śladach zarostu. Khoran uśmiechnął się. Jego potężny syn był bardzo podobny do niego samego, jeszcze dziesięć lat temu. Nawet zacięty, surowy wyraz twarzy był tak podobny do niegdysiejszego oblicza starego Veynanca. Myśl o tym, kim był teraz, starła uśmiech z twarzy władcy. Stracił wiele w czasie buntu Einara Orotheona, stracił żonę, brata i włości – jednak żyje, i to jest najważniejsze. - Wiesz, gdzie się podziewa twój brat? – zapytał po chwili Khoran, wciskając się głębiej w fotel. Thomas wzruszył ramionami z obojętnym wyrazem twarzy. - Pewnie siedzi w stajniach, doglądając tego konia… - mruknął niezbyt zainteresowany całą sytuacją i począł oglądać swój miecz, którego rękojeść wystawała mu zza pasa. Był leworęczny, podobnie jak ojciec, a, jak mówili issaniści, było to przekleństwo bogów. Ale, kto by ich tam słuchał. Większym problemem było zachowania Vanyasa Veynanca, brata Thomasa i młodszego o rok syna Khorana. Szesnaście lat temu, gdy bunt Orotheonów dopiero się rodził, Khoran obiecał sobie, że będzie miał więcej synów. Nie zdążył… Teraz ma tylko Thomasa i Vanyasa, który całe dnie spędza na doglądaniu klaczy, prezentu od króla, za wierność. Koń był słaby i chudy, chciano go utopić – na dworze lorda zachodu mówiono nawet o prowokacji – lecz brat Thomasa zainteresował się nim i przygarnął go. Teraz doglądał go, a raczej jej, codziennie. - O wilku mowa – mruknął Thomas i wyrwał ojca z rozmyślań. Tym razem na schodach słychać było tylko szelest, niczym zabłąkany podmuch wiatru. Drzwi uchyliły się lekko i do komnaty wkroczył młodszy syn Khorana. Vanyas Veynanc miał szesnaście lat, jednak wzrostem prawie przewyższał swego starszego brata. Miał jasną cerę i niepozorną budowę, pod którą kryła się jednak prawdziwa siła. Szare włosy opadała na ramiona. Oczy zaś… jakby studnie w przestrzeni, odbijała się w nich jakby pustka, nieskażona żadną materią. Vanyas miał na sobie kilkuczęściowy kostium do jazdy konno, zdejmował właśnie rękawiczki. - Wzywałeś mnie, ojcze? – zapytał Vanyas i zerknął na brata. Ten głos… tak nie pasował do wieku. Stanowczo zbyt… obojętny. Wielu ludzi nie mogło na dłuższą metę tego znieść, a Pervost Irellen, lord południa, zarzucał Khoranowi pozbawienie syna wszystkich wyższych uczuć. - Owszem, wezwałem was obu – powiedział po chwili lord zachodu i spojrzał uważnie na swoich synów. Jakby odbicia w lustrze, skrajne przeciwieństwa. – Jak wiecie, nie należę do ludzi najmłodszych. Ze wszystkich, którzy wystąpili przeciw tyranii Oszronionych, ja jestem najstarszy – blady uśmiech wstąpił na twarz lorda. Vanyas uniósł lekko brwi, a Thomas zapatrzył się w ogień. – Za piętnaście, dziesięć lat nie będę już w stanie sprawować funkcji regenta, nie wiem też, czy dożyje tego sędziwego wieku. Dlatego też, muszę wybrać następcę – Thomas szybko odwrócił wzrok i spojrzał swemu ojcu głęboko w oczu. On był pierworodnym, nie Vanyas. Wedle praw innych krajów pewnie byłby dziedzicem. Jednak nie tu, nie w Northean. - Kto nim będzie? – zapytał starszy syn z niekrytym zdziwieniem. - To się okaże… - mruknął Khoran i znów zapatrzył się w swe dłonie. Karcił się w myślach za to, że posyła potomków na Szlak