Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 1 godz. 57 min czytania

Wygrana

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Na prawdę tak powiedział? Na publicznej konferencji prasowej?- patrzyła z zaskoczeniem na przyjaciółkę, próbując jednocześnie zapiąć pasek jednej z modelek. Pomieszczenie było niewiele większe od składziku i zostało zaadoptowane na przebieralnie i biuro na dzisiejszy pokaz mody. Niska blondynka o ciepłym spojrzeniu uwijała się jak w ukropie, żeby jak najlepiej poprowadzić to wydarzenie. Tym bardziej, że wszystkie uzyskane dochody miały być przeznaczone na fundację dobroczynną. Aby wszystkiemu nadać rozgłos była jej do tego potrzebna pomoc przyjaciółki, która miała opisać całe zdarzenie w gazecie. Niestety Sabrina była naburmuszona już od popołudnia. Jej głową zaprzątało inne wydarzenie. Mianowicie proces znanego polityka, oskarżonego o korupcję i defraudacje pieniędzy rządowych. Do tego wdała się na konferencji prasowej w dyskusję z jego obrońcą sądowym, który nieźle po niej pojechał. Mało tego, wszystko poszło do publicznej telewizji, co jeszcze bardzej dobiło Sabrinę. To nie była jej pierwsza potyczka z Dylanem Jeffersonem, ale jak do tej pory najdotkliwsza. - Niezupełnie. – starała się zachować spokój - Brzmiało to raczej jak: kobieto zajmij się lepiej obiadem a nie polityką. - Oj, nie przesadzaj. Na pewno tak nie myślał. Pewnie znowu na niego wsiadłaś, jak ostatnio. Poza tym to ty zaczęłaś od tego, że broni samych bandziorów. - Bo to prawda!- oburzyła się- I nie mów, że trzymasz jego stronę. Myślałam, że jesteśmy przyjaciółkami. - To jego praca, Sabrino. Poza tym skoro już wspominamy naszą przyjaźń, to zobowiązałaś mi się pomóc, więc schowaj tą minę do kieszeni i pomóż mi ubrać dziewczyny. Sabrina zawsze podziwiała Jane za jej zimna krew. Ich przyjaźń zaczęła się jeszcze w szkole i jak do tej pory nic jej nie zachwiało. Teraz też Jane działa z myślą o niej. Wiedział, że zajęcie najlepiej uwolni ją od złych myśli. Zakasała więc rękawy i wzięła się do pracy. Starała się też jak najwięcej notować w głowie. Do pokazu została niecała godzina, a na później przewidziany był bankiet. Do głównych atrakcji miano zaliczyć licytację wakacji ze znaną prezenterką telewizyjną Syndi Lohan, która zgodziła się wziąć udział w tej zabawie. Jane liczyła, że właśnie przez to uda się zebrać największą sumę pieniędzy. Jednak już w momencie, kiedy sala wypełniła się po brzegi ludźmi, a na wybieg ruszyły pierwsze modelki, jej świetny plan zaczął sie sypać. Syndi zadzwoniła, że nie może się pojawić. - I co ja teraz pocznę?- jęknęła załamana.- Bez Syndi cała ta akcja będzie tylko bankietem, na który trzeba było wydać pieniądze. Wyjdziemy z tym wszystkim na zero. - Może coś się da wykombinować. Nie można wymyślić jakiegoś zastępstwa?- Sabrina zerknęła nerwowo na scenę, gdzie modelki przechodziły jedna za drugą. Jane przeczesała ręką swoją bląd czuprynę i spojrzała na swoją asystentkę Kate, która przysłuchiwała się rozmowie. - Nie wiem czy będziemy mieli jeszcze czas. Poza tym, to musi być ktoś atrakcyjny, no i rozpoznawany. - Ona jest sławna- rzuciła bez namysłu młoda dziwczyna, wskazując na Sabrinę. To wywołało zgłuszony protest ze jej strony, zwłaszcza, że zobaczyła cichą aprobatę we wzroku Jane. - Nie ma mowy.- jęknęła- Poza tym ja nie jestem atrakcyjna. Nikt mnie nie rozpozna, chyba, że czyta gazety. - Jesteś idealna- podekscytowała się.- Musimy ci tylko poprawić makijaż, a raczej go nałożyć i zmienić te okropne spodnie na jakąś seksowną kieckę. Błagam zgódź się. Nie mam naprawdę innej opcji. Nie miała ochoty na zabawę w przedstawienie, ale nie potrafiła odmówić przyjaciółce. Tak więc nie minęła godzina, jak pokaz mody się skończył i Jane zajęła się gośćmi, a Kate Sabriną, żeby ją przygotować do licytacji. - Zobaczysz, że to będzie dobra zabawa.- terkotała Kate, próbując dobrać jej sukienkę.- Masz swietną figurę. Będziesz wyglądała zachwycająco w tej niebieskiej, podkreślą kolor twoich oczu. Po nic nie działających sprzeciwach, postanowiła poddać się Kate. Nawet, kiedy ta zaczęła rozplatać jej starannie upięte włosy i zakręcaj je na burzę brązowych loków. Makijaż też był dosyć śmiały. Dużo niebieskiego pod kolor sukienki i czerwonego na pełne usta. Kiedy Kate z nią skończyła, sama ledwie poznała się w lustrze. Wyglądała jak gwiazda filmowa na czerwonym dywaniku. Nie żeby nie lubiła dobrze wyglądać, ale mała wrażenie, że sama wolałaby raczej naturalny wygląd. No cóż, ale z drugiej strony, nikt by jej nie chciał, tacy są już męszczyźni. Do przebieralni wskoczyła Jane. - Jesteś już gotowa?- rzuciła, ale kiedy zobaczyła Sabrinę zaniemówiła. - No i jak.- zagadnęła ją. - No no.... wyglądasz jak milion funtów.- wdusiła z siebie z aprobatą, po czym jak na prawdziwego menedżera przystało spojrzała zadowolona na Kate. - Mam nadzieje, że to się szybko skończy i będę mogła już iść do domu. - Niezupełnie, będziesz musiała uzgodnić szczegóły wycieczki. Sabrina westchnęła ciężko. Zupełnie o tym zapomniała, ale było już za późno, żeby się wycofać. Licytacja miała się odbyć za 15 minut.

