Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 37 min czytania

Wychodzenie z depresji dla opornych, cz.1 - Jedzen

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{font:times} {b} Wychodzenie z depresji dla opornych

Rozdział 1 Jedzenie albo śmierć {/b}

Cokolwiek by nie robiła, była sama. I bez żadnych szans. I nawet żarciki z Eweliny Flinty już nie zdołały jej rozśmieszyć. Ale zacznijmy może od początku. Była młoda – zawsze była młoda, bo nigdy nie dorosła do starości, ponieważ była studentką, a studenci raczej czują się zwykle jak młodzi bogowie browarów, czy czegoś takiego. Ona, mimo że była tą cholerną studentką i była cholernie młoda, jakoś wcale się taka nie czuła. Jej serduszko stetryczało chyba jeszcze w dzieciństwie. Tak więc była starą panną w świecie młodych. Oprócz tego, była właściwie nikim. A przynajmniej, tak czuła się, przechodząc obok kolejnych budynków swej nowoczesnej uczelni. Że też zachciało jej się studiować tam gdzie wszyscy. Miała koleżanki. O tak, nawet przyjaciółki, porozrzucane niesfornie po różnych wydziałach. Miała też nową koleżankę ze swojego pięknego kierunku. Powinna być szczęśliwa. Próbowała mieć także kolegów, ale to akurat było dla niej zadaniem prawie niewykonalnym. Mission Impossible, starring: nie tak piękna jak Tom Cruise studentka Inżynierii Akustycznej. Inżynieria Akustyczna na pewno była ciekawym kierunkiem. Brzmiała egzotycznie i w ogóle. Co się tam robiło? Ciężko stwierdzić. Ale na studiach technicznych ciężko w ogóle cokolwiek ogarniać. Miało być tak pięknie i tatusiowi aż wąs podskakiwał, jak się dostała. W drugim terminie. To wszystko wyglądało dla jej rodziny jak spadająca gwiazdka. Będzie mogła produkować dźwięk, i w filmach robić Coś, przecież tego chciała! Wszystko chodziło dookoła niej i było takie dumne, że nie jest jakąś niedorobioną humanistką. Przecież to by była hańba! Dziewczyna wiedziała, że to by była hańba. I że pracy nie ma. Każda osoba, jaką znała, wspominała jej o tym, możliwie jak najbardziej perswazyjnie. Idź na studia techniczne, mówili. Będzie fajnie, mówili... Krawędzią postrzegania był balkon. Nie tak wyobrażała sobie metaforyczne przejścia. Ale, z drugiej strony, jakie życie, takie metaforyczne przejścia, a jej życie nie miało się zmienić dzięki szafie prowadzącej do Narnii. Miało się zmienić dzięki balkonowi. Konkretnie, miało się skończyć. Opłacało się mieszkać na dziesiątym piętrze, co, cieniasy? Mogła w spokoju oglądać teraz wszystkich. Nikt nie wydawał się znajomy, gdy wyglądał jak mrówka, tam na dole, ale czy ktoś w ogóle był jej tu znajomy? Chodzili gdzieś, zależało im, nie mieli czasu, żeby zwracać uwagę na problemy innych. Rozumiała to. Choć ciężko się z tym pogodzić. Studentka Inżynierii Akustycznej miała siostrę. Młodszą, ciekawszą, ładniejszą? Jak większość desperatek, posiadała pakiet exclusive Tej Lepszej Siostry. I Ta Lepsza Siostra realizowała postulaty wprowadzone przez Najwyższych Rodzicieli. Punkt 1 postulatów Najwyższych Rodzicieli brzmiał tak: Realizować oczywiste w Tej Rodzinie techniczne zainteresowania. Tej Lepszej Siostrze