Bogów, jednak musiał to zrobić. Innego wyjścia nie było. – Aby zobaczyć, który z was jest lepszym dziedzicem, poddam was starożytnemu testowi… - Inteligencji – mruknął Vanyas i obaj mężczyźni zwrócili na niego wzrok. Khoran nie wiedział, że syn czytał o tej próbie, zaś Thomas w ogóle nic nie wiedział. – Zwinności, siły i sprytu. Szlak Bogów, próba Boga-Sokoła, Boga-Jelenia, Boga-Wilka i Boga-Węża – Vanyas skończył i uśmiechnął się ironicznie. – Nie wiedziałem, że nadal stosuje się te prymitywne metody sprzed Ery Wojen. - Wielu królów dynastycznych było słabych, bo wybierano ich tylko ze względu na pochodzenie – mruknął starszy syn. Mówił o krajach, gdzie władza przechodziła z rąk do rąk w jednym rodzie, na przykład na południu, w Królestwie Seviry czy w Cesarstwie Yunas’Thann, na wschodzie. – Jeśli próba ma określił lepszego następcę, to jestem za – mruknął Thomas i zapatrzył się w swoje buty. Vanyas skinął powoli głową, przyznając bratu rację. - To dobrze, bo i tak nie macie większego wyboru – mruknął Khoran i uśmiechnął się słabo. Nie cieszył się na myśl o próbie. Choć, jeśli robili to Orotheonowie, to czemu nie Veynancowie? - Gdzie i kiedy? – zapytał Thomas, wyrażając swym tonem pełną gotowość. Efekt popsuł cichy pisk pod koniec zdania. Mutacja, pomyślał rozbawiony ojciec. - Jutro o brzasku, w Kamiennym Lesie, na północ od Szarej Przełęczy – mruknął Khoran po chwili i od razu naszły go myśli. Czy dobrze robię, zapytał siebie. Kamienny Las nazywany jest tak z powodu martwym, zabitych magią drzew. Wiele z nich ma ciągle konsystencję drewna, są jednak zamarznięte, niczym posągi. Na południe od lasu, pomiędzy kontynentem a wyspą Björmnen, starły się floty Cesarstwa Yunas’Thann i Królestwa Northean, pod koniec Wojny Tysiąca Lat, w Erze Wojen. Bitwy spirytualistów cesarstwa i magów ziemi Northean zniszczyły ten rejon. Może lepiej odwołać tą decyzję, pomyślal? - Będę gotowy – mruknął Vanyas, skinął krótko głową i skierował się do wyjścia. Niczym duch przepłynął między ścianą a drzwiami. Nie wiedział, czym jest Kamienny Las, nie był tam. To upiorne wycie wiatru pomiędzy konarami… Thomas był tam, z Einarem Orotheonem. Polowali na lodowe żmije. Wielu zginęło, a Thomas wrócił do domu z przetrąconym ramieniem. Do tej pory miał trudności z walką. Skrzywił się więc nieprzyjemnie i też wyszedł, otwierając i zamykając z hukiem drzwi. Tak… Obaj jednak nie znają mocy wezwanych przez spirytualistów thanów zjaw…

***

Spotkali się na ciasnych schodach. Vanyas powoli schodził w dół, mijając odgałęzienia prowadzące do kwater. Za nim szybko zbiegł Thomas. Chwycił brata za ramię i obrócił ku sobie. Vanyas uniósł w zdziwieniu brwi. - Co się stało? – zapytał brata. Ten zająknął się. - Musisz wiedzieć, że… Niezależnie od tego… kto wygra, będę cię szanował jednako – stwierdził szybko i odwrócił wzrok. Nie lubił tego typu wyznań, ale Vanyas to w końcu jego brat. - Wiem, bracie – powiedział Vanyas i z uśmiechem poklepał brata po ramieniu. – Jednak nie zamierzam przegrać – stwierdził już bardziej zimno. Thomas wzdrygnął się i skinął głową. Bracia odwrócili się od siebie i poszli w przeciwne strony. To była ich ostatnia rozmowa.

