Fantasy · 32 min czytania
Wybrany (Smocze dziedzictwo IX)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mgła ma w sobie jakąś magię. Ta unosząca się ponad niewielkimi jeziorkami, ta płynąca o świcie pomiędzy szarymi pniami leśnych drzew, ta kłębiąca się po cmentarzach. Otula wszystko w zasięgu wzroku jak czuła kochanka w objęciach, nie pozwala się uwolnić, jak zazdrosna kobieta. Mgła jest piękna, choć potrafi też być straszna w swej nieubłaganej wszechobecności. Po przekroczeniu bramy Teers Haen, Inoshi'ego otoczyła chmura złotawej mgły. Idara Denno kilkakrotnie starał się rozgonić opary ruchem dłoni, jasne smugi przepływały jednak niewzruszone między jego palcami, pozostając na swoim miejscu. Powietrze wibrowało lekko, mgła płynęła wokół jego postaci, układając się w fantazyjne wzory, otulając go szczelnie, nie pozwalając przeniknąć się wzrokiem. Gdy tak przyglądał się nieznanemu zjawisku, przed jego oczami pojawiły się wirujące srebrne ziarenka, niczym drobinki kurzu tańczące w prześwietlonej słońcem smudze powietrza. Czyżby wrota rozpoznały niegodną krew Dzieci Zmierzchu i, zamiast na zieloną łąkę, posłały go w jakiś tajemniczy niebyt? Nie, z pewnością czuł pod stopami twarde podłoże. Spojrzał w dół, jego nogi jednak niknęły w złotej mgle, układającej się w chmury w okolicy kolan. Gdziekolwiek zerknął, jego wzrok napotykał wciąż te same opary z wirującymi psotnie srebrnymi drobinkami. - Czy ktoś tu jest? - odezwał się na próbę, a jego głos rozległ się jakby przytłumiony puchową pierzyną. - Gdzie jestem? Odpowiedziała mu cisza, dzwoniąca niemal w uszach. Inoshi raz jeszcze spróbował przegnać dym energicznym ruchem dłoni. Bez efektu. Nie bardzo widząc zasadność takiego działania, sięgnął do wiszącej u pasa pochwy i wyciągnąl przed siebie pałasz. Ostrze wysunęło się bez charakterystycznego świstu. Widać mgła stłumiła i ten dźwięk. Trzymając broń obiema rękami, machnął kilkakrotnie mieczem. To wreszcie przyniosło jakiś efekt, choć zupełnie inny od spodziewanego. - Schowaj oręż, synu Ametarai! - głos rozległ się dźwięcznie, jakby otaczając go ze wszystkich stron. Mgła poczęła ustępować, ukazując najpierw lśniącą zielono posadzkę, później odległe ściany i kilka sylwetek, wychodzących mu naprzeciw. Było ich trzech, dwóch mężczyzn i kobieta o białych twarzach, lśniących oczach i bajecznie kolorowych włosach, odzianych w zwiewne, barwne tuniki otulające ich smukłe ciała jak obłoczek pary. Inoshi niemal wstrzymał oddech na widok nieznajomych. On sam uchodził za mężczyznę niepospolitej urody, Kayuu z pewnością była piękną kobietą... ale przy tej trójce przedstawialiby się chyba jak ubogie, monochromatyczne obrazki bez śladu życia. Mężczyzna pośrodku wyglądał, jakby w oczodołach osadzono mu dwa szafiry, a jego czarne włosy błyskały granatem w świetle świec. Po jego prawicy stał Istara Denno, którego na pierwszy rzut oka mógłby wziąć za blondyna. Dopiero po uważnym przyjrzeniu się dostrzegł zielono-turkusowe pasma w jego bujnej czuprynie. Szmaragdowe tęczówki wywołały u Inoshikete skurcz serca, gdy uświadomił sobie, że być może sam mógłby się takimi poszczycić, gdyby nie smocze dziedzictwo. Kobieta