Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 33 min czytania

Wycieczka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wycieczka.

Piotr wolno i dokładnie pakował bagaż. Przedmioty, które wkładał do olbrzymiej torby turystycznej dawno nie należały do artykułów powszechnie używanych. Prawie rok trwało zanim zdobył te wszystkie rzeczy. Długi rok oszczędzania, starań i zachowania głębokiej tajemnicy. Ta nietypowa, zaledwie trzydniowa, wycieczka, jaką obiecał swojej rodzinie, nie zdradzając zarazem jej charakteru, kosztowała go więcej pieniędzy i zachodu niż normalne dwutygodniowe wczasy w standardowym ośrodku wczasowym. Obiecał Beacie i dzieciom wycieczkę, którą, miał nadzieję, zapamiętają na całe życie, tak jak on zapamiętał swój wyjazd nad morze z ojcem matką i młodszym bratem.

***

Miał piętnaście lat, gdy pierwszy raz zobaczył morze, niezmierzoną dal wody, błękit nieba i złoty piasek plaży, na którą z szumem wpadały niewielkie spienione fale. Cudowny zachód słońca, gdy przekraczało mglistą linię rozdzielającą szaro błękitne niebo od szmaragdowo turkusowej wody. Linię, która rysowała się wyraźnie jedynie w miejscu, w którym olbrzymia pomarańczowa tarcza tonęła w poprzetykanej białymi grzywami fal bezgranicznej tafli wody. Szczególnie zapamiętał ten dzień, gdy jakiś maleńki stateczek rybacki płynący gdzieś daleko, na samym horyzoncie, znalazł się w centralnym punkcie tonącej tarczy odbitej w połowie w wodzie. Piotrowi wydawało się, że stateczek nie płynie na ziemi, lecz na słońcu. Przez krótką chwilę przeniósł się w iluzoryczny świat marzeń i baśni. Ten moment pamiętał do dnia dzisiejszego, pozostawał on ciągle najpiękniejszym obrazem jego dzieciństwa. Ojciec obiecał im z bratem wyjazd nad morze jeszcze, kiedy Piotr miał siedem lat. Brat był o rok młodszy. Mieszkali wówczas w przemysłowym rejonie kraju w gęsto zabudowanym mieście, a ojciec pracował w jednej z nielicznych już kopalń węgla kamiennego. Kiedyś, gdy siedzieli wieczorem w małym pokoiku blokowego mieszkania ojciec powiedział: - Chłopcy, chciałbym wam kiedyś pokazać morze. Nie takie w telewizji, czy na filmie, ale prawdziwe szumiące morze. Obaj z bratem śmiali się wówczas - tato przecież prawie codziennie możemy oglądać morze w telewizji, to przecież nic ciekawego. Woda, woda i woda. -Wiecie chłopcy, telewizja, to telewizja, ale prawdziwe morze jest inne, jest po prostu prawdziwe, musicie to kiedyś zobaczyć a wtedy może zrozumiecie, co chciałem wam powiedzieć. Piotr pamiętał jak matka burknęła wówczas -Zwariowany fantasta. -I wyszła do kuchni. Tak, jego ojciec czasami był zwariowanym fantastą. Z czasem prawie zapomniał o tym wieczorze. Minęło wiele lat. Pewnego dnia po przyjściu z pracy ojciec oznajmił, ze jadą nad morze. Zaskoczyło ich wszystkich to stwierdzenie i przyjęli to jak większość rzecz, które mówił ojciec z lekką ironią. W ich rodzinie i tak o wszystkim decydowała matka wiecznie z wszystkiego niezadowolona, burcząca wiecznie na ojca, że jest niedorajdą, że niczego w życiu nie potrafi załatwić i zrobić porządnie. Te marne grosze, które zarabia nie starczają nawet na porządne wyżywienie nie mówiąc już o wczasach, czy rozrywce. Tym razem matka wzruszyła tylko ramionami i powiedziała - Jak zwykle wyrzucasz pieniądze na bzdurne rzeczy. Ty nigdy nie u miałeś oszczędzać. Ojciec spojrzał na nią spode łba i położył na stole w pokoju cztery bilety lotnicze i cztery karty dwutygodniowego pobytu w ośrodku wczasowym nad morzem. - Postanowiłem. - Powiedział krótko. -Samolot odlatuje jutro o dziesiątej przed południem, jak ci się nie podoba możesz zostać w domu, my lecimy. Chłopcy pakujcie swoje bagaże. Zaskoczyła ich stanowczość ojca zwykle uległego i poddającego się woli despotycznej matki. Burczała coś pod nosem, ale szybko pakowała swoje bagaże. Dawno nie robiła niczego jeszcze tak szybko. Morze w rzeczywistości naprawdę było czymś innym niż to oglądane na filmach i telewizji. Tych dwóch jedynych tygodni Piotr nie zapomniał nigdy, a i matka jakby się zmieniła po powrocie. Była mniej zgryźliwa, a do ojca zaczęła odnosić się z zauważalną nutą szacunku, co przy jej charakterze było wielkim osiągnięciem.