Dylan nie miał ochoty na wieczorne imprezy. Po całym dniu w sądzie i kancelarii chciał tylko wrócić do domu, wyjąć zimne piwo z lodówki i rozłożyć się na swojej sofie. Wiedział jednak, że to i tak by się nie stało. Miał dużo pracy, ale jednak dał się namówić znajomej na ten bankiet dobroczynny. Zawsze to dobre miejsce, żeby poznać potencjalnych klientów. Nie zdążyli na część z pokazem mody, czego Dylan specjalnie nie żałował. Weszli dokładnie w momencie, kiedy drobna blondynka przemawiała na podium. Zająła miejsce przy stoliku z właścicielem dużej spółki maklerskiej, który wyglądał na jeszcze mniej zainteresowanego tym wszystkim niż on. Obok siedziała jego żona i ich syn z „reprezentatywną”parterką. Chłopak widać był raczej zmuszany do takich imprez. Dylan grzecznie przywitał się i spokojnie zajął swoje miejsce. Próbował zoriętować się o czym teraz jest mowa, kiedy na podium pojawiła się druga kobieta w niebieskiej sukience. Wyglądała jak gwiazda filmowa ze swoimi nogami po samą szyję i szatynowymi długimi lokami. Jej twarz wydał mu się od razu znajoma, tym bardziej, że kolejne starcie z jej właścicielką tego popołudnia przyprawiło mu kilka problemów. Nigdy nie przypuszczał, że niepozorna Sabrina Farell może przejść taką przemianę. Nie wiedział też, że ambitna reporterka będzie brała udział w takiej imprezie i to jako... karta przetagowa na licytacji. Na jego ustach pojawiła się złośliwy uśmieszek. - Także szanowni panowie, ale również panie. – dodała żartobliwie Jane.- jeżeli mają państwo życzenie spędzić tydzień urlopu w towarzystwie naszej pięknej i zdolnej dziennikarki, zwycięzca licytacji będzie miał to szczęście. Panna Farell będzie do państwa dyspozycji przez najbliższy rok i dostosuje swój kalendarz do państwa. Chciałabym jeszcze dodać, że licytację poprowadzę ja – tu wzięła mały młoteczek, co wywołało cichy śmiech na sali- Cena wywoławcza będzie 5000 funtów. Mam nadzieje, że nie będzie zbyt wysoka. Jeszcze nie zdołała skończyć zdania, kiedy na sali rozległ się pierwszy głos. - Daje 5000. Wszystkich twarze skierowały się w stronę uśmiechniętego blondyna po czterdziestce, w którym Dylan rozpoznał właściciela największej kliniki dentystycznej w Londynie. - Ja daje 5500- rozległ się następny głos na sali. - 5500 po raz pierwszy - ogłosiła z aprobatą prowadząca, zerkając na zaskoczoną Sabrinę. - 6000 - 6500 Sala rozgorzała. Wyniknęła z tego niezła zabawa. W licytacji wzięła udział nawet jedna pani. Dylan obserwował i rozmyślał. Zwłaszcza o tym, co wydarzyło się dzisiejszego popołudnia. W końcu stawki przekroczyły 15000 i ostatnia najwytrwalsza osoba rzuciła 16 000. - 16000 po raz pierwszy, drugi i po raz... - 20 000.- rzucił nagle Dylan. Wszystkich wzrok padł w jego stronę. Dziwny szmer ogarnął towarzystwem. Sabrina, kiedy zoriętowała się, kto podbił tak wysoko cenę, spojrzała ze złością na Jane. Ta widząc powagę sytuacji chciała coś z tym zrobić. - Zaczyna robić się interesująco, ale zapewniam, że to jeszcze nie koniec. Na pewno towarzystwo panny Farell jest warte każdej ceny. - 21 000- ktoś dał nieśmiało, ale zaraz spokojnym głosem Dylan Jefferson zakończył licytację. - 30 000. Sabrina stała jak osłupiała. Nie wiedziała, co on może knuć. Dobrze go znała od lat. Oczywiście na stopie zawodowej. Był obrońcą w wielu kontrowersyjnych sprawach. Miała podejrzenie, że nierzadko igra z prawem. Teraz jego oczy były zimne i nieodgadnione. Sabrina czuła, że prawdziwa potyczka między nimi dopiero miała się zacząć. Teraz cała sala skierowana była na tych dwojga. Jane nie pozostało nic innego jak tylko zakończyć licytację i wskazać towarzystwu zwycięzce, który z elegancją wstał i ukłonił się wszystkim. Dylan Jefferson był wpływową osobistością już od czterech lat, kiedy to dopiero co dobiegłszy trzydziestki, wygrał bardzo ważną dla siebie sprawę i zarobił pierwszy milion funtów. Od tego czasu wszystko zaczęło się powodzić w jego życiu zawodowym. W tym samym czasie za każdym jego krokiem zaczęła podążać Sabrina Farell, wyciągając wszystkie śmieci, które nieopatrznie zapomniał za sobą sprzątnąć. Wszyscy też wiedzieli, że kobiety uwielbiały tego wysokiego, ciemnowłosego playboya o spojrzeniu tak przenikliwym a jednocześnie spokojnym, że nie musiał się nigdy starać o ich względy. Ale Dylan był inny. Nigdy nie było wokół niego skandalów towarzyskich. Był zawsze pochłonięty pracą. Tylko jedną kobietę udało się Sabrinie wyciągnąć z jego życia. Wszystko w nim było przypieczętowane dyskrecją i profesjonalizmem. Dlatego właśnie tak ją intrygował ten człowiem i tak bardzo chciała udowodnić jego powiązania ze światem przestępczym, u progu którego stał całe życie. Na sali rozlegy się oklaski dla zwycięzcy. Sabrina dotrwała do ich końca i szybko uciekła za kulisy, po chwili dołączyła do niej Jane. - Co ty wyprawiasz? Miałaś spędzić resztę wieczoru w towarzystwie zwycięzcy. - Oszalałaś?- rzuciła przerażona, ściągając niewygodne szpilki.- Jak mogłaś mnie tak urządzić? - Przepraszam, nie miałam pojęcia, że weźmie udział w licytacji. Ale zaofiarował aż 30 000 za ciebie.- szepnęła oszołomiona.- Błagam to na prawdę wspomoże fundację. - A co ze mną? Pomyślałaś o mnie? On coś knuje i wszyscy to widzieli. - Jeszcze raz cię przepraszam.- powiedziała już spokojniej.- Ale ty też jesteś sprytna. Poza tym pomyśl, ile ty możesz się o nim dowiedzieć z tej podróży. Będziesz miała lepszą okazję, żeby go rozgryźć niż ktokolwiek inny.- ciągnęła widząc zainteresowanie przyjaciółki. Sabrina westchnęła, ale pokręciła przecząco głową. - Nie zostaje, ale masz rację. Pojade z nim na tą wycieczkę. Powiedz mu, że może się kontaktować ze mną przez ciebie. Daj mi znać co i jak. Jestem zmęczona, idę do domu. Jane była zawiedziona, ale jej nie zatrzymywała. Postanowiła zadowolić się tym, że Sabrina wywiąże się jednak z umowy. Odwróciła się na pięcie i wróciła do gości.

Sabrina nie musiała długo czekać na telefon od Jane. Właściwie to ledwo zdołała dowlec się do domu i zmyć tonę makijażu jaką zaaplikowała jej Kate, zadzwonił telefon. - Jak przyjęcie? Goście zadowoleni?- od razu rzuciła widząc, kto dzwoni. - Wspaniale. Wszystko się udało. - To fajnie. Mam nadzieje, że dzwonisz, żeby się pochwalić swoimi osiągnięciami. - To też.- zaczęła nieśmiało.- Ale właściwie to dzwonię w innej sprawie. Co robisz pojutrze? - Chcesz się spotkać? Chyba mam wieczór wolny. - Wiesz mam na myśli cały dzień, to znaczy tydzień. Sabrina od razu wyczuła co się szykuje. Wzięła głęboki oddech i wyrzuciła z siebie najspokojniej jak mogła. - Chyba nie ustawiłaś tego na pojutrze. - To nie ja, to on powiedział, że chce pojutrze. Zlituj się, on płaci za ciebie kupę kasy. I wydaje się nie przyjmować wymówek. Powiedziane było, że dostosujesz się do niego. - Nie ma mowy. Mam pracę.- poczuła jak coś w niej wzbiera. - Też mu to powiedziałam, a on na to, że to załatwi. Chce jechać do Nowego Yorku. Wracacie w niedzielę za tydzień. Przepraszam Sabrina.... - W porządku.- przerwała jej szybko. Wiedziała, że Jane nic nie mogła na to poradzić. Dylan Jefferson najwidoczsniej chciał pokazać kto tu jest szefem. Ciekawe po co chce jechać do Nowego Yorku. Chyba nie na zakupy. Jeżeli tak z nią postępuje, ona też potrafi mu oddać cios, pomyślała. To będzie bardzo miły tydzień. Na pewno go nie zmarnuje i będzie się dobrze bawić, może nawet wzbudzi jego zaufanie, a potem pokaże światu prawdziwą twarz swojego kompana. - Nie ma problemu.-rzuciła spokojnie- Powiedz mu, że będę gotowa, niech tylko powie skąd i kiedy lecimy. - Jesteś cudowna, Sabrina. Odwdzięczę ci się, zobaczysz. - Nie będziesz musiała. Pan Jefferson mi się odwdzięczy.

