Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 29 min czytania

Wygasły Szept

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

A wszystko ciągle trwa. Zaciemniony obraz rzeczywistości rozjaśnia się oświetlony prawdą. Byłem malarzem. W swoim umyśle rozrysowywałem kontury, a potem wypełniałem je zaletami i wadami. Życie jednak jest okrutne i kiedy nakładałem farbę widziałem tylko zło. Każda barwa była przesiąknięta głębokim nieszczęściem. Teraz mijałem kolejne kolory. Nigdy nie lubiłem lasów iglastych. Są one jakieś takie suche, bezduszne. Prawie żadnych zwierząt ani krzewów, tylko kilka tysięcy pali naznaczonych zielonymi igłami. Dobrze, że zrezygnowałem z pracy najemnika, bo to całe żelastwo za bardzo mnie obciążało, jednak stalowe buty miały też swoje plusy. Teraz mam na nogach dwa szmaciane worki wypełnione igłami i piaskiem. Drzewa rozciągają się aż po horyzont – to nawet dobrze, bo ta podróż nie ma żadnego celu. Pozbyłem się całego majątku i będę wędrował tak aż śmierć nie pokaże mi wiecznego nakazu aresztowania. Całe życie dzierżyłem ostrze żeby wbijać je w ciała innych ludzi – to tak jakbym zabijał swoje odbicia, które robiły to samo, co ja, tylko im nie udawało się wykonać misji. Dobrze, że nie miałem czasu na refleksje, bo one zniszczyłyby mnie pewnie dużo prędzej, choć może dzięki nim ustabilizowałbym się psychicznie i nie stworzył tego beznadziejnego trzydziestolatka. Miotały mną wątpliwości. W końcu ona odebrała mi chęć do walki, zabrała serce i zostawiła z krwawiącą raną, ale nie czas teraz żeby znowu do tego wracać. Mogłem sobie kupić jakiegoś wierzchowca, przynajmniej szybciej opuściłbym ten las. Coraz więcej myśli atakowało mówiąc: - Jesteś głupi. wracaj do swego życia i porzuć tę wędrówkę, która prowadzi do nikąd. - Nie! - krzyk rozdarł strugi powietrza, przerywając przenikliwą ciszę. Samotna dusza ciągle przesuwała się naprzód ku nieznanemu. Las rozrzedzał się powoli. Przed nim znajdowały się ogromne pola. Wychodząc z pomiędzy drzew poczułem potężny atak słońca, które mocno dawało o sobie znać w ten upalny dzień. Moje czarne włosy wolały ukrywać się przed światłem. Zawsze miałem w takim wypadku jakieś nakrycie głowy, jednak tym razem nie było wyjścia i musiałem wędrować w towarzystwie oślepiających promieni, co mogło się skończyć udarem. Głód i pragnienie ogarnęły mnie całkowicie, a wszystkie bardziej wzniosłe uczucia po prostu szlag trafił, jednak logiczne myślenie nie zawiodło nawet przez chwilę - jeśli były zaorane pola, to ktoś musiał je uprawiać, czyli niedaleko powinno być jakieś gospodarstwo. Chwilę potem ujrzałem po lewej stronie rzekę, a koło niej duży, ceglany budynek o płaskim dachu i dwóch piętrach wysokości. Bez zastanowienia ruszyłem w stronę miejsca, gdzie na pewno znajdowali się ludzie. Drzwi frontowe stały naprzeciw mnie, otwarte na oścież. Parę metrów dalej, przy rzece siedziało dwóch mężczyzn łowiących ryby. Jeden z nich obrócił się nagle słysząc zbliżające się kroki. Wstał błyskawicznie podnosząc z ziemi strzelbę. - Nie ruszaj się, bo odstrzelę ci łeb! – krzyknął. Był wysoki i dobrze zbudowany. Wyglądałby jak stereotypowy przedstawiciel taniej siły roboczej, ale strzelba dodawała mu animuszu. Drugi obrócił się żeby zobaczyć przybysza. Miał może z dwanaście lat, jego ręce drżały, co świetnie widziałem, ponieważ ciągle trzymał wędkę. W powietrzu czuło się ogromne napięcie. Mężczyzna ze strzelbą był gotowy w każdej chwili zabić nieprzyjaciela. - Nazywam się Wiktor. Nie mam żadnej broni. Przybywam w pokoju – po tych słowach padłem na kolana. Znowu chwila ciszy… W