***

Teraz on pakował w tajemnicy przed Beatą i dziećmi torbę, która miała zawierać wszystko co zaplanował na tę wycieczkę, wraz z jego marzeniami. Tej wycieczki nie obiecywał, jak kiedyś ojciec, przez siedem lat, była niespodzianką, o której powiedział krótko przed realizacją. W sumie i tak przygotowywał się do niej blisko rok. Zaciągnął zamki i zaniósł torbę do samochodu. Beata pakowała rzeczy swoje i dzieci do kilku poręcznych walizek. Teresa miała dziesięć lat a Marek osiem. Właśnie przyjechali z internatu szkolnego na trzy dni do domu. Piotr tak zaplanował wyjazd, aby wypadł właśnie w czasie tego weekendu. Dzieci były lekko podekscytowane, jak zawsze przed wyjazdem, tym bardziej, że był on przecież niespodzianką. W kalendarzu był akurat luty, co i tak nie miało większego znaczenia w mieście pod kopułą, gdzie mieszkali gdyż tutaj nie istniały pory roku. Regulowana temperatura i wilgotność dobierane były optymalnie do potrzeb gospodarki i nikt nie ze zwykłych mieszkańców kopuły nie zadawał sobie trudu, by zastanawiać się nad pogodą, czy też warunkami klimatycznymi panującymi na zewnątrz. Piotr przez ostatnie dwa tygodnie śledził pilnie specjalną kolumnę pogodową w Internecie, która podawała pogodę na zewnątrz kopuły. Były to informacje przeznaczone wyłącznie dla nielicznego, ściśle określonego grona naukowców i mało kto z mieszkańców miasta interesował się tymi informacjami. Wiedział, że ma szczęście pogoda była taka jaką sobie wymarzył. W tajemnicy przed resztą rodziny zaprogramował na komputerze swojego samochodu dane śluzy wyjazdowej. Było późne piątkowe popołudnie, gdy wyjechali na ruchliwe o tej porze ulice miasta. Przejazd przez miasto przebiegał bez żadnych niespodzianek. Beata czytała jakąś gazetę nie zwracając zbytniej uwagi na to gdzie jadą, była zresztą przekonana, że będzie to jeden z ośrodków wypoczynkowych położonych na obrzeżach miasta. Dzieci również nie interesowała trasa przejazdu, były zajęte oglądaniem jakichś komiksów na tylnej kanapie samochodu. Do śluzy dojechali, tak jak zaplanował, wieczorem. -No to przesiadka. -Oznajmił ze stoickim spokojem. Beata spojrzała na niego zaskoczona. -Coś ty wykombinował? -Niespodzianka. Zobaczycie. - I aby uciec przed następnymi pytaniami udawał, że ze skupieniem szuka miejsca do zaparkowania samochodu na rozległym i prawie pustym parkingu przed śluzą wyjazdową. Byli tutaj już oczekiwani. Przedstawiciel biura podróży, w którym wykupił tę wycieczkę podjechał obok specjalnym samochodem. -Czy ma pan wymagane dokumenty na wyjazd z kopuły. -Tak proszę oto nasze papiery, a tutaj jest moje zewnętrzne prawo jazdy. -Pan wybaczy, ale muszę je ze skanować i przekazać do sprawdzenia. Zewnętrzne warunki są niezmiernie trudne, a pan życzył sobie samochód bez naszego kierowcy. Musimy, więc posiadać pełne zabezpieczenie biorąc odpowiedzialność za państwa bezpieczeństwo. Samochód, tak jak pan sobie życzył ma pełne wyposażenie, oczywiście bez ogrzewania i pozostałych środków nie wypuszczono by pana na zewnątrz o tej porze roku. Ponadto samochód jest monitorowany przez