zdawała się mieć w sobie zaklęty ogień. Barwy czerwieni, złota i pomarańczu tańczyły w jej fryzurze, niemal rzucając wokół poświatę. Cała trójka poruszała się dostojnie, z gracją i godnością istot znających swoją wartość. Stanęli naprzeciwko niego z obliczami rozjaśnionymi delikatnymi uśmiechami, ze spokojem w źrenicach, ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami. Poczekali, aż mgła ustąpi zupełnie, ukazując olbrzymią salę, zdobną w szeregi strzelistych kolumn, pokrytych obsypanym kwieciem bluszczem. - Schowaj broń, proszę - powtórzył stojący pośrodku mężczyzna o czarnej czuprynie. - Nie ma tu nikogo, kto źle by ci życzył, a nie godzi się obnosić z nagim ostrzem w pałacu ludu miłującego pokój. Inoshi posłusznie wsunął pałasz w pochwę. Spokój tej trójki działał i na niego kojąco, wszystko wydawało się być tak prawidłowe, tak bardzo na swoim miejscu. - Jestem zatem gościem Dzieci Świtu? - spytał, rozglądając się mimochodem po przestronnej sali. - Znajdujesz się w Ko Nai'lei, Małej Niilei tu, na ziemiach zamieszkanych przez ludzi - uśmiech rozjaśnił twarz mężczyzny pośrodku, napełniając jego szafirowe oczy blaskiem szlachetnych kamieni. - Brama przeniosła cię bezpośrednio do pałacu. Łąka, którą w niej widać z tamtej strony, znajduje się na zewnątrz, a jej odbicie w Teers Haen służy naszej intymności. Przepraszamy, jeśli poczułeś się zdezorientowany. Teraz w przód wystąpiła kobieta w długiej, kremowo-żółtej szacie. Gdy postąpiła o krok, wokół jej głowy zafalowały wspaniałe rude loki, w których zdawał się odbijać jakiś odległy ogień. - Przybyłeś, dziecię Idara Denno, a zatem przelała się Czerwona Krew i nadszedł czas, byście jako nasi bracia i siostry wyzwolili się spod przekleństwa Daikara. - Czerwona Krew? - powtórzył Inoshikete, wpatrując się w zjawiskowo piękną kobietę. - Kuribiiru... A zatem wiedzieliście, że tak ma się stać? - Istara Denno wiedzą wiele - uśmiechnęła się, lekko skinąwszy głową. - Jestem Siharu, jedna z najwyższych kapłanek w Ko Nai'lei i powiem ci, potomku Ametarai, że i my mamy swoje przepowiednie. Nasz brat miał przybyć wyzwolić swój ród, gdy zakończą walkę synowie Naikiri'ego z ludzką krwią w żyłach. - Więc i wy nie zrozumieliście proroctwa do końca - czarna głowa pochyliła się, jakby Inoshi oczekiwał ciosu. Przed oczami stanęła mu zapłakana Raika, klęcząca w kałuży krwi brata. - To nie byli synowie. Zwycięzcą w walce była potomkini Naikiri'ego. - Kobieta? - brwi kapłanki na moment uniosły się w niedowierzaniu, na twarz szybko wrócił jej jednak zwykły spokój. - Najważniejsze jest teraz co innego - odezwał się znowu stojący pośrodku, widać najwyższy rangą. - Oczekiwaliśmy cię od lat. Teraz jesteś tu, młodzieńcze z Białej Krwi. Masz swoje zadanie do spełnienia. - Tak - Inoshikete odgonił przygnębiające wspomnienie. Jeśli to on był wybranym spośród Idara Denno, nic nie mogło go rozproszyć, póki Daikar nie padnie trupem u jego stóp. Wtedy będzie miał dość czasu, by sie gnębić. Inoshi poszedł za Vanyarem, jak przedstawił się błękitnooki mężczyzna, przywódcą rodu Dzieci Świtu na ziemiach Aldery, długim korytarzem pozbawionym sufitu. Jedynie kamienne łuki, porośnięte bujną