wychodziło to cudownie, pasjonowała ją bowiem informatyka. Pasjonowali ją też informatycy, konkretnie jeden, jej chłopak. Nie było w postulatach punktu o konieczności posiadania chłopaka, co bardzo radowało studentkę Inżynierii Akustycznej. Czekało bowiem na Najwyższych Rodzicieli odrobinę mniej rozczarowań, jako że nie planowała zdobywania takiego indywiduum. Gdyby potrzebowała jakiegoś zapychacza czasu, poszłaby przecież na studia techniczne, prawda? No i teges... Poszła. Wychyliła się, trzymając zardzewiałej poręczy. Podczas głębokich rozmyślań, zapominała czasem, że stoi na miniaturowych rozmiarów balkonie, razem z rowerem. - Zawsze byłeś moim najwierniejszym przyjacielem – odezwała się do dwukołowca. - Nie martwi cię przynajmniej to, że gadam do nieożywionych przedmiotów. Studentka rozmawiała ze wszystkim. O ile kontakt z ludźmi sprawiał niejakie problemy, bo oni zwykli odpowiadać, tak Pan Rower był idealnym kompanem. Nie wnosił do jej życia kolejnych brudów, którymi rasa ludzka uwielbiała się z nią dzielić. Dobrze słuchała, więc na pewno lubiła to robić, nieprawdaż? Pan Rower nawet się nie poruszył. Szczerze mówiąc, nie miała pojęcia, do kogo należy. Nie spotkała nigdy miłośnika rowerów, który go tu zostawił. Może Pan Rower stał tu już od pokoleń, zapomniany, tak jak i ona? Może nikt już o niego nie dbał? Nie lubiła tak myśleć. Miała nadzieję, że to jej powodzi się najgorzej ze wszystkich ludzi na świecie. Zapomniała o głodujących dzieciach i bezdomnych, o tych wszystkich osobach, którym nie starczało na chleb i na rachunki. Jej świat wystarczył jej całkowicie. Szczególnie, że w środku wydawał się dość barwny. Nie przyznawała się do tego nikomu, ale wolała go po stokroć od tego normalnego. Bo w tym zwykłym nie da się decydować. Studentka miała na koncie jedną dobrą decyzję. Jedną, jedyną, ostateczną. I co? To też jej odebrali. Popatrzyła na przepiękną, podłużną bliznę na prawym nadgarstku. Nic się nie zmieniło. Liczyła chyba na to, że wszystko ulegnie zmianie. Jak w kolorowym śnie, nagle czas się zatrzyma i będzie koniec. Albo zobaczy krajobraz z Constantine'a. Lecz obudziła się w szarej brei i zrozumiała, że ucieczka musi być lepiej przygotowana. Ale to było dawno. Wtedy, kiedy nikt nie myślał logicznie i racjonalnie. Gdy była głupią nastolatką, nie głupią studentką. Po kilku latach, gdy rzeczywistość zawiodła ją bardziej, niż myślała, postanowiła wreszcie podjąć decyzję, której nie zdąży pożałować. Bo żałowanie jest w tym wszystkim najgorsze. - No, zanim się rozmyślę – powiedziała do Pana Rowera, przechodząc na drugą stronę barierki, tym razem wyjątkowo niemetaforycznie. - Żegnaj, najdroższy. Spotkamy się w piekle dla rowerów. I puściła. Wspaniałe uczucie wolności, którą może dać jedynie spadanie z dziesiątego piętra, nie trwało wiecznie. Właściwie, w ogóle nie trwało. - Co robisz, do cholery?! - krzyknęła zirytowana studentka, zauważając, że nie dość, że nie spada, to jeszcze ktoś jej to uniemożliwia. - To chyba moja kwestia, samobójcza wariatko! - rzucił przerażony mężczyzna, który trzymał obie jej ręce. - Nie jestem