satelitę, posiada również automatyczną radiostację i telefon pokładowy. -Dziękuję zapoznałem się już w domu z instrukcjami obsługi tych urządzeń. Muszę panu powiedzieć, że swoje pierwsze prawo jazdy robiłem przed ponad dwudziestu laty, jeszcze przed powstaniem kopuły i myślę, ze coś z tamtych czasów pamiętam. -Życzę przyjemnej podróży i miłego wypoczynku, aha przypominam, że musicie państwo być z powrotem na śluzie przed godziną dwudziestą czwartą w niedzielę. W przypadku spóźnienia musiałby pan dopłacić za pełną dobę. -Wiem, wiem. Dziękuję i do widzenia. W czasie tej rozmowy Beata przeniosła cały bagaż do podstawionego samochodu. Upewnił się, czy również jego torba znajduje się w bagażniku. Wjechał w tunel śluzy. Szklane wrota zamknęły się za nimi. Po kilkudziesięciu metrach zatrzymał samochód przed następną taflą pancernego matowego szkła. Pokazał strażnikowi dokumenty wyjazdu. Mleczna ściana rozsunęła się wolno na boki odsłaniając głęboką nieprzeniknioną ciemność. Beata dziwnie skuliła się w fotelu obok. Dzieci przytuliły się do siebie lekko przestraszone. Włączył światła samochodu i wszystkim jednocześnie z ust wyrwało się westchnienie ulgi i zachwytu. Świat przed nimi był biały z czarną wstęgą szosy po środku, niknącą gdzieś daleko na granicy widzialności. Ruszył wolno w białą ciemność rozświetlaną reflektorami ich pojazdu. Wiedział, że ogrzewanie szosy skończy się po mniej- więcej dziesięciu kilometrach od kopuły, która wznosiła się prawie pionową szaro mleczną ścianą za ich placami. Światło reflektorów wyławiało z otaczającej ich ciemności szeroką drogą z obu stron porośniętą zwartym gąszczem drzew i krzewów pokrytych kilkucentymetrową czapą puszystego śniegu. Jechał wolno. Włączył wszystkie możliwe światła. Mogli podziwiać niepowtarzalne piękno otaczających ich ośnieżonych drzew. Dzieci całkiem zaniemówiły, przykleiły nosy do szyb, tak urokliwe obrazy widziały pierwszy raz w życiu. Na tylnej kanapie leżał stos komiksów, które przegrały swą atrakcyjność na rzecz roztaczającego się na zewnątrz zimowego krajobrazu. -Tato, czy to wszystko jest prawdziwe, czy to tylko trójwymiarowy film?- Spytał Marek. -Jeśli chcesz, możesz sprawdzić.- Piotr uśmiechnął się przez ramię do syna. -O ile dobrze pamiętam mapę, to za mniej więcej pięć kilometrów będziemy mogli zjechać na parking. Ale, ostrzegam, na zewnątrz jest naprawdę bardzo zimno. Prawie osiem stopni poniżej zera. Radzę rozpiąć zamek mojej torby podróżnej, znajdziecie tam ciepłe kurtki i czapki. Dzieci rzuciły się do bagażowej części ich pojazdu. -Ty też będziesz musiała włożyć coś cieplejszego. - Zwrócił się do Beaty. - No i z pewnością wszyscy potrzebujemy ciepłe buty, jeśli chcemy wyjść na zewnątrz. Specjalne śniegowce są również w mojej torbie. Parking zauważyli, prawie wszyscy równocześnie. Po prawej stronie drogi, pośród gęstych krzewów pod pięknie ośnieżonymi drzewami czerniał niewielki, prostokątny skrawek podgrzewanego asfaltu. Piotr wolno zjechał z drogi i zatrzymał samochód prawie w jego środku. Mogli opuścić pojazd nie wchodząc w śnieg. Marek i Teresa