Nigdy nie lubiła przeciążeń w samolotach, a w prywatnych odrzutowcach trzęsło jeszcze bardziej. Jefferson siedział na przeciwko niej i wydawał się kompletnie niewzruszony sytuacją. Okazywał jej obojętność do tego stopnia, że zaczęła zastanawiać się dlaczego w ogóle zabiera ją ze sobą w tą podróż. Wczesnym rankiem dostała telefon od swojego szefa, że ma koniecznie z nim lecieć. Od razu zrozumiała, że jej zwycięzca ma większe znajomości niż jej się wydawało. Zrozumiała też jego powiązania z jej redakcją, kiedy dowiedziała się że nie wolno jej nic napisać o panu Jeffersonie ani o żadnych osobach, które spotka w czasie tej podróży. Barry, jej szef, kazał jej sie dobrze bawić i wypoczywać. Musiała go niemal błagać, żeby dał jej jakiś temat w Nowy Jorku, który mogłaby ciągnąć. W końcu udało jej się. Nic wielkiego, ale da jej zajęcie na wypadek, kiedy nie będzie mogła już znieść jego towarzystwa. Kiedy samolot osiągnąl już swój pułap i wyłączył się sygnał ‘zapiąć pasy’, odetchnęła z ulgą. Ponieważ jej towarzysz był najwidoczniej zajety jakimiś dokumentami, które wyjął z teczki, nie zapowiadał się wieczór pełen debat. Postanowiła na początku to zignorować, ale po jakichś dwóch godzinach lotu, kiedy to widziała tylko jego wzrok wlepiony w laptopa i jakieś papiery, nie wytrzymała. - Zawsze pan tak zabawia damy, kiedy zabiera je na wycieczkę marzeń do Nowego Jorku?- rzuciła spontanicznie, starając się brzmieć w miarę zalotnie. Jego głowa leniwie podniosła się znad papierów, które w tym momencie przeglądał. Przez moment miała wrażenie, że nie dotarło do niego to, co powiedziała, ale po chwili w jego wzroku zobaczyła rozbawienie. - Niezupełnie. Nigdy nikogo nie zabrałem na wycieczkę marzeń. Nie wiem jak powinienem się zachowywać. - Może podtrzymywać rozmowę?- z satysakcją patrzyła jak od niechcenia odkłąda swoją pracę na bok. Nie widziała w nim ani krzty entuzjazmu, ale jej to nie zrażało.- Może mi pan wytłumaczyć jedną rzecz, której nie rozumiem, panie Jefferson? - Dylan.- poprawił ją, ale nie wywołało to w niej żadnej reakcji.- Słucham. - Po co ta cała farsa? - To zależy co nazywasz farsą, Sabrino.- rozłożył się wygodniej na siedzeniu. Był przystojnym męszczyzną. Ciemne, modnie przystrzyżone włosy, łagodne szare spojrzenie. Bycie z nim sam na sam wprowadzało w jej żołądku dziwny niepokój. Złapała się na tym, że po mału zaczyna rozumieć, czemu kobiety traciły wszelki rozum w towarzystwie tego faceta. Jej wewnętrzna konkluzja zaskoczyła ją bardziej, niż fakt, że wziął udział w licytaji, żeby zabrać ją w tą podróż. - Po co to wszystko? Jeżeli chciał pan rozmowy ze mną na osobności, nie musiał pan robić z tego sensacji medialnej. Uśmiechnął się. Czy była śmieszna? Zastanawiała się. Starała się grać z nim w otwate karty, a on się z tego śmiał. - Bawię pana?- starała się zachować pokój. - Przepraszam.- spuścił wzrok zastanawiając się nad czymś.- Jakoś mi się w to wierzyć nie chce, że zgodziłaby się pani ze mną na osobistą rozmowę. - Oczywiście, że tak. To mój zawód. Przeprowadzałam już wywiady z różnymi ludźmi. - Nie mówię o wywiadzie.- poprawił ją łągodnie. Czuła jakby jego spojrzenie przeszywało ją na wskroś. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że tak na prawdę zna tego człowieka tylko ze sceny publicznej. Przeprowadziła z nim wiele debat, zadała mu wiele pytań profescjonalnie, ale nigdy nie zdarzyło jej się rozmawiać z nim na gruncie osobistym. - A..- nie potrafiła ukryć zdziwienia.- Nie myśli pan chyba... - Nie, nie myślę.- tym razem na prawdę się zaśmiał. – Właściwie, to nie myślałem, kiedy zacząłem cię licytować, to był taki odruch. - Odruch...- stwierdziła sceptycznie.- Może swego rodzaju odruch na to, co się stało kilka godzin wcześniej. - Nie zrozum mnie źle, Sabrino, ale nie czułem się bynajmniej zagrożony, tym, co powiedziałaś. Z resztą już niedługo przekonasz się, że twój atak był bezpodstawny. - Może mnie przekonasz.- rzuciła mu spojrzenie pełne wyzwania. Tym razem zaśmiał się szczerze, ale potraktował ją poważnie. - Nie myśl, że zdradzę ci tajemnicę zawodową. Poza tym, dobrze wiesz, że jeżeli cokolwiek napiszesz o tym, co usłyszysz w ciągu tego tygodnia, to może być koniec twojej kariery. - Nie obawiam się tego, interesuje mnie wyłacznie prawda. Nagle spoważniał, ale nie było widać w nim złości. - Nie naciskaj sprężyny, Sabrino, bo może uderzyć w twoją stronę. - Czy to groźba? - Nie, to troska o twoją osobę. Poruszyła się niespokojnie w siedzeniu i spojrzała za okno. Niebo było czyste, ale i tak nie wiele można było zobaczyć w nocy. - Co będziemy robić w Ameryce?- zdała pytanie, kiedy właśnie chciał podstępnie wrócić do swoich notatek. Zastanowił się chwilę i postanowił być z nią szczery. - Jeszcze o tym nie myślałem. – rzucił bezemocjonalnie- właściwie to mam kilka spotkań biznesowych. - To znaczy, że zabierasz mnie tam „w ciemno”? - W pewnym sensie tak. Tak jak powiedziałem, nie myślałem zbyt wiele nad tym, kiedy licytowałem. Nie mam żadnych wakacji zaplanowanych w ciągu najbliższego roku, więc pomyślałem, że ten wyjazd do Stanów mogę wykorzystać dodatkowo. - Ach, więc to wyjazd służbowy.- Zaśmiała się z niedowierzaniem.- Dobre sobie. Dobrze, że mam zaplanowaną robotę, bo chyba bym spędziła ten tydzień w hotelu. - Nie było by tak źle, ale cieszę się że jesteś zaradna. Widać, było w nim ulgę. Nie kłamał mówiąc, że nie zaplanował tego tygodnia zbyt dobrze. Właściwie, to chyba miał nadzieje, że będzie potrafiła zaplanować go sobie sama. Gdyby była złośliwa, upierałaby się przy atrakcjach. Ale to nie była jej natura. Rozłożyła siedzenie i poczuła jak dopada ją sen.

Po co on to zrobił? Zastanawiał się, próbując skupić się na prowadzeniu porche, które dali mu na lotnisku w Toronto. Najpierw musiał jej wytłumaczyć, dlaczego nie wylądowali w Stanach, tylko w Kanadzie, a potem jej spojrzenie, kiedy powiedział, jej, że ma na niego zaczekać kilka godzin w hotelu. Był na siebie zły, że okazał słabość i zabrał ją ze sobą. Nie chciał, żeby zbyt wiele o nim wiedziała. I tak miał zawód, gdzie wszyscy chcieli grzebać w jego życiu. Pogodził się z tym, że był osobą publiczną, ale zawzięcie chronił swojej prywatności. Do tej pory mu się to udawało, dlatego właśnie Sabrina mogła to wszystko zepsuć. Jechali już od godziny, ale nie rozmawiali ze sobą. Był jej wdzięczny, że nie zadawała tyle pytań. Zajęło im godzinę, żeby dostać się na miejsce. Kiedy już dojeżdżali do drewnianego domu nad jeziorem, postanowił jej wyjawić cel podróży. Czuł, że pierwszą rzeczą jaka się stanie, to dzieciaki wybiegnające im na powitanie. - Co to za miejsce?- uprzedziła go pytaniem. - To dom mojej siostry.- odparł jej, kiedy wyłączył silnik. - Masz siostrę?- jak tylko zadała to pytanie od razu poczuła się głupio. Właściwie dlaczego miałby nie mieć. - A ty nie masz rodzeństwa? Wyszli w końcu z samochodu i Sabrinę owiało czyste powietrze i wiejski klimat. Dom był piękny, stwierdziła. W klasycznym stylu. Na progu spał stary kundel, który na ich widok podniósł leniwie łep i zamachał ogonem. Nagle drzwi się otworzyły i z krzykiem wybiegła z nich dwójka dzieci. - Wójek Dylan!!- przekrzykiwały się nawzajem. Zanim Sabrina zdążyła coś powiedzieć już dziwczynka była na jednym ramieniu u Dylana, a chłopiec wieszał się drugiego. - Typowe.- w drzwiach stanęła kobieta z niemowlęciem na ręku.- Mój mały braciszek znów zrobił wejście.- rzuciła z uśmiechem. - Cześć Molly.- Podszedł i dał jej całusa w policzek. - Wiesz, że nie lubie niespodzianek. Właśnie miałam ich zmusić do odrabiania lekcji.- Wskazała bliźnaki. Po czym dopiero zauważyła Sabrinę.- Witam, jestem Molly, siostra Dylana. - Sabrina Farrell.- odparła zmieszana.- Wspaniałe dzieciaki. - Dwa małe łobuzy. Proszę do środka. Sabrina czuła się jak na wybiegu. Molly przyglądała jej się przez moment z dziwnym uśmiechem, po czym rzuciła bardziej do Dylana niż do niej. - Mmmm, braciszku. Czy przyjechaliście tu w konkretnym celu, żeby nam coś powiedzieć? - Nie ekscytuj się Molly. – rzucił zmieszany stawiając dziewczynkę na ziemii. - No co nie ekscytuj się. Pierwszy raz przywozisz ze sobą swoją dziewczynę do nas i każesz mi się nie ekscytować. - Ona nie jest moją dziewczyną, jest... - Wygraną.- rzuciła Sabrina zrozbawieniem, że może mu podokuczać. Molly wydała się jeszcze bardziej zaskoczona, niż przed chwilą. Dylan rzucił jej konspiracyjne spojrzenie. Ale Sabrinie wydawało sie to dosyć zabawne. Nigdy nie widziała człowieka, jak Dylan Jefferson tłumaczącego się siostrze jakby coś zbroił. - Gotujesz może obiad?- chciał zmienić temat- Umieram z głodu. - A ja umieram z ciekawości. Na chwilę zapanowała niezręczna cisza. - Wygrałem ją na licytacji charytatywnej.- w końcu z siebie wydusił.- Jesteśmy na wakacjach, a panna Farell jest moją towarzyszką, Molly zaśmiała się, dając mu sceptyczne spojrzenie dodała. - Chodzcie coś zjeść.- i poszła do kuchni.