czasie bitew nigdy nie było dosyć spokoju. Przeciwnicy sunęli bezmyślnie do ataku zamiast zastanowić się chociażby nad tym, czy ktoś im za to zabójstwo zapłaci. Robiłem tak samo. Najpierw zabijałem, a potem sprawdzałem czy była to właściwa osoba. Ten mężczyzna na szczęście był inny. - Dobra, wstawaj. Widzę, że jesteś czysty. Nazywam się Albert – podszedł żeby podać mi dłoń, jednak w drugiej wciąż dzierżył strzelbę przygotowaną do strzału w nogi. - Chciałbym prosić o coś do jedzenia. Byłem najemnikiem, ale... - Opowiesz mi to potem, przy posiłku. Zapraszam do domu, jak nakazuje tradycja – przerwał mi, powoli ruszając w stronę mieszkania. Cały czas był lekko obrócony do tyłu żeby w razie zagrożenia błyskawicznie wpakować mi śrut w żołądek. - Piotrek zostaw tę wędkę i chodź na obiad! – krzyknął jeszcze przy drzwiach wejściowych. Chłopak szybko wykonał zadanie i pobiegł do mieszkania. Dom wewnątrz wydawał się ogromny, dużo większy niż na zewnątrz. Może spowodowane było to brakiem podziału na pokoje. Przy drzwiach znajdowało się parę szaf. Dalej stał duży stół, który nie był jeszcze zastawiony. Za nim postawiono dziwną skrzynię, której zastosowania nie znałem. - Do czego to służy? – ciekawość przezwyciężyła we mnie pokorne milczenie. - To jest telewizor. Przed dniem zagłady pełnił rolę odbiornika łączącego ze światem. Sam dokładnie nie wiem, czemu teraz nie działa – odpowiedział gospodarz. - Zawsze mnie to denerwowało. Jeśli Bóg chciałby zniszczyć świat, to nie pozostawiłby na pewno tylu tych gratów, tylko unicestwiłby wszystko – podzieliłem się spostrzeżeniem. - Istnieją różne wersje, ale prawie pewne jest, że przed katastrofą na ziemi nie było smoków, drzewców, golemów, ifrytów i tych wszystkich innych dziwadeł. Można, więc powiedzieć, że ta wielka eksplozja była oczyszczeniem świata i wprowadzeniem nowych ras, które mają wyniszczyć plugawych ludzi. Stworzenie nowego globu zajęłoby pewnie szczęść dni, a wywołanie eksplozji, która zniszczy większość siedlisk ludzkich, było kwestią paru sekund. - Nigdy nie byłem dobry w filozofii, ale to, co się dzieje na tej planecie to parodia - odrzekłem. - Już wróciliście - odezwał się kobiecy głos z wyższego piętra. Ktoś powoli zaczął schodzić po schodach, które znajdowały się z tyłu pokoju. W końcu postać pojawiła się przed moimi oczami. Kobieta miała na oko z trzydzieści lat, cudne zielone oczy i jasne blond włosy. Była piękna… Ale nie tak, jak… Tysiące myśli wirowały w mojej głowie przeplatane wspomnieniami. Dlaczego każda niewiasta musi mi ją przypominać…? - Widzę, że mamy gościa. Witam serdecznie, nazywam się Lucyna - słowa te wynurzyły mnie z otchłani umysłu. Podała mi dłoń. Uścisnąłem ją, jednak nie miałem ochoty silić się na głupie pocałunki w rękę, których wymagała etykieta. Podziękowałem tylko za gościnę i zająłem miejsce przy pustym jeszcze stole, wraz z pozostałymi osobnikami płci męskiej. Lucyna w tym czasie ruszyła w lewy tylni róg domu, gdzie znajdowała się kuchnia. - Może opowiesz nam, co cię sprowadza w te strony - zaproponował Albert. - Byłem najemnikiem, jednak wszystko się skomplikowało. Setki podobnych do mnie ludzi zabiła ta nowoczesna technologia. Nie wiem, co spowodowało wybuch tysiąc lat temu, ale źle się stało, że wszystkie te zabawki nie zostały zniszczone i odkryto plany ponownego ich stworzenia - odpowiedziałem mu i spojrzałem na Lucynę. Chciałbym żeby teraz, kto inny gotował mi obiad w moim własnym domu… - Świat jest dziwny. Kiedy cztery tysiące lat temu syn boży umarł za ludzi nikt się nie spodziewał, że wszystko się tak pokomplikuje. Słyszałeś, jaką