wariatką! Poza tym, dlaczego się pan wtrącasz w cudze samobójstwa? - Przyszedłem po rower tylko! - Ach tak? To może mnie pan już puścić. Mężczyzna przetwarzał informacje. - Nie no, chyba nie mogę. - Dlaczego? Przykleił się pan? - Nie powinnaś być taka zuchwała, stojąc po złej stronie balkonu, wiesz? - To jest idealna strona balkonu. Właściwie, nawet moja ulubiona strona. I wcale mi nie zależy. - Ale przecież nastolatki tylko tak udają, że chcą się zabić, żeby zwrócić na siebie uwagę... Studentka przewróciła oczami z dezaprobatą. - A widzi pan to? - zapytała, wskazując oczami na swój prawy nadgarstek. - Za drugim razem już się chyba próbuje na serio. Mężczyzna zamilkł na chwilę, jakby próbował znaleźć idealny kontrargument, ale nie potrafił i bardzo go to irytowało. - Możesz już wejść z powrotem na balkon? Porozmawiamy spokojnie. - Nie chce rozmawiać. Chce spaść. - Błagam. Kupię ci ciastko. - Jakoś nie przepadam za słodyczami. - To pizzę, cokolwiek. Napijemy się herbatki i opowiesz mi, dlaczego chcesz się zabić. Będzie miło – uśmiechnął się niezręcznie. Studentka musiała to przemyśleć. Darmowe jedzenie to okazja nie do odrzucenia. W takich wypadkach budził się w niej Wewnętrzny Student, a Wewnętrzny Student nie odmawia jedzeniu. - A potem będę mogła skoczyć? - Pomyślimy o tym. Studentka przełożyła jedną nogę przez barierkę. - Ale niech pan nie myśli, że mnie pan do czegoś przekonał. Zjem, wypiję i tu wrócę. - Jasne, jasne – odparł, otwierając przed nią drzwi. - Do zobaczenia, Panie Rowerze – burknęła pod nosem. Mężczyzna tylko się uśmiechnął.

Mieszkanie mężczyzny wyglądało jak mieszkanie kogoś dorosłego. Nie tak, jak jej i współlokatorek, które znała może od dwóch miesięcy. Było większe, miało nowoczesne meble, z rodzaju tych kosmicznie plastikowych, albo dobrze udających plastik, na przykład takich z włókna węglowego czy czegoś innowacyjnego. Miało płaski telewizor, bardzo ciekawie wygięty. Miało więcej kuchni, niż można się było spodziewać, i tą fajną lodówkę z dwoma drzwiczkami, co to od kilku lat są takie modne. A więc mieszkanie kogoś dorosłego wygląda jak nieużywane. Takie z reklamy, co raz się przydało, a potem żyło własnym, zakurzonym życiem, całkiem samotne. Przestronne, smutne, kosmiczne mieszkanko. Studentkę zastanawiało, jak udało się komuś mieszkać w taki sposób, żeby nadal wyglądało bezludnie. Ten facet musiał chyba sprzątać tu codziennie, albo nigdy nie wracać do domu... Studentka ściągnęła buty, zostawiając je pod wieszakiem na kurtki i inne takie. Dwa czarne parasole leżały w tym okrągłym czymś na parasole, czego nigdy jakoś nie potrafiła nazwać. - Mieszka pan sam? - zapytała przezornie. Może ma po prostu dwa parasole? - Z synem – odparł mężczyzna. Studentka zaniemówiła, po czym przyjrzała mu się uważnie. Jak to z synem? - A ile lat ma syn? - W przyszłym miesiącu kończy dwadzieścia. Ciekawska jesteś, co? Jak to dwadzieścia? Przecież ojciec taki młody... Dawała mu góra trzydzieści parę lat. Czyżby zaistniał tu efekt Brada Pitta? - Ma pan efekt Brada Pitta? - zapytała, zanim zdążyła ugryźć się w język. Myśl, potem