Dylan wycierał posłusznie talerze i jednym okiem zerkał jak dzieciaki próbowały wyciągnąć Sabrinę do ogrodu. Wszystko szło gładko. Rozmawiali o neutralnych sprawach. Ani słowem nie wspomniała o ich wspólnych relacjach, ale Molly nie tak łatwo dała wyprowadzić się w pole. Jak tylko dzieciakom udał się plan zaraz pojawiła się koło niego z pakietem ‘dyskretnych pytań’. - Sluchaj. Czy Sabrina Farell to nie ta reporterka, o której mi ostatnio opowiadałeś? - Ta sama- odparł jak gdyby nigdy nic. Molly od razu konspiracyjnie wyjrzała przez okno, żeby jej się przyjrzeć. - Nie wygląda jak nienasycona krwi wampiżyca jak ją opisywałeś. Jest bardzo miła. I ładna... - Nie daj się zwieść pozorom. Pała do mnie wrodzoną niechęcią. Jest miła to prawda. Nie widziałaś jej za to w akcji. Oglądałaś wiadomości? - Przyznaje się, że przegapiłam.- rzuciła z poczuciem winy-ale mała tak strasznie płakała... - No to jakbyś oglądała, to wiedziałabyś o czym mówię. Molly zaczęła zmęczona układać naczynia do szafki. Czuła, że jej brat znów ma jakiś kłopot. Zastanawiała się czy był zły na nią za to, że przegapiła, co stało się przed sądem w sobotę. - Wiem Dylan, że powinnam więcej się tobą opiekować, ale dzieciaki pochłaniją mi tyle czasu, że nie jestem czasem w stanie zająć się własnym mężem. - Co? -spytał się zdziwiony jej nagłą opiekuńczością. – Jestem już duży radzę sobie sam. I nie narzekaj na dzieciaki, są cudowne. - Wiem, ale czasem myślę, że nie poradzę sobie z nimi, kiedy będą jeszcze większe. - Na prawdę masz szczęście z nimi. Ja nigdy nie będę takiego miał.- rzucił gożko. Od razu wyczuła, że o czymś chciałby jej powiedzieć. Chyba nawet wiedziała co. To by wyjaśniało jego dziwny nastrój. - O czym ty mówisz?- spytała poważnie, ale kiedy jej nie odparł, dodała bardziej stanowczo.- Dylan, jestem twoją siostrą, masz mi powiedzieć. Poważny odłożył swoją robotę i spojrzał na nią rozdrażniony. - Molly, na prawdę nie mam ochoty o tym rozmawiać. Z resztąm, co mam ci powiedzieć, że nie mogę mieć dzieci? Nie mogę. Mam jeszcze coś dodać? - Wiesz to na pewno? - Tak- przeczesał nerwowo palcami włosy.- Mam potwierdzenie lekarza. - Kiedy się o tym dowiedzialeś? To niemożliwe. -powiedziała zmarwiona. - A jednak jest to możliwe. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale do domu wbiegła Sabrina goniona przez dzieciaki i starego utykającego psa. Spojrzał na siostrę konspiracyjnie. - Porozmawiamy innym razem. - Koniecznie.- dodała zmartwionym głosem.

Jak to się stało, że już godzinę spedziła na ubieraniu się i przygotowywaniu na kolację z nim? Chyba z piętnaście minut myślała nad sukienką, a potem i tak stwierdziła, że się nie nadaje. Uspokój się Sabrino, to nie jest facet dla ciebie. Co z tego, że jest cholernie przystojny, miły dla ciebie, no i uwielbia dzieciaki, nie zapominaj kto to jest i że masz pokazać światu jego prawdziwą twarz. Załamana schowała twarz w dłoniach. Po chwili podniosła głowę i spojrzała na siebie w lustrze. A czy to nie jest półśrodek do tego, żeby zdobyć jego zaufanie? Próbowała się usprawiedliwić. Odkąd dzień wcześniej dotarli do Nowego Jorku, rzeczywiście momentami miała wrażenie, że jest na wakacjach. Artykół jaki pisała, dotyczył pokazów mody. Wczorajszy dzień i dziesiejsze popołudnie było samą przyjemnością. Musiała przyznać, że praca dla magazynów mody miała swoje dobre strony. Dzieki Dylanowi dostała się prawie pod same podium, żeby widzieć takie sławy w akcji, jak Naomi Campbell. Znów ją zaskoczył. Okazało się, że zna jednego z organizatorów i załatwił jej przez to legitymację dla prasy. Poza tym, prócz tego, że miał rano spotkanie z jakąś szychą, spędził z nią resztę popołudnia, poznając z różnymi ludzmi. Był na prawdę miły i taki... no właśnie. Sabrina nie potrafiła tego do końca wyjaśnić. Nie była podlotkiem, żeby ją zauroczył. Składała to na, że już od roku z nikim nie była. Rozstali się z Johnem w dziwnych stosunkach, ale nie miała czasu na życie towarzyskie. Była pochłonięta pracą. No i do tej pory nie widziała w nim faceta, tylko temat prasowy. To dlaczego tak dobrze czuła się w jego towarzystwie? Musiała skupić się na robocie, a nie na swoich prymitywnych instynktach. Dylan Jefferson był jej ofiarą, a nie ona jego i musiała o tym pamiętać. Ktoś zapukał. Szybko wstała od lustra założyła swoje szpilki od gucciego, które kosztowały ją fortunę rok temu, poprawiła włosy i niby niedbale otworzyła drzwi. Dylan, kiedy ją zobaczył uniósł brwi w zdziwieniu i uśmiechnął się. - Wow, wyglądasz...- zaczął. - Jak?- zająknęła się widząc jego minę i mało oficjalne dzinsy. - Elegancko.-dodał pełen podziwu. Poczuła się naprawdę głupio. Rzeczywiście w swoich wysokich szpilach i obcisłej małej czarnej wyglądała inaczej od niego. - Myślałam, że idziemy na kolację. - Myślałem raczej nad chińszczyzną, a nie Ritzem.- rzucił rozbawiony. - Masz rację. Przebiorę się.- rzuciła zawiedziona. Poczuła sie trochę idiotycznie. Odeszła od drzwi i już miała iść, żeby zdjąć z siebie to wdzianko, które wybierała przez godzinę, kiedy zatrzymał ją głos Dylana. - Nie musisz się przebierać.- zaczął.- Nie to miałem na myśli. Źle mnie zrozumiałaś. Przepraszam. To bardzo ładna sukienka. To ją zatrzymało na chwilę w miejscu. Odwróciła się i spojrzała na niego nieufnie. - Serio. Wyglądasz super.- dodał z dziwnym nerwowym uśmiechem.- I seksi. To ostatnie dodał nerwowym głosem, dając jej spojrzenie, od którego poczuła się dziwnie. Panuj nad sobą Sabrino, upominała się w duchu. - Chyba jednak się przebiorę.- odparła. - Jak chcesz, ale masz chwilę, bo taksówka na nas czeka. Nie wiesz jak ciężko coś złapać o tej porze. Ta jakbyś ty miał z tym problem, pomyślała. Ale nie powiedziała tego głośno. Posłusznie wzięła swoją torbę i płaszcz i ruszyła za nim. Był miły, ale nic więcej. Widziała, że chciał wzbudzić w niej zaufanie. Może nawet zaprzyjaźnić się. Ale nie odpowiadał na żadne pytania dotyczące jego pracy, czy pobytu w Nowym Jorku, a już tym bardziej sprawy, jaką się teraz zajmował. Od momentu, kiedy weszli do restauracji i złożyli zamówienia, mówił tylko o jedzeniu, jakie tu kiedyś jadł i innych świetnych restauracjach na tej ulicy. - Musiałeś często bywać w tych okolicach.- rzuciła w końcu chcąc zmienić bieg rozmowy. - Bywałem.- odparł niewinnie i to było wszystko, co mogła się dowiedzieć na ten temat. Przez moment mierzyli się wzrokiem. Sabrina panowała nad sobą, żeby nie wybuchnąć, ale w końcu dała upust swojej irytacji. Pochyliła się w jego stronę lekko mrużąc wzrok. - I?- spytała. - I...co? - I to wszystko, co mi o tym opowiesz? Myślałam, że będziemy mogli trochę porozmawiać. Przez moment wpatrywał się w nią. - Wiesz, że masz piękne kości policzowe?- rzucił ni stąd ni z owąd.- Właśnie to zauważyłem- zaczął gestykulować jak artysta. Przez moment ją zatkało, ale po chwili zaśmiała się zrezygnowana. - Oszalałeś. - Po prostu rozmawiamy. Czy nie tego chciałaś? - Nie, ty nie rozmawiasz. Zmieniasz temat. Tak jak ze wszystkim do tej pory. To może od razu wypisz mi listę dozwolonych tematów, to coś sobie wybiorę, bo gadać o jedzeniu i o moich...-zaśmiała się- kościach policzkowych, nie mam ochoty. Dylan był nie wzruszony jej irytacją. - A ty co, robisz wywiad ze mną, czy spędzasz towarzyski wieczór w restauracji? - A czy rozmowa nie jest potrzebna do towarzyskiego wieczoru? - Możemy rozmawiać o czymś neutralnym? - A to nie jest neutralne? - Nie. Porusza dosyć niechciane wspomnienia.- wyrzucił z siebie. Sabrina przez moment zastanawiała się nad tym, co powiedział. Dotarło do niej o czym mówi. On tym razem odwrócił wzrok od niej próbując zawołać jakiegoś kelnera. - Przecież i tak o niczym nie wolno mi napisać. Możesz mi powiedzieć o byłej dziewczynie, ja ci może opowiem wtedy coś o byłym narzeczonym. Przez moment poczuła, że wzbudziła jego zaufanie. Zozluźnił się trochę i zmierzył ją badawczo wzrokiem. - Byliście zaręczeni?- spytał nagle. - Niezupełnie. Każdego mojego chopaka nazywałam narzeczonym. To takie pieszczotliwe przezwisko. - Co się stało? Dlaczego się rozstaliście? Nagle zrozumiała, że to ona jest znów przesłuchiwana, ale musiała już odpowiedzieć. - To była obupulna decyzja. Nie było sensu już tego ciągnąć.- tym bardziej, że widziała go posuwającego swoją sekretarkę, ale tego nie dodała. - Kochałaś go?- ciągnął dalej. Głęboko westchnęła, żeby dobrze wyważyć co miała powiedzieć. - Wiem, że teraz go nie kocham.- odparła.- Czym z resztą jest miłość? Czasem myślę, że sobie ją wmawiamy, bo dobrze nam z kimś.- rzuciła gożko, po czym postanowiła zmienić bieg rozmowy.- A ty ją kochałeś? Na początku miała wrażenie, że znów ucieknie od odpowiedzi, ale tym razem się pomyliła. - Chciałem się z nią ożenić.- dopił swoje wino prawie jednym chałstem. - I co się stało? - Życie.- uśmiechnął się tajemniczo. - Znów ciągniesz te swoje gierki słowne. - Ty mi też nie powiedziałeś wszystkiego. Prychęła próbując ukryć zmieszanie. - Ciężko się z tobą dogadać. - Umówmy się tak Sabrino.- pochylił się w jej stronę.- Ty mi mówisz prawdę, ja ci też zdradzam rąbka tajemnicy. Na moment przerwał im kelner, który postanowił dowiedzieć się czy wszystko w porządku, ale kiedy zniknął gdzieś w tłumie Sabrina postanowiła ciągnąć dalej wątek. - Nie rozumiem, czemu tobie wolno zdradzić mi tylko rąbka tajemnicy, a ja mam ci mówić całą prawdę. - Ależ ty jesteś zadziorna. Nie powiedziałem, że to będzie tylko rąbek tajemnicy. Miałem na myśli, że jeżeli będziesz ze mną szczera ja będę z tobą. Trafiła kosa na kamień, powiedziaby jej matka. No dobrze chciała się od niego czegoś dowiedzieć, ale nie za cenę rozdrapywania tej sprawy z Johnem. Co prawda nie było miedzy nimi przelewu krwi, ani żadnych drastycznych historii, ale nawet do tej pory nie mogła sobie darować jaką była idiotką, że mu tak ufała. - No dobrze. To nie była obupulna decyzja, żeby się rozstać. To była moja decyzja. - Znudzenie? - Nie. Zawód.-ujęła to najlepiej jak mogła.- Bardzo się na nim zawiodłam. Nie lubie jak ktoś robi ze mnie idiotkę. Lubię szczerych ludzi. A co było z tobą? - Powiedzmy, że nie mogliśmy sobie dać tego czego chcieliśmy. Myślę że to była bardziej różnica charakterów. Przez moment zamyślił się, wspominając tamtą historię, ale szybko doprowadził się do porządku. W końcu przyszedł kelner z ich zamówieniem i rozmowa na ten temat kompletnie się urwała. Ale reszta wieczoru potoczyła się dość przyjemnie. Można powiedzieć, że ta chwila szczerości podziałała na nich pozytywnie. Co prawda rozmawiali o bzdurach, ale nie mogła powiedzieć, że się nudziła. Dylan miał poczucie humaru, które na nią działało. Dobrze się rozumieli pod tym względem. Sama zdziwiła się jaki potrafi być miły, kiedy ma na to ochotę. Kiedy mieli już zamawiać taksówkę do hotelu, zaproponował,żeby się przeszli, a ona nie wiedziała czemu, ale zgodziła się. Otuliła się cieplej cienkim płaszczykiem i ruszyła za nim starając się nie dać po sobie poznać, jak niewygodnie jej w szpilkach. Poszli na skruty przez Central Park. Na jej komentarz o zbyt późnej porze na samotne spacery, zaśmiał się. - Mam nadzieje, że nie masz na myśli, że mnie się obawiasz. - Może wyglądam niepozornie, ale umiem się bronić.- odparła dumnie. Zlustrował ją rozbawiny. Była nadal od niego niższa, pomimo wysokich obcasów i wyglądała bardzo krucho w tej ciemnej sukience. Bardzo w to powątpiewał, że byłaby w stanie się skutecznie bronić. - Miejmy nadzieje, że nie będziemy mieli okazji się o tym przekonać.- skwitował.