technologią władano przed tą dziwną eksplozją, prawda? - gospodarz pilnie mi się przyglądał. - Ciężko było nie słyszeć. Jakieś latające maszyny przenoszące do kilkuset osób. Pociski, które są w stanie wysadzić nawet całe państwo i różnie inne wynalazki niemieszczące się w głowie. Nie dziwię się, że tamten świat został unicestwiony - gdy zrobiłem przerwę Lucyna podała każdemu drewniany kubek. - Czego się napijecie? - zapytała. - Nalej kompotu, mocniejsze trunki zostawimy na potem - rzekł Albert, a kobieta wykonała jego polecenie. Gospodarz wypił trochę i kontynuował rozmowę: - Widziałeś moją strzelbę i wiesz, że także korzystam z tej technologii. Mam jeszcze parę drobiazgów, jak to stojące tam pudło, które nazywa się telewizor, co już zresztą mówiłem. Bandyci zamieszkujący pobliskie lasy często mnie nachodzą. Myślałem, że jesteś jednym z nich, ale przybyłeś bez broni. Chyba, że jesteś podstawiony i masz mnie zadźgać w nocy moim własnym nożem - spojrzał na mnie zimnym wzrokiem. Strzelba cały czas leżała koło jego lewej ręki. Ulokował się w taki sposób, że gdybym coś kombinował błyskawicznie odskoczyłby do tyłu. Siedział z boku stołu i zabiłby mnie zanim zdążyłbym się na niego rzucić. Jego syn był jeszcze dalej ode mnie, więc o zabraniu go na zakładnika również nie było mowy. - Takie uprzedzenia pozwalają uniknąć przykrych konsekwencji, ale są dla mnie trochę irytujące, ponieważ mam gdzieś twoje zaufanie i mogę odejść zaraz po posiłku – odpowiedziałem patrząc prosto w jego rzucające wyzwanie, oczy. - Jeśli nie jesteś jednym z nich i nie oszukałeś mnie z profesją to przyda mi się twoja pomoc. Osoby, o których mówię nie posiadają żadnych skomplikowanych broni. Nie chcę żebyś walczył, tylko służył swoim doświadczeniem, które zapewne posiadasz – rzekł spoglądając w moje w oczy najgłębiej, jak umiał. - Czyli, jeśli dobrze zrozumiałem, mam iść za tobą i wytropić tych bandytów, a ty ich zastrzelisz? - Albert potwierdził skinieniem głowy. - O czym rozmawiacie? - odezwał się Piotrek, ale zignorowaliśmy chłopca. - Kiedy masz zamiar wyruszyć? - zapytałem. - Jutro z samego rana, oczywiście po śniadaniu - radość i zaufanie na jego twarzy zarysowały się szybko, zbyt szybko. Dobrze, że nie byłem podstawiony przez jego wrogów. - Jeszcze się nie zgodziłem. Muszę to dokładnie przemyśleć. Czy mógłbym się zdrzemnąć po posiłku? - Oczywiście, że tak. Łóżka znajdują się zaraz za kuchnią, mamy ich aż pięć, więc nie będzie żadnego problemu - Albert wciąż udawał zadowolonego, lecz niepewność, którą w nim zasiałem trochę go zdeprymowała. Lucyna podała nam talerze i chwilę potem zjadłem posiłek, po którym udałem się do łóżka w celu przemyślenia swego losu. Według pierwotnych planów powinienem teraz umierać z głodu i zmęczenia przeklinając życie oraz cieszyć się, że je opuszczam. Jednak plany mają to do siebie, że rzadko się spełniają i czeka mnie prawdopodobnie kolejna misja, jedna z tych, których nie brakowało w przeszłości. Nie wiem, jak długo tak rozmyślałem ani kiedy zasnąłem, ale wiem, że obudziłem się w nocy, gdy wszyscy jeszcze spali. Resztki snu wirowały mi jeszcze w głowie. Kolejny raz zostałem rozstrzelany przez kilkanaście pocisków, które w przeciągu kilku sekund przedziurawiły moje ciało. Rzadko zastanawiałem się nad rolą snów i tym razem było tak samo. Usiadłem na łóżku. Pościel była cała brudna. Mogłem się umyć przed pójściem spać, ale to już nie miało znaczenia. W domu było duszno, więc postanowiłem wyjść na zewnątrz. Cała rodzina spała w najlepsze. Albert trzymał strzelbę zaraz obok łóżka. Nie miałbym problemu żeby mu ją