mów. Mężczyzna wydawał się nie rozumieć. - Co proszę mam? - Efekt Brada Pitta. - Czy to coś zaraźliwego? - Nawet niech mi pan nie mówi, że nie zna pan Brada Pitta... - westchnęła ciężko dziewczyna. Świat powalał ją na kolana, i to w tym niedobrym znaczeniu. - Nie no, znam. - Studentka odetchnęła z ulgą. - To ten, co grał w „Piratach z Karaibów”. - Na jasną poświatę niebios... To Johnny Depp. - Naprawdę? Tacy podobni są... - Niby z której strony? - dziewczyna starała się powstrzymać irracjonalny gniew, jednak mylenie Brada Pitta z Johnnym Deppem to grzech ciężki. Za to zsyłają do filmowego piekła, w dodatku każą oglądać do końca życia „Tureckie gwiezdne wojny”. - No obaj są blond. Tak się nie da żyć, pomyślała. - Johnny Depp nigdy w życiu nie był blond. Nawet dla Burtona nie był. Po prostu nigdy! - No jak to? Przecież we „Władcy Pierścieni” był! - rzucił mężczyzna w geście obrony. Dość bezskutecznej obrony, jak się potem przekonał. - O matko, to pan cały czas o Orlando Bloomie mi tu opowiada... Orlando Bloom też nie jest blondynem! Tylko, jak był Legolasem, to był blond! Irytacja sięgnęła szczytu i studentka padła teatralnie na kolana w salonie. - Wybacz... nie znam się na tych młodych aktorach – odparł z nieznacznym zawstydzeniem. - Johnny i Brad to mają z pięćdziesiątkę, tylko wyglądają piętnaście lat młodziej... No właśnie! I na tym polega efekt Brada Pitta! - Naprawdę wyglądam piętnaście lat młodziej? - zdziwił się mężczyzna. - Bo czuję się, jakbym przeżywał drugą starość... Studentka nie była zadowolona. W tym momencie mogła już nigdy się nie irytować. Nigdy. Być niczym, albo eterem, albo duchem, albo wieloma innymi rzeczami, które wolno pływają po świecie. A była w tym samym bloku, co zwykle, tylko naprzeciwko. Tłumacząc obcemu facetowi różnice między Johnnym Deppem a Bradem Pittem. I jeszcze Orlando Bloomem, na dodatek, żeby na następny raz nie pomylił go z Keirą Knightley. - Jakiej herbaty się napijesz? - przebiło się przez myśli do głowy dziewczyny. - Takiej z cukrem i cytryną – odparła, gdy emocje od niej odpadły i znów została jej tylko wizja lepszego nie-życia. - Usiądź wreszcie, dziewczyno, co będziesz tak stać. Moje krzesła nie ugryzą cię w tyłek. Miło z jego strony, że starał się być zabawny. Studentka wybrała miejsce z prawej strony prostokątnego stołu. Był dość duży, by pomieścić całą jej rodzinę. To znaczy, tą bliską, co przychodzi na obiady, nie ekipę weselną, czy imieninową. Ten rodzaj rodziny nie zmieściłby się przy jednym stole. Zauważyła wbijające się w nią, wyczekujące spojrzenie z naprzeciwka. - A więc – zaczął mężczyzna – opowiesz mi o tym, co się przed chwilą stało? Studentka odczekała chwilę. - Miała być pizza – zauważyła. - Jedzie. - Przecież pan nie dzwonił... - Mój syn miał przywieźć na obiad – wytłumaczył. - Zjesz z nami. Jakie zjesz z nami? To nie tak miało być! Dała się nabrać temu potwornemu facetowi! Ale przecież nie powie mu wprost, że nie chce poznawać jego syna, ani w ogóle kogokolwiek w tej chwili... - Nie mogę tak zakłócać rodzinnych chwil. - Daj spokój. Ja ci pozwalam. - Ale... Jest pan pewien, że