otwarli jednocześnie drzwi z obu stron i wyskoczyli na asfalt. -O kurde bele! - Masz rację tato. - Strasznie zimno. Zawołali prawie równocześnie. - E! Ja wchodzę z powrotem do środka. - Zdecydował Marek. - Ja też! - Zawtórowała mu Teresa. W międzyczasie Beata wyciągnęła wysokie śniegowce dla wszystkich z olbrzymiej torby Piotra. - Włóżcie to koniecznie, bo przeziębicie nogi. - Podała dzieciom buty. - Mamo nie warto, i tak jest okropnie zimno i ja włażę do środka. - Marek już otwierał drzwi samochodu, kiedy olbrzymia śnieżna pacyna wylądowała mu na plecach. Piotr specjalnie celował tak, aby śnieg nie dostał się chłopcu za kołnierz. - Nie, no co ty… - Beata nie skończyła zaczętego zdania, gdy i na jej biodrze roztrysnęła się następna śnieżna kula. Podbiegła do zaspy leżącej przy skraju parkingu. - Tylko nie myśl sobie, że ujdzie ci to na sucho. - Zawołała do Piotra z wyraźną nutą rozbawienia w głosie. - Marek, Teresa, pomóżcie mi, damy mu nauczkę, niech nie zaczepia. Dzieciom wyraźnie spodobała się zabawa rozpoczęta przez rodziców. Piotr udawał, że ucieka uchylając się przed nawałą śnieżnych pocisków. Chwilami zatrzymywał się, aby sięgnąć po następną pacynę, która lądowała na plecach lub głowie kogoś z atakującej trójki. Śnieg był puszysty i trudno było przy tak mroźnym powietrzu ulepić groźniejszą kulę. Były lekkie, puszyste i nie stanowiły najmniejszego zagrożenia, natomiast zabawa była wyśmienita. Zmęczeni i przemoczeni nie zwracali uwagi na cieknące za kołnierz cieniutkie strumyczki wody z topniejącego na rozgrzanych ciałach śniegu. -No pięknie poddaję się. Zwyciężyliście. Ave zwycięzcy! Ale teraz już koniec. Dobrze się wytrzyjcie ze śniegu i wody, no i jedziemy dalej.-Piotr położył zdecydowanie kres zabawie.

-To było fajne, wiesz tato nie myślałem, że tak świetnie można bawić się śniegiem. Sprawnie działające ogrzewanie samochodu szybko suszyło mokre głowy całej czwórki, a na twarzach jeszcze długo utrzymywały się rumieńce. Podgrzewany odcinek drogi kończył się niedaleko za parkingiem. Teraz jedynie rozgarnięty na boki śnieg wyznaczał bieg drogi. Całe szczęście, że nie pada. - Myśli Piotra wróciły wstecz, kiedy to nie tylko, że miasta nie były przykryte kopułami, a drogi podgrzewane, ale cały ruch poza miastami odbywał się po niezbyt dokładnie odśnieżonych trasach. Pamiętał jak kiedyś, krótko po zdaniu egzaminu uprawniającego do otrzymania prawa jazdy, wybrał się samochodem wraz z rodzicami do oddalonego o ponad trzysta kilometrów miasta. Mieszkał tam brat matki. Wymyśliła, że pojadą do niego na święta. Krótko przed świętami zaczął padać gęsty i obfity śnieg. Drogi zasypane grubą warstwą białego puchu ginęły wśród płaszczyzn pól. Wprawdzie specjalne służby przystąpiły do oczyszczania głównych szlaków, lecz przejazd tak przygotowanymi drogami wymagał nie lada umiejętności. Wyjechali późnym wieczorem, gdy ojciec wrócił z pracy. Zanim udało im się opuścić miasto zapadł zmrok. Ponownie, obficie rozpadał się śnieg. Na rzadko uczęszczanej drodze do maleńkiego miasteczka położonego wśród rozległej równiny ruch był