Oszalała, pomyślał obserwując osłupiały jak zdejmuje buty i sukienkę. Zanim zdążył do niej podejść i ją powstrzymać, już była w wodzie i płynęła w stronę postaci unoszącej się na powierzchni. Kiedy przechodzili obok stawu usłyszeli krzyk kobiety wzywającej pomocy. Wokół niej zebrała się już grupka ludzi, ale nikt nie zrobił nic tak szalonego jak Sabrina. Najwidoczniej zdawali sobie sprawę z tego, że woda nie miała więcej niż kilka stopni. W przeciwieństwie do niej. - Sabrina!- w końcu odzyskał mowę. Wychylił się przez barierkę i obserwował jak dzielnie płynie w stronę topiącej się postaci. Sama z wielkim trudem podpłynęła do niej i pochwyciła ją, żeby ruszyć w stronę brzegu. Czuł się jak tchórz, ale z drugiej strony był z niej dumny, kiedy widział, że bezpiecznie dobiła do brzegu. Przecisnął się przez tłum i pomógł im obu wyjść z wody. Wszyscy skupili się wokół niedoszłego topielca, a Dylan szybko pociągnął ją na stronę i pomógł się jej ubrać. - Na prawdę panno Farell nie skończy mnie pani zaskakiwać.- rzucił nerwowo. Zdjął swój płaszcz i otulił ją próbując rozgrzać. - Siebie też chyba nie skończe zaskakiwać.- dodała szczękając zębami.- To co idziemy dalej?- wysiliła się na żart. - W żadnym wypadku. Zanim się zoriętowała siedziała w taksówce, tulona do Dylana. Zdawało jej się, że ją gani za to co zrobiła, ale nie słuchała go. Czuła się ospała z zziębnięta. - Ja chyba mam dość atrakcji jak na dzisiejszy wieczór.- wymamrotał. - Chyba podzielę twoje zdanie.- rzuciła drżącym głosem. - Co cię podkusiło, dziewczyno, żeby zrobić coś tak głupiego? - Nie wiem, to był instynkt. Każdy chyba by tak zrobił. - Nie wiem czy zauważyłaś, ale prócz ciebie była tam gromada innych ludzi. Ale żadnego nie widziałem rzucającego się do lodowatej wody- skwitował.

Nic nie działały zapewnienia, że czuje się dobrze. Kiedy doszli do drzwi jej pokoju, bez pytania wziął jej torebkę i wyjął z nich klucze. Pierwsze kroki skierował do łazienki, żeby przygotować dla niej gorącą kąpiel. Z jednej strony chciała się go pozbyć, ale z drugiej podobało jej się, że się o nią troszczy. Stała w drzwiach łazienki obserwowała go jak napuszcza naprawdę gorącej wody do wanny. Powoli odzyskiwała grunt pod nogami, ale nadal czuła się trochę jak ogłuszona. - Chyba nie masz zamiaru mnie ugotować w tej wannie. – rzuciła niepewnie, żeby przerwać ciszę. Dylanowi jednak nie było do śmiechu. Podszedł do niej i zaczął rozpinać guziki jej płaszcza. - Nie daruje sobie, jeśli się rozchorujesz.- rzucił skupiony na swojej robocie. - Zdziwiłbyś się jaki mam silny organizm. Chyba naprawdę doznała szoku termicznego, gdyż posłusznie pozwoliła się rozbierać. Trochę czuła się jak mała dziewczynka, którą mama przygotowuje do kąpieli. Sama zsunęła z nóg buty, stając się nagle o głowę niższa od niego. Poczuła swego rodzaju błogość. Czuła jego bliskość przy sobie. Zastanawiała się czy to woda po goleniu, czy jego zapach jest taki przyjemny. I nagle dopadło ja otrzeźwienie. On już skończył rozpinać jej sukienkę i już miał ją sciągnąć jej z ramion, kiedy niespodziewanie się od niego odsunęła. Może powinna to zrobić delikatniej. Dać mu poprostu do zrozumienia, że poradzi sobie sama. Ale otrzeźwienie przyszło nagle. Zrozumiała, że właśnie zaczęli wchodzić na kruchy grunt. - Poradzę sobie- próbowała to załagodzić, ale jego wzrok mówił sam za siebie. On też zrozumiał. - Masz rację.- rzucił.- Przepraszam. Pójdę już. Jak będziesz czegoś potrzebować, wiesz gdzie mnie znaleźć. - Wiem.- wysiliła się na uśmiech. Bez słowa zabrał swoje rzeczy i ruszył w stronę drzwi. Ale dlaczego czuła smutek z tego powodu, nie potrafiła powiedzieć. Stała tak przez moment, kiedy już zamknął za sobą drzwi i zastanawiała się, jak to się stało do cholery, że w sumie czuła żal, że sobie poszedł.