roślinnością, skrywały przed jego wzrokiem połacie granatowego nieba, zdobne w puszyste chmurki o regularnych brzegach, różowiące się i czerwieniejące od światła zachodzącego słońca. Wieczór był wyjątkowo piękny, jakby pogoda nic sobie nie robiła z okrutnej rzezi, której świadkiem Akuubiru był jeszcze kilka godzin temu. Aury nie wzruszał też widać los Raiki i Reino, skazanych przez przeznaczenie na ponowne spotkanie w walce na śmierć i życie. Idara Denno westchnął. Dlaczego niby pogoda miałaby odzwierciedlać mroki jego własnej duszy i umysłu? To, że jego serce zalane było gorzkim żalem, nie musiało wcale pogrążać świata w smutku. - Coś cię martwi, synu Ametarai - Vanyar bardziej stwierdził, niż spytał, stając pod pięknie rzeźbionymi, wysokimi drzwiami z jasnego drewna. - Inoshikete - Idara Denno drgnął, wyrwany ze swoich rozmyślań i pierwszą myślą było przekazanie własnego imienia. Jego przewodnik zmarszczył brwi, nie rozumiejąc. - Jestem Inoshikete Akubiiru - powtórzył. - Mam udać się do Daikara, zniszczyć zarzewie smoczego dziedzictwa, powodującego cierpienie mego ludu. Jeśli nie wrócę z tej wyprawy, jeśli zginę, wypełniając to zadanie, chcę być zapamiętany pod moim własnym imieniem, nie tylko jako potomek Ametarai. Vanyar przez chwilę wpatrywał się w ciemną twarz Dziecka Zmierzchu, wydającą się tak nie na miejscu tutaj, w pałacu w Ko Nai'lei, gdzie dziedzińcami przechadzały się szlachetne istoty o skórze niczym kość słoniowa. Rysy Idara Denno skrywały jednak tak samo piękny charakter, jak mlecznobiałe twarze Dzieci Świtu. Nie mógł pozwolić sobie na uleganie krzywdzącym stereotypom. - Oczywiście - skinął głową. - Wybacz. Przepowiednia mówiła o synu Ametarai i tak też od pokoleń mówiliśmy o tym, który miał nadejść. Teraz znam jego imię. Uśmiechnął się, kładąc dłoń na kutej z metalu klamce drewnianych drzwi. - Zatem, Inoshikete, cokolwiek zaprząta twoją duszę, porzuć to przed spotkaniem ze smokiem. Daikar nie pokona cię, ale może to zrobić twój własny smutek. Każdy z nas nosi w sobie najstraszliwszą bestię, a tobie nie wolno z nią przegrać. Stawka jest zbyt wielka. Istara Denno nie czekał na odpowiedź, właściwie nie dał Inoshi'emu nawet czasu do zastanowienia się nad słowami, które padły. Nacisnął klamkę i szeroko otworzył jasne drzwi. Z wnętrza komnaty padł na nich zielonkawy poblask. Światło ze świec i szklistych kryształów odbijało się od lśniącej posadzki i ścian, a pośrodku sali, niczym miniaturowy ołtarz, pysznił się stół z marmuru. - Podejdź, Inoshikete Akubiiru - Vanyar przepuścił go przodem, Inoshi zaś z mimowolną czcią zbliżył się do stołu. Delikatnie rozsunął zwoje miękkiej tkaniny, spoczywającej na postumencie. - "Święte ostrze z ziem Niilei" - przypomniał sobie słowa proroctwa i wypowiedział je na głos przejętym szeptem. Teraz stało się dla niego jasne, że to nie Kayuu było przeznaczone zabicie Daikara. Spodziewali się sztyletu, przed nim natomiast leżał długi miecz, którego jego siostra prawdopodobnie nawet nie uniosłaby do ciosu. Musnął palcem chłodną powierzchnię metalu, iskrzącego się zielenią i złotem. Minerał zdecydowanie nie pochodził z Aldery. - Ta broń oczekiwała na ciebie