niewielki, a i służby drogowe przejeżdżały nią rzadko. Wąski tunel drogi, przekopany pośród nawianych zasp, wznosił swe śnieżne ściany powyżej samochodu. Padające majestatycznie olbrzymie płatki śniegu wirowały wolno w świetle reflektorów. Złudzenie wciągającej głębi przerażało go. Chwilami tracił poczucie rzeczywistości. Otwierał się przed nim iluzoryczny tunel nieograniczonej przestrzeni stworzony z nieogarniętej zmysłami masy wirującej bieli. Odrealniony tunel wciągał w inny wymiar. Miał wrażenie, że droga, po której jedzie nagle zniknie a on wraz z samochodem zawiśnie w białej głębi kosmicznej pustki. Było w tym złudzeniu coś fascynującego a zarazem przerażającego, coś o narkotycznej mocy. Mrugał wówczas szybko powiekami i świat ponownie nabierał realnych kształtów, aby za moment znów przeistoczyć się w narkotyczną wizję. Tą podróż pamiętał potem bardzo długo. Jeszcze przez wiele lat przerażało go jej wspomnienie. Dzisiaj, chociaż droga była, już na tym odcinku, pokryta warstwą śniegu, a na poboczach wznosiły się ponad metrowej wysokości zaspy prowadził samochód pewnie i spokojnie. Wielokrotnie silniejsze oświetlenie tego pojazdu w porównaniu z samochodem z jego wspomnień odsłaniało najdrobniejsze szczegóły mijanego krajobrazu. Pomimo, iż jechał wolno, drogi szybko ubywało. Był sam na trasie odśnieżonej prawdopodobnie wyłącznie dla niego, lub dla kilku zaledwie samochodów, którymi parę osób wybrało się tak jak i on na ten nietypowy rodzaj weekendu. Po kilkudziesięciu kilometrach droga zaczęła wznosić się łagodnymi łukami. Kilkaset metrów przed skrzyżowaniem, na którym miał skręcić, na niewielkim ekranie komputera pokładowego wyświetlił się obraz tego miejsca na mapie. Pulsując delikatną zielenią wskazywał właściwą drogę. Trasa stawała się coraz węższa i coraz bardziej stroma. Po pokonaniu kolejnego zakrętu ich oczom ukazała się niewielka polana ze stojącym pośrodku drewnianym domem. Spadzisty dach wykończony na szczytach rzeźbionym naturalnym drewnem pokrywała gruba warstwa puszystego śniegu. Na maleńki ganek pod wspierającym się na drewnianych filarach dachem prowadziły wąskie czterostopniowe drewniane schodki. Podjazd przed domem i schody były odśnieżone. Do przeciwległej ściany, niewidocznej z drogi, przylegał obszerny garaż. Piotr zatrzymał samochód przed wejściem do domu. - No to jesteśmy na miejscu. Każdy bierze swój bagaż i zapraszam do środka. Tym, co zostanie ja zajmę się osobiście. - Był wyraźnie zadowolony obserwując zaskoczone miny Beaty i dzieci. Beata spoglądała na przemian, to na niego to na dom, jakby nie była pewna czy rzeczywiście ma wysiąść z samochodu. - Tato, a gdzie taśmociąg na bagaże…i czy w ogóle jesteś pewny, że to właśnie tutaj? - Tego akurat jestem absolutnie pewny. - Piotr roześmiał się rozbawiony pytaniem Teresy. Bagaże leżały na podłodze niewielkiego saloniku położonego tuż za drzwiami wejściowymi. Wniósł pozostałe w samochodzie torby. W szerokim kominku na przeciwległej do drzwi ścianie, wesoło trzaskał naturalny ogień. Kominek…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%