Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Religia · 11 min czytania

Wybiła północ

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

7. lutego 2007r., 00.00 Wybiła północ. To dziś. Wielki dzień. Piszę to... W sumie nie wiem po co. Ze strachu? Bo boje się, że po szesnastu latach na tym świecie nic po mnie nie pozostanie? Może i coś w tym jest. Ten, kto to znajdzie na pewno dozna szoku. Jednak to już nie będzie moja sprawa. Mam gotowy plan A, B, w razie potrzeby znajdzie się i C. Czasem bywam twórczy i błyskotliwy. Żyletkę wyciągnąłem z szafki jeszcze w dzień i schowałem do plecaka, nie chciałem niczego zostawić na ostatnią chwilę. Wszystko przemyślałem, rozważyłem wiele możliwości, rozwiązałem kilka podstawowych problemów. Po pierwsze kumple. Codziennie rano w drodze do szkoły przychodzą po mnie i idziemy tam razem. Zdecydowałem, że tym razem wyjdę z mieszkania wcześniej niż zwykle, żeby się z nimi nie spotkać. Znając ich zdziwią się, ale nic sobie z tego nie zrobią. Nie będą o nic pytać ojca czy dziadka (w zależności kto podejdzie do domofonu), bo i po co? Ot, Paweł pewnie znowu wymyślił coś głupiego. Normalka. Miejsce wydaje się być idealne. Piwnica w moim bloku. Trochę tam ciasno, ale z tego co pamiętam w naszym boksie są dwa duże wory z puszkami, będzie można się o nie w miarę wygodnie oprzeć. Teoretycznie może tam wpaść któryś sąsiad z mojej klatki, no ale z drugiej strony kto o 7 rano będzie szukał czegoś w piwnicy? No i piwnica jest cztery kondygnacje poniżej mojego mieszkania, mimo wszystko najbliższego mi miejsca. Najchętniej zrobiłbym to tam, jednak nie było dnia, w którym mógłbym wszystko spokojnie zrealizować. Więc brudna i śmierdząca piwnica musi mi wystarczyć. Jakie życie, taka śmierć. Ostatnia ważna sprawa do zrobienia. Zamknięcie wszystkich spraw. Muszę napisać parę słów do kilku osób, jakoś się z nimi pożegnać. Z tymi najbliższymi, którzy jako jedyni cokolwiek dla mnie znaczyli.

__________

7. lutego 2007r., 00.17 Napisałem. Nic wielkiego, sms. Gwoli ścisłości – dwa smsy. Do dwóch osób. Marcin i Ania. Nigdy nie miałem z nimi jakiegoś super kontaktu, jednak myśląc o tym chwilę temu zrozumiałem, że to z nimi było mi najlepiej. To z nimi najlepiej spędzałem czas, to z nimi najlepiej się bawiłem. Nie było tego wiele, jednak nawiązała się między nami więź. Przynajmniej z mojej strony. I czułem, że musze im coś napisać. Chociaż parę słów. Skończyło się na banałach typu „cokolwiek zrobiłem źle nie chciałem tego”, „chce żebyś wiedziała, że zawsze byłaś dla mnie ważna” i tym podobne melodramatyczne bzdury. Ale cóż, napisałem. I to się liczy. Rodzice chyba niczego się nie spodziewają. Z jednej strony usilnie o to dbałem, nie chciałem dawać im sygnałów, że coś jest nie tak. Bo ciągle miałem nadzieje. Nadzieje na inne zakończenie. Jednak teraz myśląc o tym wszystkim dochodzę do wniosku, że moi rodzice są ślepi. Żeby mieć powód do mówienia (notorycznego powtarzania) „czemu jesteś taki smutny”, „uśmiechaj się więcej”, „znalazłbyś sobie w końcu jakieś hobby”, „wyjdź gdzieś razem ze znajomymi” itd. i nie domyśleć się, że coś jest ze mną nie tak, muszą być ślepi. Jak krety. Ale nie powiem, że żałuje z tego powodu. Nie. Cieszę się, że niczego nie zauważyli. Nawet sznyt, które co i raz ozdabiały moje przedramię. Jeszcze i oni uznaliby mnie za wariata. A ja mam już tego serdecznie dość. Chcę po prostu trochę spokoju, nic więcej. Odrobinę świętego spokoju. To do niego dążę. Z całych sił.

__________

7. lutego 2007r., 00.43 Dostałem smsa. Nadawca: Ania. Da się go streścić jednym zdaniem: „Daj mi w końcu spokój!”. Jak widzę podjąłem słuszną decyzję. Czas spać, śnić po raz ostatni. Może uda mi się zasnąć.

__________

7. lutego 2007r., 07.51 Jak na razie wszystko ok. Jestem już w piwnicy. Wszystko gotowe. Na nikogo po drodze się nie natknąłem. List do rodziców też już napisałem. Nie ma sensu go tutaj przytaczać, napiszę tylko, że wyjaśniam w nim pokrótce wszystko, życzę szczęścia w dalszym życiu i proszę o wybaczenie. Marcin nie odpisał… Sięgam po żyletkę, odsłaniam nadgarstki. Już nic mnie tu nie trzyma. Mogę iść.

__________

7. lutego 2007r., 09.33 Nie spodziewałem się tego. Wszystko, ale nie to. Nie bożej interwencji. Ojciec właśnie pojechał po mamę do pracy, ja zostałem w domu. Póki co musze zebrać myśli. Boję się ich powrotu. Jej przyjazdu. I rozmowy z nią. Wiem, że tylko ona będzie w niej uczestniczyć, ojciec nie nadaje się do takich rozmów. Boje się. Ale jednocześnie cieszę.

__________

11. lutego 2007r., 15.46 W końcu muszę to opisać. Po zrobieniu siedmiu cięć na nadgarstkach obu rąk oparłem się o worek z puszkami i próbowałem zasnąć. Nie udawało się przez dłuższy czas, aż w końcu zauważyłem, że nic z tego. Krew zakrzepła, jak na złość. A ja nie miałem wody. Plan A nie wypalił, czas więc na plan B. Z bluzy przygotowałem prowizoryczny stryczek, przewiązałem go wokół jakiejś cienkiej rury, sprawdzając wcześnie czy się nie zerwie. Wszystko ok., więc wcisnąłem tam głowę. Bez zbędnych myśli delikatnie opuściłem się z plecaka, na którym stałem i zawisłem. Zadyndałem. Po chwili oczu samoistnie mi się zamknęły. I wtedy stało się coś, czego nie potrafię wytłumaczyć. Po zamknięciu oczu ogarnęła mnie nieprzenikniona ciemność. Stałem tam przez chwile (tak, czułem grunt pod nogami), aż w końcu, gdzieś w oddali, ujrzałem jasne światełko. Ono zaczęło się zbliżać, ja zacząć biec w jego stronę. Im byłem bliżej, tym mocniej czułem, że jest ciepłe, przyjazne. Gdy miałem je już na wyciągnięcie ręki, wielkie i jasne jak tysiąc słońc, lecz nie oślepiające, zamarłem. Nie mogłem się ruszyć. Poczułem niepokój,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wybiła północ — czytnik · opowiadania