od wieków - Akubiiru niemal nie zauważył, gdy stanął za nim Vanyar. - Miecz został wykonany z netheru, wydobywanego wyłącznie ze skał Niilei, stąd jego zielona barwa. Nasi przodkowie wykuli go dla ochrony Dzieci Świtu w Alderze, gdy dostrzegli na niebie światło Amhiferego. Od kiedy przypłynęliśmy tu wiele pokoleń temu, ostrze oczekiwało na wybranego z Idara Denno. Inoshi z nabożeństwem uniósł oręż. Choć pokaźnych rozmiarów, miecz z pewnością nie miał wagi żelaza, dałoby się nim bez problemu ciąć szeroko przy użyciu jednej ręki. Oto broń godna mistrza! Broń godna, by nią wyzwolić Dzieci Zmierzchu od przekleństwa! - Tu kończy się moja rola - niebieskooki Istara Denno symbolicznie wycofał się o krok, składając ramiona na piersiach i pochylając głowę. - Cieszę się, że to ja mogłem cię przywitać i przekazać ci Piorun Pradawnych. - Piorun Pradawnych - powtórzył Inoshikete, wpatrując się w rozbłyski światła tańczące na gładkim ostrzu. "Piorun" - "raikka". Trudno będzie pozostawić za sobą troski, kiedy miecz przypominający nazwą imię Raiki zaciąży mu w dłoni. Ale przecież to nigdy nie miała być łatwa walka. Inoshi westchnął ciężko, raz jeszcze zważył zielone ostrze w dłoni, potem wsunął je w pochwę pałasza, zostawiając swoją broń w zwojach tkaniny na stole. Nie była mu już potrzebna i miał nadzieję, że po zabiciu Daikara nie będzie już nigdy potrzebował oręża. - A zatem czeka mnie teraz długa droga z powrotem do Dhai-kun. - Niekoniecznie - w oczach Dziecka Świtu wesoło zamigotały szafirowe iskierki. - Jak się może zorientowałeś, brama Teers Haen jest swego rodzaju teleportem. Istara Denno mogą przenieść się w dowolnej chwili w wybrany obszar Aldery. Ludzie nie muszą o tym wiedzieć - uśmiechnął się. - ale my lubimy mieć kontakt z innymi częściami kontynentu. W tej chwili do komnaty weszła znana już Inoshi'emu kapłanka i młody chłopiec z rodu Dzieci Świtu. - Siharu i Sei'ru odprowadzą cię do bramy, którą przeniesiesz się bezpośrednio do Dhai-kun - Vanyar podszedł do wojownika i położył dłoń na jego ramieniu, by po chwili objąć go jak syna. - Jestem dumny z tego, że cię poznałem, Inoshikete Akubiiru. Bądź pewien, że twoje imię zostanie zapamiętane. I bądź silny, gdy nadejdzie dla ciebie godzina próby. Nie popełnij pomyłki, bo zbyt wiele może ona kosztować mój i twój ród, oraz całą Alderę. Powiedziawszy te tajemnicze słowa, przywódca Istara Denno na ziemiach ludzi popchnął go lekko w kierunku przybyłych. Inoshi obejrzał się za nim, Vanyar jednak tylko skinął mu głową i odszedł korytarzem w nieznanym kierunku. Idara Denno pozostało polecić się opiece pozostałej w komnacie dwójki. Ciepły uśmiech płomiennowłosej kapłanki dodawał otuchy. Razem wyszli z błyszczącego zielenią pałacu, by znaleźć się na jego dziedzińcu. Przed oczami Inoshi'ego wyrosły nieregularne rzędy młodych brzózek o delikatnym wzorze zdobiącym białą korę. Pośrodku owalnego placyku przed bramą obrośniętej bluszczem budowli wznosiła się fontanna, w oczku wodnym co jakiś czas błysnął ogon pluskającej ryby. W dogasającym świetle zachodzącego słońca zauważył przechodzącą nieopodal grupkę Dzieci Świtu. Różnobarwne oczy spoglądały ku niemu ciekawie, na