Bardzo delikatnie wybierał dla niej sukienkę. To musiało być coś wyróżniającego się, a jednocześnie nic wyzywającego. Ze spokojem czekał aż modelki jedna za drugą przespacerują się przed nim w kreacjach Versache, Diora i Armaniego. Ale nadal nie widział nic odpowiedniego dla Sabriny. Powinien być teraz na spotkaniu, za to niewiedząc czemu siedział tu jak idiota szukając czegoś odpowiedniego dla niej. Chciał ją zabrać na bankiet z okazji zakończenia tygodnia mody i wiedział, że bez odpowiedniego stroju, nie będzie chciała nawet tego rozważyć. Już zaczęło go dopadać uczucie, że głupio marnuje czas, kiedy nagle na jego ustach pojawił się uśmiech. Przed nim stała modelka w sukience Versache błekitnej jak laguna. Długiej i prostej, a jednocześnie wyzywającej, z odkrytymi plecami. Oczami wyobraźni widział już jak leży na Sabrinie.

Nie pomylił się. Ciężko było mu ją przekonać, żeby z nim poszła. Miała mnóstwo wymówek, na które oczywiście się przygotował. Kiedy doszła do ostatniej, mianowicie sukienki, z satysfakcją powiedział, że ma dla niej sukienkę. Sabrina nerwowo wzięła filiżankę kawy i rozejrzała się po restauracji, w której siedzieli już od pół godziny. - Jak to masz dla mnie sukienkę?- spytała nerwowo.- Przecież nawet nie znasz mojego rozmiaru. - Ale jestem dobrym obserwatorem.- rzucił takim tonem, że od razu odstawiła filiżankę w obawie, ze skurcz żołądka zaraz postawi ją w żenującej sytuacji. Od razu przypomniał jej się wieczór dwa dni wcześniej. Nagle opanowała ją potworna złość na niego. Jak on mógł tak poprostu ostentacyjnie opowidać o tym ,że ją sobie dobrze obejrzał. Ale powstrzymała się z komentarzem. Postanowiła trochę się z nim podroczyć, lecz zapomniała, że Dylana zawód to wygrywanie. - To co to za kiecka?- rzuciła niby z ciekawością. - Spodoba ci się. Jest uszyta na ciebie. Nagle wstał i zaczął zbierać swoje rzeczy. - Muszę iść. –rzucił- Przyniosę ją wieczorem to sobie ją obejrzysz. Nawet nie dał jej szansy nic odpowiedzieć. Stanął za nią i pochylił się, żeby ją pocałować w policzek na do widzenia, kiedy nagle odwróciła się, żeby mu coś odpowiedzieć. Zamiast na jej gładką skórę na policzku trafił na jej usta. Ciepłe, słodkie o smaku kawy i lekko rozchylone. Sam się zaskoczył swoją reakcją. Potem mówił sobie, że była odruchowa. Wykorzystując jej zaskoczenie, przedłużył ten pocałunek, żeby bardziej zaspokoić swoją ciekawość. Ale efekt był piorunujący. Sam nie wiedział czemu nagle poczuł się, jakby jedynym rozwiązaniem jego napięcia było wziąść ją za rękę i pociągnąć ze sobą na górę, żeby sprawdzić, jakie inne niespodzianki kryje jego towarzyszka. Jednak Sabrina rozwiązała jego dylemat. W popłochu odsunęła go od siebie i odwróciła twarz. Rzuła coś na dowidzenia i pozwoliła mu odejść nie spoglądając nawet w jego stronę. Chwilę po tym wsłuchiwała się nadal w przyspieszone bicie swojego serca i nie wiedziała, czemu nadal nie mogła się uspokoić. Jedyne, co było pocieszające to to, że taka sytuacja nie zdarzyła sie kiedy byli sami, bo nie wiedziała, czy mogłaby nad sobą zapanować.

Od tamtego poranka zapanowało napięcie między nimi. Dylan zachowywał się normalnie, ale raczej jej unikał, tłumacząc się nawałem pracy. Nie przyszedł wieczorem do niej z sukienką, tylko przysłał pokojówkę, żeby jej ją przyniosła. Na początku chciała mu powiedzieć, że nie chce iść na to przyjęcie, ale później pomyślała, że to będzie oznaka tchórzostwa. Poza tym sukienka była piękna. Z delikatnego jedwabiu, niebieskiego jak niebo w piękna pogodę. Przez chwilę patrzyła się na nią, rozłożoną na łózku i myślała, co począć. W końcu postanowiła ją założyć. Niestety, kiedy to zrobiła, była już zgubiona. Kreacja była olśniewająca i wyglądał jak uszyta na nią. Potrzebowała tylko butów na obcasie, bo była trochę dłuższa. Przejrzała się skupiona w lustrze i wiedziała już, że będzie chciała w niej iść. Nie wiedziała tylko jak tu rozwiązać jedną rzecz. Jej plany co do Jeffersona poszły trochę innych torem. Nie chciała czuć tego, co czuła. Owszem był przystojnym męszczyzną, ale nie mogła zapominać, kim był. Miała pokazać swiatu jego prawdziwą twarz. Po raz pierwszy w swojej karierze postępowała jak najbardziej nieetycznie. Dlatego postanowiła zmienić taktykę. Postanowiła go ignorować. Pewnie będzie prawił jej komplementy na tym przyjęciu, będzie starał się jej przypodobać, ale ona będzie twarda. Nie okaże mu żadnych uczuć, będzie poprostu miła i obojętna. Potraktuje to przyjęcie jako spotkanie zawodowe, a pana Jeffersona jako przymusową konieczność. Bankiet miał być w sobotę wieczór, a w niedzieli mieli wracać. To posunięcie wydawało jej się najstosowniejsze.

I tego się trzymała. Starannie się przygotowała. Ćwiczyła nawet miny przed lustrem, żeby mu odpowiadać na niechciane pytania. Postanowiła być zimna jak sopel lodu. Ale nie zdawała sobie sprawy, że na Dylana takie zachowanie działało jak płachta na byka. Odkąd tylko ją zobaczył tego wieczoru, wiedział już, że narobił sobie bigosu, sprawiając jej tą sukienkę. Wyglądała tak, że miał ochotę zostać z nią raczej sam na sam, niż jechać na jakieś durne przyjęcie. Lecz jej zachowanie od razu go uderzyło. Nie było w niej nic z osoby, z którą rozmawiał przez ostatnie kilka dni. Była jakaś inna, nieprzystępna i lodowata. Dobrze wiedział czemu tak się zachowywała. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie powinien był jej wtedy pocałować, ale to przecież był przypadek. No dobrze, może wykorzystał okazję, która mu się sama w ręce złożyła, ale nie mógł się powstrzymać. To co wtedy poczuł ciężko mu było nawet sobie wytłumaczyć. Niemniej jednak teraz jego irytacja jeszcze bardziej narastała. Cały wieczór go unikała, a kiedy zdarzyło im się być koło siebie, szybko urywała z nim rozmowę. Nawet, kiedy poprosił ją do tańca nie była jakoś entuzjastycznie nastawiona. Próbował jakoś zagadać poruszając się spokojnie w rytm muzyki. Jednak kiedy to nie odnosiło żadnych efektów, złośliwie zaczął ją drażnić, gładząc ją swoją dłonią po jej odkrytych plecach. Jeżeli to nie stopi tej bryły lody, pomyślał złośliwie, to jest twardsza niż myślałem. Chciał wywołać jakiekolwiek w niej emocje, choćby złość na niego. Najbardziej w świecie nie lubił jak go ktoś ignorował. Ale efekt go zaskoczył. Spokojnie doczekała do końca, a potem, kiedy muzyka się urwała wyślizgnęła się z jego ramion i więcej jej już nie zobaczył. Później dowiedział się czemu. Wzięła taksówkę i poprostu pojechała do hotelu. Zły na nią postanowił, że nie pozwoli, żeby jej zachowanie miało wpływ na niego. Postanowił się upić w miłym towarzystwie i przetańczyć resztę nocy. Ale nie wiedząc czemu już po godzinie stwierdził, że nic z tego nie będzie. Zły na siebie też pojechał do hotelu.

