Thriller · 6 min czytania
Wybrańcy bogów umierają młodo
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ktoś wytrącił Z moich dłoni Sens Wierzyć już chyba Nie ma w co Cisza i samotność Będą się dziś kochać Wszechświat kpi Z koloru Ludzkiej krwi…
Od co najmniej kilku minut szedł przyśpieszonym krokiem po opustoszałej Avenue Marceau. Gdzieniegdzie latarnie rzucały na mokrą ulicę bladożółty poblask. Z długim czarnym płaszczem, postawionym niedbale kołnierzem oraz parasolem u boku przypominał młodego, nierozgarniętego poetę, przeszukującego bezkresne ulice w poszukiwaniu inspiracji. Odkąd opuścił stację metra na przystanku koło Place de Charles de Gaulle, nie opuszczało go wrażenie, że ktoś go śledzi. Za każdym razem, gdy ze strachem w oczach i z duszą na ramieniu spoglądał za siebie, nikogo nie udawało mu się dostrzec. W pewnym momencie usłyszał strzępki rozmowy dobiegające z ciemnego zaułka, w odległości kilku metrów od niego. Bez wahania ruszył w tamtą stronę. Zanim się zorientował, leżał już na ziemi, a nad nim stały dwie postacie. Jedna trzymała w dłoni, coś co przypominało wielki, metalowy klucz francuski, a druga chowała się za nią, kurczowo trzymając się jej ręki. Już prawie mógł dostrzec jej oblicze, ale naraz stracił świadomość. Gdy odzyskał przytomność, nie czuł niczego z wyjątkiem piekielnego bólu głowy. Wydawało mu się, że najmniejszy ruch lub nawet głębszy oddech spowoduje pęknięcie jego czaszki, a jego twarz zaleje gęsta i ciepła krew. Nie bez problemów otworzył oczy. Leżał w jakimś pokoju o lekko przytłumionym czerwonym świetle. Na pierwszy rzut oka wydawał się całkiem przytulny, ale kiedy mu się dokładnie przyjrzeć, to przypominał raczej stary i od dawna nieczynny gabinet dentystyczny. Pełno w nim było przeróżnych przedmiotów, których przeznaczenia za żadne skarby nie był w stanie sobie przypomnieć. Nagle otworzyły się drzwi i do pokoju weszła kobieta. Udawał, że wciąż śpi, lecz kątem oka dostrzegł, że kobieta ta była wysoka i nad wyraz szczupła, wręcz koścista. - Charlie? – odezwała się cichym, niemal bezbarwnym głosem – Podaj mi strzykawkę, Kochanie. - Dobrze, proszę pani – odpowiedział dziecinnym głosem ktoś, kogo Frank nie widział. Po chwili poczuł zimną dłoń na swojej ręce i lekkie ukłucie. Trochę wbrew swej woli otworzył szeroko oczy, a każda komórka jego ciała zadygotała. Ujrzał nad sobą najpiękniejszą kobiecą twarz, jaką kiedykolwiek widział. Jej uroda przenikała go na wskroś, tak że wiedział, że zrobiłby wszystko – jeśli trzeba, podpaliłby własną matkę – byle tylko być z tą zjawiskową twarzą. - Witaj Frank. Kopę lat – oznajmiła z przekąsem. Jej głos wydał mu się dziwnie znajomy, jak z zapomnianego snu. Nie widział, co mu wstrzyknęła, ale nie mógł się poruszyć. Jego serce drastycznie zwolniło swoje tempo. Zebrał jednak całą energię swojego obolałego ciała od koniuszków palców i wyszeptał: - Kim jesteś? Upłynęło mniej więcej sto lat, zanim obróciła ku niemu swoją śliczną główkę, po czym…