żadnej z białych twarzy nie dostrzegł jednak ani cienia wrogości. Czy zawdzięczał to tylko temu, że Istara Denno byli ludem ponad wszystko miłującym pokój? A może i oni życzyli mu w duszy powodzenia, może i ci bracia o nieskalanych duszach pragnęli wolności dla Dzieci Zmierzchu? Na te pytania pośrednio odpowiedziało mu zaciekawione spojrzenie towarzyszącego mu chłopca. Sei'ru, tak chyba brzmiało jego imię, spoglądał na niego co rusz kątem oka, by zaraz uciec wzrokiem, gdy ich oczy się spotkały. W końcu jednak zebrał się widać na odwagę i zaczął otwarcie przyglądać się przybyszowi. - Ty - odezwał się wreszcie jasnym głosikiem. - jesteś wybranym Idara Denno? - Na pewno jestem Idara Denno - odpowiedział szczerze Inoshi, wpatrując się w liliowo-fioletowe tęczówki chłopca. Wszystkie Dzieci Świtu przywodziły na myśl motyle, z tą ich niesamowitą różnorodnością barw! - Czy wybranym, nie wiem. - Oczywiście, że musisz być wybranym - włączyła się Siharu, zwalniając nieco kroku, jako że podchodzili pod niewielkie wzniesienie. - Wszystko potoczyło się jak w przepowiedniach naszych ludów i dotarłeś do nas, zatem wyzwolisz swój ród od dziedzictwa Daikara. Inoshi chciałby być tak pewien swojego przeznaczenia. Nagła zmiana w planach wytrąciła go jednak z przekonania, że cokolwiek można łatwo przewidzieć. Wieczorne trele ptaków, szum wiatru w gałęziach drzew i równomierny szelest kremowej sukni kapłanki wydawały się nierzeczywiste - wszak przez większość życia był pewien, że nie dane mu będzie nigdy oglądać królestwa Istara Denno. - Mówią o tobie nasze legendy - odezwał się znowu liliowooki chłopiec. - Dlatego chciałem cię spotkać. Któregoś dnia opowiem dzieciom, że widziałem wybrańca Dzieci Zmierzchu. Siharu tylko uśmiechnęła się lekko, Inoshikete zaś poczuł się cokolwiek dziwnie. Sei'ru widać naprawdę wierzył, że rozmawia z wyzwolicielem Idara Denno, bohaterem z baśni. Chłopiec był zatem kolejną osobą, której nie wolno mu było zawieść. Westchnął ciężko, jednak ciężar odpowiedzialności nie chciał zejść z piersi, nadal gniótł, nie pozwalając zaczerpnąć powietrza. Brama z turkusowego marmuru stała ukryta w niewielkim zagajniczku, w którym młode wierzby pochylały wiotkie gałęzie ku ziemi, kłaniając się przybyłym. Po obu stronach wysypanej kremowo-żółtym żwirkiem ścieżki rozścielał się miękki mech, nieodparcie zapraszający do spoczęcia. Inoshi, idąc za kapłanką i chłopcem, spoglądał tęsknie na zielone poduchy, marząc, by ktoś wziął na siebie jego zadanie, pozwolił zanurzyć twarz w wonnym mchu i zostać w tym spokojnym, kojącym smutki miejscu. Jednak nie znalazłby w pobliżu nikogo, kto spełniłby za niego trudne zadanie. Wolnym krokiem doszli wreszcie pod bramę, która miała przenieść go w Dhai-kun, na spotkanie Daikara. Kapłanka odwróciła się do niego z uśmiechem. - Ruszaj, Inoshikete Akubiiru, i niech pomyślność będzie z tobą. Niczego nie pragniemy bardziej, niż ponownego spotkania z naszymi braćmi i siostrami z Niilei. Oby sprzyjali ci przodkowie. Założyła ramiona na krzyż na wysokości piersi, pochylając głowę w geście pozdrowienia i pożegnania. Inoshi skopiował ten gest, żegnając się na sposób Istara Denno, po czym…