Następny dzień był jeszcze gorszy. W milczeniu wyczekowali się i pojechali na lotnisko. Prawie ze sobą nie rozmawiali. Dylan z irytacją stwierdził, że każdy szczegół w jej zachowaniu, czy ubraniu zdawał się do niego krzyczeć. To było bardzo nieprzyjemne uczucie, ponieważ go jeszcze nie znał. Miała na sobie przecież tylko szarą sukienkę. Ładną szarą sukienkę, a jej jedyną biżuterią były kolczyki z małymi niebieskimi szkiełkami. Była jakaś rozdrażniona, co jeszcze bardzej go irytowało, ale on sam też nie był dla niej miły tym bardziej, że napewno wiedziała czemu. Siedzieli kilka godzin w samolocie nie odzywając się do siebie. Czuł jej perfumy, które wypełniały całe wnętrze i drażniły go w gardło. Nie dlatego, żeby były nieprzyjemne, czy zbyt intensywne, ale dlatego, że powodowały dziwny ścisk w jego żołądku i podkreślały jej obecność. Sabrina też nie czuła się dobrze. Z resztą obserwując ją można było to od razu zauważyć. Od wieczoru dzień wcześniej minęło już tyle czasu, a ona ciągle czuła jego ręce na swoim ciele. To było takie głupie, mówiła do siebie. Przecież nic nie zrobił, myślała. I już nie zrobi zważywszy na to jak się zachowała potem. Ale wpadła w panikę. Nigdy tak nie reagowała na męski dotyk. Była przecież dorosłą kobietą, która te wszystkie rzeczy ma już za sobą. Czemu nie może zapanować nad sobą, kiedy tego na prawdę potrzebuje. Te żenujące godziny lotu mijały jak wieczność. Wszystko wskazywało na to, że będzie tak już do końca, kiedy nagle Dylan, jakby czatając w jej myślach, rzucił ni stąd ni z owąd. - Dlaczego wyszłaś wczoraj bez słowa? Starał się brzmieć spokojnie, ale można było usłyszeć lekkie podirytowanie. Po raz pierwszy tego dnia spojrzeli sobie głeboko w oczy. - Źle się poczułam- powiedziała, ale widział, że kłamie. - Nie wyglądałaś na chorą, kiedy cię ostatni raz widziałem.- rzucił złośliwie. Ale ona poczuła, że musi uciec od tej rozmowy i tego spojrzenia. Nerwowo odpięła pasy. - Szukasz dziury w całym. - Gdzie idziesz? Uciekasz przede mną? - Teraz też się źle czuje.- powiedziała słabo i wstała, żeby póść do łazienki. - Ty naprawdę uciekasz przede mną.- stwierdził, właśnie w momencie, kiedy przechodziła koło niego. To na nią podziałało. Przystanęła nad nim, żeby mu coś odpowiedzieć, kiedy samolot nagle porządnie się zatrząsł, a ona straciła równowagę, żeby wpaść prosto w jego ramiona. Bezwiednie posadził ją sobie na kolanach w razie następnych turbulencji i przytrzymał ja mocno, pomimo tego, że wcale się nie wyrywała. Zbliżył twarz do niej i spoglądając w jej przerażone oczy jeszcze raz zapytał, ale dużo łagodniej. - Dlaczego wczoraj uciekłaś? Ale odpowiedział mu tylko jej przyspieszony oddech i przerażone spojrzenie. Chciał tego. Bardzo tego chciał i teraz to sobie uświadomił. Niemal zahipnotyzowany ją pocałował głodny jej bliskości a ona ku jego zaskoczeniu z tą samą pasją odwzajemniła ten pocałunek. Przez moment wydawało mu się, że nad wszystkim panuje, ale to było złudne uczucie. Bezwiednie błądził ręką po jej ciele i wiedział, że jego jedynym wyzwoleniem będzie zapomnieć się i wziąć tyle ile chciała mu dać. Bezwiednie osunęli się na podłogę. Ciężko hamowane uczucia tego tygodnia eksplodowały jak pęknięta tama. Sabrina nie myślała. Nigdy nie czuła nic podobnego. Z westchnieniem przyjęła na siebie jego ciężar i z zapałem zaczęłą rozpinać goziki jego koszuli. Chciała czuć jego ciepło, musiała dotknąć jego skóry, poczuć jej smak. Miała wrażenie, że jeżeli tego nie zrobi dopadnie ją szaleństwo. Każda zachcianka powodowała jeszcze większe konsekwencje. Każde nowe doświadczenie, reakcje, które prowokowały do podjęcia następnych. Przez chwilę przytrzymał jej wzrok, a potem poczuła jak zciąga z niej figi i nagle coś ją tknęło. - Mam nadzieje, że jesteś zabezpieczony- powiedziała starając się, żeby to brzmiało jak żart. Ale on zrobił tylko dziwny grymas. - Nie bój się nie zajdziesz w ciążę.- wyszeptał. - Jak to nie zajdę w ciążę?- otrzeźwiła się nagle. Nie mógł przecież zrobić nic przeciw jej woli. W akcie furii podniósł się z niej i zaczął przeszukiwać swoją aktórkę w poszukiwaniu zabezpieczenia. Ale niestety od jakiegoś czasu nie miał okazji tego używać. W końcu znalał. Spojrzał na datę ważności. Trzy miesiące przeterminowane. Ale ona nie musi o tym wiedzieć, pomyślał, przecież to i tak nie ma znaczenia.

Następnego dnia obudziła się z potwornym bólem głowy. Wszystko poszło nie tak jak potrzeba. Nie powinna była dać ponieść się emocjom. To było cudowne, co przeżyli razem w samolocie. Zawsze chciała zrobić coś podobnego, ale dlaczego właśnie z Dylanem Jeffersonem? Tak żenującej sytuacji potem, to jeszcze nigdy nie miała. Wszystko oczywiście ona popsuła. Uciekła do łazienki, niby w pośpiechu, żeby się ubrać, ale tak na prawdę to nie umiała mu spojrzeć w oczy. A później ten telefon. Ktoś z Londynu dzwonił i Dylan tłumaczył, że zaraz wylądują. Potem podsłuchała, że ktoś chyba bardzo denerwował się po drugiej stronie linii, więc Dylan zaczął go uspokajać. Powiedział takie dziwne zdanie, które bardzo ją zbiło z tropu ’Nie martw się prasą. Ja nad tym pracuje.’ Byc może to dlatego nie chciała, żeby ją odwoził, ani, żeby spotkali się dzisiaj w porze lunchu. Widziała prawdziwą złość w jego głosie, kiedy mówili sobie dowidzenia. To dało jej do zrozumienia, że nie zobaczą się szybko. Dylan zdecydowanie nie był typem, który lubił czekać na kobietę o takich nastrojach jak Sabrina. Z jednej strony odpychała go od siebie, a z drugiej uwodziła do granic możliwości. Chyba nie mogła mu się dziwić. Z drugiej strony, przecież na zawodowej stopie nie byli bynajmniej sojusznikami. W pracy nie mogła się na niczym skupić. Dzień za dniem mijał, a ona nie miała najmniejszej ochoty pójść nawet do sądu, żeby dowiedzieć się jak się ma sprawa, którą się zajmowała. Głównym powodem był jednak Dylan. Nie chciała go spotkać. Nie była jeszcze na to gotowa. Innym powodem był ciągła ospałość i zmęczenie. Nawet z Jane nie miała ochoty się umówić. Rozmawiały jedynie przez telefon. Próbowała od niej wyciągnąć jak było na wyjeździe, a ona kłamała jak z nut. Czuła się podle, ale z drugiej strony wiedziała, że nie powinna mówić wszystkiego. I do pewnego momentu jej się udawało, kiedy to Jane w końcu sama pojawiła się u niej w redakcji. Sabrina ucieszyła się właściwie na jej widok. Nie chciała nigdzie wychodzić, ale Jane nalegała. - Wybacz kochanie. Nie mam nic do twojej pracy, ale nie lubię siedzieć u ciebie w biurze. Wszyscy są tu tacy zapracowani. Tak więc poszły do Starbuck’a. Ale Jane od razu zauważyła, że Sabrina jest jakaś przygaszona. - No to opowiedz mi jak było w Nowym Yorku. Zwiedzaliście trochę? - Chyba żartujesz.-odparła z nieudawaną ironią.- Pan Jefferson nawet się nie wysilił, żeby coś zaplanwać. Gdybym sama sobie nie znalazła zajęcia, pewnie spędziłąbym cały tydzień w hotelu. - To mnie w sumie nie dziwi. – rzuciła od niechcenia, ale z jej miny można było wywnioskować, że myśli o czymś zupełnie innym.- A jaki on właściwie jest? Na pewno miałaś okazję z nim szczerze porozmawiać. Trochę mnie ciekawi co kryje się za tą przystojną buzią. Sabrina spojrzała na nią niepewnie. - Chyba nie jesteś nim zainteresowana?- spytała z lekką ironią. - Nie, ale... - Ale co?- rzuciła podejrzliwie. - No wiesz- zaczęła lekko zawstydzona.- On jest naprawdę przystojny, chiałam wiedzieć jak wam się układało. Sabrina od razu wyczuła, że coś tu było nie tak. Spokojnie odsunęła od siebie herbatę miętową i spojrzała wymownie na przyjaciółkę. - Jane może ty mi o czymś opowiesz. - No dobra- wydusiła z siebie zrezygnowana.- Zadzwonił do mnie dziś rano. - Kto? - No wiesz kto. Jefferson. - O.- udała zdziwienie. Nagle dopadło ją dziwne uczucie. Czemu miałby dzwonić do Jane. Czyżby zabierał się za przyjaciółkę skoro już z nią skończył. Poczuła, że śniadanie podchodzi jej do gardła. - To nie to, co myślisz.-rzuciła nagle Jane widząc jej minę.-Dzwonił, żeby zapytać o ciebie. - O mnie? A czego on ode mnie jeszcze chce? - Pytał się, jak się czujesz. Powiedział, że nie może się z tobą skontaktować i nie widział cię w sądzie już sporo czasu. Ominęłaś już z cztery konferencje prasowe. Kiedy to usłyszałam, od razu pomyślałam, że to musi być coś poważnego, więc jestem. Wszystko w porządku, Sabrino? Sabrina nagle zbladła. Czuła, że nawet mięta jej nie pomaga na niestrawność, jaką czuła już od samego rana. Ale postanowiła wziąć się w garść. - Przede wszystkim, to nie próbował się wcale ze mną skontaktować. - Mówił, że nie rozstaliście się w dobrych stosunkach. - Dlaczego, mieliśmy wspaniałe stosunki, kiedy się rozstaliśmy.- rzuciła ironicznie.- Problem w tym, że ja nie chcę ich utrzymywać. - A jednak coś się wydarzyło.- podkreśliła z pewnością siebie. - Chodzi o to Jane, że ja mu nie ufam, pomimo...- zaczęła, ale ugryzła się w język. Widząc ciekawskie spojrzenie przyjaciółki, postanowiła uciekać, gdzie pieprz rośnie, zanim będzie musiała powiedzieć jej prawdę. Zaczęła nagle zbierać swoje rzeczy. - Słuchaj mam dużo pracy.- rzuciła lekko.- Umówimy się kiedyś na obiad. Czciała szybko wstać i wyjść, ale kiedy tylko podniosła się z fotela poczuła, że cały świat wiruje jej przed oczami, a żoładek domaga się opróżnienia. Szybko usiadła i złapała się za brzuch. - Sabrina.- Jane ruszyła jej z pomocą- Wszystko w porządku? - Nie- wykrztusiła.- Chyba się czymś zatrułam, bo od jakiegoś czasu chodzę jak struta. Żołądek ciągle odmawia mi posłuszeństwa, ale zawrotów głowy jeszcze nie miałam. - Musisz iść do lekarza.- powiedziała stanowczo. - Nic mi nie jest. - Przecież widzę inaczej. Może to o to właśnie chodzi, uparciuchu. Zadzwoń do biura, że źle się czujesz i idziesz do domu.- widząc jej minę ciągnęła dalej.- Albo ja zadzwonię do Barry’ego. Jedno jest pewne musisz coś z tym zrobić. - Chyba masz rację.- odparła zrezygnowana.