podwójna niedoszła samobójczyni to dobre towarzystwo dla pana syna? Nie zdemoralizuje się, czy coś? - Oj, wiesz mi, jego nie da się zdemoralizować. - Jest Kapitanem Ameryką? - Kim? Proszę już skończyć z odniesieniami do popkultury, zgoda? Przez chwilę mężczyzna wyglądał, jakby próbował sobie coś przypomnieć. - Właściwie to jak ty masz na imię? Przez to wszystko zapomniałem spytać. Studentka rozważała różne opcje. W tej chwili mogła mieć na imię, jak tylko chciała. Za fałszywym szczególnie przemawiał fakt, że jej rodzice nie dowiedzą się o całym zajściu. Nigdy. Bo przecież ona im nie powie. Nie tym razem. Ale, z drugiej strony, czy temu facetowi aż tak bardzo zależy? No i, gdyby chciał się dowiedzieć, wystarczy spytać jej współlokatorek. - Ewa – odpowiedziała, co było akurat prawdą. Wmawiała sobie, że nie wymyśliła żadnego lepszego imienia, bo przecież nie zaufałaby dopiero co napotkanemu mężczyźnie z kompleksem Brada Pitta, prawda? - Cudownie. Ja jestem Tomasz – przedstawił się mężczyzna. - Też ładnie. W takich momentach, jak ten, Ewa nie potrafiła kontynuować dalej rozmowy. Tworzyła się cisza, taka przeżerająca ściany. Stuki i puki nie wchodziły w grę, nic takiego wtedy nie istniało. Tylko cisza. Powinna ona zostać przerwana przez jakiś zwrot akcji, wejście smoka, takie rzeczy, ale zwykle nie działo się nic i rozmowa się na tym kończyła. Dziewczyna upiła łyk herbaty. Trochę przesłodzona. - Powiesz mi teraz, co cię skłoniło do skoczenia z balkonu? Miała nadzieję, że już o to nie spyta. Zapomni. Ona też już chciała zapomnieć o tym wszystkim. Otwierał jej ledwo co zagojone rany, a właściwie takie lekko skrzepłe. I teraz krew znowu płynęła czerwonymi strużkami. - A co mnie mogło skłonić? Za pierwszym razem mi nie wyszło. - Ale był chyba jakiś czynnik, no nie? Ludzie tak z niczego nie próbują popełniać samobójstwa. Świat nigdy nie rozumiał. Wiedziała już za pierwszym razem. - Życie jest jednym wielkim czynnikiem, panie Tomku. Niektórzy nie są do niego stworzeni. - Wszyscy mają prawo żyć. Ewa przewróciła oczami. - Tu nie chodzi o prawo. Chodzi o chęć. No więc, ja tej chęci jakoś nie mam. - Masz trudną sytuację rodzinną, tak? Biją cię, mobbingują? A może chodzisz głodna? - Pan Tomasz dociekał z wytrwałością detektywa śledzącego podejrzane typy. - Mam normalną rodzinę, dziękuję – rzuciła, tracąc cierpliwość. - Jak już musi pan wiedzieć... Za pierwszym razem chciałam sprawdzić, czy coś się zmieni. Czy może będzie lepiej. Ale wie pan co? Jak już cię odratują i zostawią samą sobie, rodzina rozumie cię jeszcze mniej. Bo przez myśl im nie może przejść, że życie może kogoś bardziej męczyć niż cieszyć. Łzy napłynęły jej do oczu. Miała nadzieję, że tego nie widać. Nie była typem osoby, która rozkleja się nad swoim losem przy byle kim. Szczególnie przy Panach Tomaszach od Rowerów, którzy rujnują dobre, samobójcze plany. Jedną z rzeczy, które również wiedziała o ludziach, było to, że nie potrafili odpowiadać na takie słowa. Musieli strawić je, zamarynować w głębinach umysłów, by dwa dni później wywlec to kolejny raz tylko dlatego, że sobie to