***

Thomas z impetem wkroczył do swego pokoju, a właściwie do swojej celi, we wnęce z boku wieży. Te miała kształt przeciągłej łzy – na samej górze mieściła się tylko jedna komnata, zaś na dole – główny hol o wielkości domu. Ta część budynku, w której mieszkał Thomas, dotykała masywu gór, zupełnie inaczej niż w komnatach jego brata, które leżały na rzeką przepływającą między górami a budynkiem. Rzeka ta, zwana po prostu Strumieniem Veynanców, była zawsze niesamowicie zimna, tak zimna, że dawno powinna zamarznąć. W wierzy zaś było ciepło – a to dzięki potężnym piecom, umieszczonym w zamkniętych komorach w skale gór i rurom, biegnącym wewnątrz murów. Starszy syn usiadł na łóżku i rozejrzał się. Pokój był mały, przestrzeń między drzwiami a łożem można było pokonać dwoma dużymi krokami, prawie jednym. Z perspektywy siedzącego na łóżku, ściana na wprost usiana była wszelkiej maści rysunkami i schematami rozmaitych broni i pancerzy. Na lewo, na styku ścian było drzwi. Po lewej mieściło się niewielkie okno i szafa na ubrania i zbroję, po prawej zaś – skrzynia z bronią wszelkiej maści. Całą ścianę tylną zajmowało łóżko. Pokój był ascetyczny, ale wygodny. Thomas przeczesał ręką włosy, westchnął i podszedł do szafy. Otworzył ją z impetem i odgarnął całą furę ubrań na specjalne okazje, tych na co dzień i tych starych, które powinien dawno wyrzucić. W końcu dobrnął do ściany szafy i ręką wymacał ukrytą zasuwę. Pociągnął i jego oczom ukazało się drugie dno, wmontowane w ścianę. Na stojaku wisiało czarne, grube, wełniane ubranie dwuczęściowe, takowe rękawice, buty ze skóry białego wilka, podbite ćwiekami, oraz ciemnoszarą zbroja. Pancerz był darem Einara Orotheona dla Khorana Veynanca za wierną służbę nowemu królowi. Stary ojciec zbroi już nie potrzebował, więc podarował ją starszemu synowi, który walczył razem z nim w czasie bitwy o Nödrheim, czy w czasie oblężenia Hrimthanheimu pod koniec buntu Orotheonów. Thomas uśmiechnął się i zrzucił z siebie stary, używany częściej strój. Szybko nałożył wełniany ubiór, który rozciągnął się na jego potężnej sylwetce i stwierdził, że jest mu bardzo gorąco. No tak, w zbroi walczyło się na dworze, a zazwyczaj panował tam mróz. Zimny metal nie dawał ciepła. Potem wsunął na nogi buty i zaczął ubierać zbroję. Zaczął od wierzchniej warstwy, najpierw nagolenniki, które specjalnymi klamrami spinało się z obu stron z obuwiem, oraz naramienniki. Potem włożył kolcze rękawice bez palców, na które zaś wsunął rękawice z żelaza. Spiął je z naramiennikami zmyślnie zrobionymi, dwuczęściowymi karwaszami. Potem nałożył ostatnią część pancerza – potężny kirys. Najpierw spiął jego przednią część z naramiennikami i pasem, potem nałożył na uda specjalne ochraniacze z utwardzanej skóry. Związał je ciasno z rzemieniami. Potem wyjął z szafy specjalny pancerz na plecy, największą cześć zbroi. Nie miała ona wiązań z ochraniaczami, przechodziła jednak w specjalny „ogon”, jak to mówił Vanyas. Na końcu dokończył dzieła, wyciągając z szafy drugą część napierśnika, specjalne utwardzaną blachę, łączoną klamrami z wewnętrzną częścią kirysu i spiętą na biodrach z pancerzem na plecach. Ostatnim ruchem było kilka specjalnych łączeń, które zmieniały pancerz w niepokonaną, ciemnoszarą skorupę z żelaza i skóry. Pancerz ten był bardzo potężny i potrafił wytrzymać nawet uderzenie toporem w piersi czy plecy. Był