teraz zabrać i zabić wszystkich domowników zanim zdołaliby się całkowicie dobudzić, jednak chciałem tylko zaczerpnąć świeżego powietrza. Ciemność nie pozwoliła na stuprocentową orientację, więc szedłem trochę po omacku. Na szczęście nie napotkałem po drodze żadnych przedmiotów, o które mógłbym się potknąć i szybko dotarłem do drzwi. Przekręciłem klucz, który był w zamku i wyszedłem na dwór. Chłodny powiew nocy orzeźwił mnie natychmiast i z zapałem wchłaniałem ogromne dawki świeżego powietrza. Gwiazdy oświetlały polanę, na której teraz się znajdowałem. Rzekła płynęła spokojnie, wydając miły dla ucha dźwięk. Szybko odtworzyłem w głowie fragment rozmowy, która odbyła się przy obiedzie. Albert mówił, że powinienem iść w górę rzeki aż do źródła, a potem zakręcić na lewo do lasu. Droga wzdłuż wody ciągnęła się podobno parę kilometrów, więc zanim dojdę na pewno będzie już świtać. Jako prowiant zabrałem tylko kilka owoców. Wody miałem pod dostatkiem, przynajmniej aż do końca rzeki. *** Albert powoli otworzył oczy. Światło wdzierało się do środa domu przez okna, zapowiadając dzień. Mężczyzna usiadł i spojrzał na łóżko, w którym leżał jego gość. Było puste. Odetchnął z ulgą widząc strzelbę na swoim miejscu. Szybko zabrał ją i wstał z zamiarem przeszukania domu. - Może wyruszył w dalszą drogę, nie ma się, czym przejmować – próbowała uspokoić męża, Lucyna, jednak nie wychodziło jej to. - Skurwysyn na pewno był szpiegiem! - Nie krzycz, bo obudzisz dziecko. Zniknęło parę owoców, więc pewnie poszedł kontynuować swą podróż. - Idę sprawdzić przed domem - rzekł nerwowo Albert i wyszedł na zewnątrz. Zrobił kilka okrążeń wokół budynku, jednak nie znalazł nawet żadnych śladów swego gościa. Już otwierał drzwi do domu, gdy nagle usłyszał za sobą świst powietrza. Odgłos ten wydała strzała, która wbiła się właśnie w okolicę jego łopatki. Mężczyzna błyskawicznie upuścił strzeblę, przeszyty ogromny bólem i oparł się dłońmi o ścianę obok drzwi. Obracając się dojrzał w oddali trzech jaszczuroludzi z łukami. Dwóch było przygotowanych do strzału, więc nie było mowy o szybkiej ucieczce do domu. Każdy z nich z budowy przypominał wychudzonego człowieka, ale brązowe łuski na ciele i podłużna jama ustna dawały do zrozumienia, że do ludzi im daleko. Podobno potrafili się regenerować nawet w razie utraty kończyny, jednak tego Albert na własne oczy nie widział i nie będzie miał już raczej okazji sprawdzić. Strzała na szczęście nie przebiła kości, ale ból i tak był zbyt duży by podjąć jakąkolwiek próbę walki - Nie ruszaj się, musimy porozmawiać - zbliżający się jaszczur syknął ledwo zrozumiale, ale ku zdziwieniu mężczyzny słowa były wypowiedziane w ludzkim języku. Następnie jeden z nich podszedł do Alberta i wyłamał wystającą część wbitej w plecy, strzały.– Tak jest lepiej, przynajmniej nie będzie ci przeszkadzać - jaszczur wydał dziwny syk, który był pewnie śmiechem. - Studiowałem anatomię człowieka i mogę stwierdzić, że dużo wam do nas brakuje – dodał trzeci osobnik otwierając drzwi, przez które wszedł do domu. Pozostała dwójka chwyciła Alberta i weszła za nim. Piotrek zaczął drzeć się w niebogłosy i uciekać na pierwsze piętro, ale zwinny jaszczur szybko złapał go i położył obślizgłą rękę na jego ustach. Lucyna stała zdezorientowana, trzęsąc się ze strachu. Nie umiała nawet ruszyć się z miejsca ani wydobyć jakiegoś dźwięku. - Usiądźmy przy stole. Musimy sobie coś wyjaśnić - powiedział jeden z jaszczuroludzi. Każdy wyglądał niemalże tak samo i ciężko było ich rozróżnić. Wszyscy mieli ubrane czarne

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%