przemyśleli i są przygotowani do dyskusji. Ale dyskusji nie powinno już wtedy być. I chociaż zwykle jednak występowała, ciążąc niedoszłym samobójcom jak kamienie przywieszone do szyi, oni nie mieli na to wpływu, bo zawsze po takich słowach ich życie liczyło się mniej. Przestawali być pełnoprawnymi ludźmi w oczach wszystkich pozornie szczęśliwych obywateli. Bo przecież chcieli się zabić, a to haniebne. Widziała teraz ten okropny wzrok, który wykształcił się u pana Tomasza. Choćby nie wiem jak bardzo chciała znaleźć człowieka, który po prostu by rozumiał, świat starał się udowodnić, że nie istnieje coś takiego. Albo przyjmiesz ich wspaniałomyślną pomoc, albo wyklną cię i wyrzucą z domu. Za to nigdy, przenigdy nie zrozumieją cię tak naprawdę. Gdzieś w obliczu pana Tomka kryła się ta odwieczna prawda. Dorośli chyba nie mają za grosz wyobraźni. - Przemyślał pan to już? - zapytała wreszcie, gdy znudziło jej się patrzenie na górnolotną kontemplację. - Czy ja przemyślałem? Nie sądzisz, że ty powinnaś? To ją zdziwiło. - No jak to? - Naprawdę nie ma na świecie niczego, co by cię uszczęśliwiało? - Czy nie ma... Nie ma? Sama nie wiedziała. Chyba coś jest. Ale jakie to ma znaczenie, tak naprawdę? - A więc wystarczy, żeby coś mnie cieszyło i już mam być stuprocentowo zadowolona? - Dlaczego stuprocentowo? Nikt nie jest stuprocentowo zadowolony. Żyje się dla tych małych punktów w czasie, które są dobre. Nie, mówiły jej myśli. Nie dlatego. - Są zbyt małe. - No wiem – przytaknął pan Tomasz. - I zwykle niewarte zachodu. - Nie masz w ogóle żadnych marzeń? Nie ma rzeczy, które chciałabyś zrobić? Oprócz skoczenia z balkonu, oczywiście? - Jeżeli rozpatrywałabym to w ten sposób, nigdy bym nie podjęła decyzji – uznała z pewnością w głosie. Sądziła, że to rozstrzygnie o jej bezsprzecznym zwycięstwie w Wielkiej Debacie Życia i Śmierci. Ha! - No, i gwarantuję ci, że gdybyś zrobiła teraz wszystkie rzeczy, które zawsze chciałaś odhaczyć w życiu, nie chciałabyś się już zabić. O nie, nie wygra pan w Debacie Życia i Śmierci! Ewa prychnęła z niedowierzaniem. - Na pewno nie. - Ach tak? Założymy się? Pan Tomasz wyciągnął prawą rękę. - Jeżeli zrobisz dziesięć rzeczy, które zawsze chciałaś, ale tak naprawdę bardzo, i nadal będziesz się upierać przy wędrówce z dziesiątego piętra prostą linią na parter, zgoda. Udam, że nie wiedziałem i nie mogłem cię powstrzymać. Ale jeśli choć odrobinką siebie zapragniesz sobie pożyć... - To wtedy co? - spytała z nerwowym uśmiechem. - Moją nagrodą będzie twoje życie – odparł mężczyzna, niezwykle z siebie zadowolony. - Zakład stoi? - Nie muszę się z panem zakładać – stwierdziła po chwili. - Nie ma pan nade mną władzy. Mogę skoczyć w każdej chwili. - Nie chcesz się zabawić? Ostatni raz? - Zabawa nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej. - Tak, wiem, tygryski najbardziej lubią skakać. - No właśnie. - Ale lubią też wnerwiać Królika – zauważył pan Tomek, specjalista w dziedzinie Kubusia Puchatka. - Nie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wychodzenie z depresji dla opornych, cz.1 - Jedzen — czytnik · opowiadania