jednak nieco nieruchawy, wojownik w tym pancerzu nie mógł w pełni manewrować stopami i dłońmi. Jeśli dodać do tego kolczy kaptur i hełm z żelaza… No cóż, ten pancerz zaprojektował mistrz kowalski Haavard Sigranson, na wzór artystycznych rysunków Boga-Wilka. Ten jednak był bogiem, nie człowiekiem, była więc różnica… W dawnych czasach, kiedy Królestwo Periamów integrowało wiele ziem, Wilcza Gwardia w podobnych, ale lepszych zbrojach strzegła aktualnych monarchów. To nie był jeszcze koniec przygotowań do próby, którą synom narzucił Khoran. Thomas niemrawo podszedł do skrzyni i kucnął. Nie mógł się schylać, nie w tej skorupie. W końcu udało mu się wydobyć spośród stert żelastwa swój ulubiony miecz – Overstnar, wykuty daleko na zachodzie, w mroźnych górach Tethyru, przez Nortów. Uchodzili oni za najlepszych kowali na świecie, to właśnie spod ich ręki wyszła zbroja, którą nosił Davias van Mere w pojedynku z Tzarem, Bogiem-Smokiem. Overstnar był mieczem półtoraręcznym, który większość ludzi dzierżyłaby w dwóch rękach, jednak nie Thomas. Pewnie chwycił do lewą dłonią i podniósł do góry. Miecz był surowy, pozbawiony ozdób i wyśmienicie wyważony. Czarna rękojeść kończyła się zdobieniem w kształcie głowy wilka, zaś ostrze, zrobione z najtwardszego możliwego do wydobycia żelaza, było ciemnoszare, jak zbroja starszego syna Khorana. Potężna broń, surowa niczym samo Northean. Przecinała z łatwością większość zbroi, pewnie nie miałaby też problemu ze skorupą Thomasa. Mężczyzna uśmiechnął się pogodnie, schował miecz do pochwy przy prawym boku i wyszedł poćwiczyć na świeżym powietrzu. Musi być gotowy, gdy nadejdzie czas.

***

Vanyas nie poszedł do swoich komnat. W ogóle nie patrzył w tę stronę. Skierował zimne spojrzenie na swe buty i schował ręce w kieszeniach. Ostatnio to było modne, choć brat Thomasa rzadko poddawał się modzie. Szybko wyszedł z wierzy i znalazł się na dziedzińcu okalającym budowlę. Wysoki na pięć metrów mur tworzył kwadrat wokół fortecy, ta zaś miała kształt łzy. Po murze przechadzali się strażnicy. Mieli na sobie ceremonialne stroje i ciężkie, nie nadające się do walki włócznie. Nikt nie spodziewał się ataku. Przed młodzieńcem biegła brukowana droga, które dalej skręcała płynnie w lewo i przez bramę biegła do położonej nad morzem wioski rybackiej Joviaklis, jednej z czterech, wliczając wierzę i budynki wokół, w tej dolinie. Dalej na zachodzie teren podnosił się, ukazując potężną Przełęcz Zachodnią, łączącą Veynancheim z Doliną Królów. Vanyas westchnął i szybki krokiem opuścił mury twierdzy, żegnany znudzonymi spojrzeniami strażników. Dziś nie wiało, chmury leniwie pełzły po niebie. Słońce było w zenicie, zaczynał się czas Boga-Sokoła, i potrwa aż do czasu, gdy gwiazda pokona połowę drogi ku krańcu horyzontu, w Northean niezmiennie wyznaczanego przez góry i morze. Młodzieniec skierował kroki na wschód, do kompleksu stajni rodowych, gdzie znajdowała się klacz, kolejny prezent od króla, oraz reszta koni. Minął kilkanaście chat i tawern, witany gorliwie przez mieszkańców wioski zwanej po prostu Veynancheimem, Krajną Veynanców. W końcu ujrzał swój cel – trzy otwarte budynki ułożone w kształt litery „u”. Pomiędzy nimi rozciągał się wydeptany plac i tor przeszkód, za stajniami zaś…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wszystko dla dobra królestwa - część 1 — czytnik · opowiadania