Gabinet jej lekarki był mały, ciasny i śmierdział lekami, co jeszcze bardziej sprawiało, że chciało jej się wymiotowć. Młoda kobieta siedziała za biutkiem i zapisywała notatki w komputerze dotyczące jej ‘choroby’. - Wszystko wydaje się być w porządku. – rzuciła nagle przegladając, co napisała.- Kiedy pani miała ostatnią miesiączkę? Sabrina zastanowiła się przez moment. - Zdaje mi się, ze na początku listopada. Kobieta zdjęła swoje okulary i spojrzała na nią uważnie. - Panno Farell. Mamy już drugi tydzień grudnia. Może pani się bardziej sprecyzować. - Myślę, że około 2-ego listopada- nagle serce jej mocniej zabiło- Nie myśli pani chyba, że jestem w ciąży.-rzuciła szybko. - Radziłabym zrobić test.- odparła bezemocjonalnie. - Nie muszę.- odparła stanowczo- Jestem pewna, że nie jestem. Ale ręce jej drżały i w ustach zrobiło jej się sucho. To nie mogła być prawda. Nie mogła zapłacić aż tak wysokiej ceny za to, co się stało. Lekarka jednak wydawała sie być niewzruszona. Spokojnie wyjęła z szuflady pudełeczko i podała je jej. - Radzę zrobić test. - Teraz?- spytała. - Oczywiście. Może pani skorzystać z toalety na korytarzu. Nagle przypomniała sobie, że czaka tam na nią Jane. Kobieta zauważyła jej wahanie. - Jeżeli pani chce, to może pani skorzystać z toalety w gabinecie.- wskazała jej zamknięte drzwi. Myślałam po prostu, że to będzie dla pani bardziej komfortowe.

Zamknęła się w środku i z drżeniem rąk rozpakowała pudełeczko. Nie masz się czym denerwować, mówiła do siebie, na pewno nie jesteś w ciąży i zaraz to udowodnisz tej podłej babie. Musisz tylko zachować spokój. Przecież się zabezpieczyliście do cholery. Z Johnem nigdy nawet nie miałaś przypuszczenia być w ciąży. Nie możliwe, że po jednym razie z Dylanem by ci się to przytrafiło. - Kiedy pasek zmienia się na czerwono, jesteś w ciąży.- przeczytała.- Ok. Spokojnie. Na razie nic nie ma- mówiła spokojniejsza, ale po chwili, kiedy w małym okienku zaczęła pojawiać się cienka niteczka jej zły nastrój powrócił. – To jeszcze nic nie znaczy- pocieszała się, ale linia nie znikała, ale stawała się coraz bardziej wyrazista. Prawda powoli do niej docierała i z każdą chwilą uświadamiała sobie, że jej najgorszy koszmar dopiero się zaczął. - O cholera!- powiedziała, w końcu drżącym głosem.

Jane czekała dzielnie w poczekalni. Wyjęła swój telefon i zaczęła nadrabiać zaległe sprawunki. Zazwyczaj pochłąnięta była pracą i nawet czas wolny często poświęcałą swojemu szczytnemu zajęciu. Ale swoją cenę musiała zapłacić. Miała 28 lat i żadnej rodziny, męża, chłopaka, a nawet kochanka. Na randki nie miała czasu, a spotkania towarzyskie odbębniała sporadycznie. Rodzice mieszkali w Dublinie, z dala od córki. Jej najbliższą osobą była w tym momencie Sabrina, dlatego właśnie tak się o nią martwiła. Wiedziała też, że gdyby ona miała kłopoty Sabrina nie wahałaby się nawet, żeby jej pomóc. Po pół godzinie czekania, drzwi gabinetu otworzyły się i pojawiła sie w nich Sabrina. Była blada, ale spokojna. Wolnym krokiem podeszła do niej i poinformowała, że jedzie do domu. - Zaczekaj odwiozę cię. – szybko odparła Jane - Co powiedział lekarz? - Że wszystko w porządku. Ale Jane nie była tego taka pewna. Nie naciskając na nią pozbierała swoje rzeczy i udała się razem z Sabriną do jej mieszkania. Dała jej piętnaście minut, żeby zrobiła herbatę i i usiadła obok niej na sofie. Przyglądając się jej uważnie jak obraca w rękach gorący kubek spytała: - Nie wyglądasz jakby wszystko było w porządku. Sabrina była zrezygnowana. Ciężko westchnęła. A co tam, pomyślała, przecież i tak się o wszystkim dowie. - Jestem w ciąży.- wydusiła z siebie. Jej przyjaciółka aż podskoczyła na sofie. - Co?? - To co słyszałaś. - Ale ty przecież z nikim się nie spotykałaś. Kto jest ojcem tego dziecka? Sabrina poczuła, że policzki ją pieką. Spojrzała wymownie na Jane, ale uśmiechnęła się nieśmiało. - Jak mogłaś?- nagle do niej dotarło- Powiedz, że to nie jest to, co myślę. Jak mogłaś mi nic nie powiedzieć? - A co miałam ci powiedzieć? - Choćby to, że jednak coś było między wami. Nie mów mi, że coś takiego łapie się jak grypę. - Ja bym tego nie nazwała coś, tylko sex. To się stało w samolocie i niezupełnie pod moją kontrolą. Nagle Jane wybuchnęła złością. - Nie mów mi, że ten łajdak... - Boże, nie!-szybko zaprzeczyła- To znaczy...- nie wiedziała jak to ująć- Chyba oboje tego chcieliśmy. To narastało we mnie przez cały tydzień. On z jednej strony ma w sobie dużo uroku, ale z drugiej...nie wiem czy mogę mu zaufać. Chyba chciał się ze mną spotkać w Londynie, ale ja nie wiedziałam jak mu spojrzeć w oczy po wszystkim. Zakręcił mną jakbym była jakąś nastolatką bez rozumu. - I dlatego właśnie go unikasz.- podsumowała w końcu. Sabrina przytaknęła i zapanowała przez moment cisza, którą zmącił znowu głos Jane. - I co masz zamiar teraz zrobić?- spytała. - Nie mam pojęcia, ale nie mogę mu tego powiedzieć. Przynajmniej nie teraz. Najpierw muszę się sama z tym uporać.

Sabrina nie była słabą ani kruchą osóbką. Jej zawód wymagał silnych nerwów i opanowania. Zawsze do tej pory uważała się za osobę spełniającą te wymagania. Nigdy nie mieszała pracy z życiem prywatnym, którego miała z resztą niewiele. Do chwili, kiedy kochali się z Dylanem w samolocie szczyciła się tym, że zawsze jej się to udawało. Być może dlatego…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wygrana — czytnik · opowiadania