Fantastyka · 8 min czytania
Wyjście
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Czerwone niebo wydawało się iskrzyć niczym lawa. Wyjałowiona ziemia w kolorze zastygłej krwi z wystającymi gdzieniegdzie kikutami spalonych drzew wydawała się otaczać ceglane mury pewnego miasta. Niezbyt szerokie wody rzeki w kolorze purpury, która chcąc, nie chcąc przeszywała je na wskroś nie miały już w sobie nic z życia. Szeroki krater na metry szeroki nieopodal zachodniej części muru wydał się jasno przypominać o tragedii z przed lat. Zielonkawy mech, porastający jego dno świadczył wyraźnie o ładunku jakiego użyto. Cztery kilotony, wystrzelone za ówczesnej wschodniej granicy rozlało się wodospadem ognia na te żyzne doliny i kazało ludzkości na nowo się odradzać. Małopolanie bardzo szybko wznieśli pierwsze z czterech ogrodzeń, by chronić się przed zdziczałymi hordami, oraz nauczyli się żyć od nowa. Wschodnia część miasta odpowiadała za dostarczanie mięs głównie do królewskiego pałacu, położonego na nie wysokiej skale nad rzeką, trzy pozostałe części odpowiadały za rolnictwo, który mogło jako tako funkcjonować na wzgórzach na wschodniej stronie. Długi pas jedynej w tej okolicy wciąż jeszcze żyznej gleby bardzo szybko stał się przyczyną wielu konfliktów z pobliskimi osadami, które podobnie jak Kraków stopniowo wydawały się podnosić z popiołów. Ochrona zdobytych z tak wielkim wysiłkiem terenów przypadała w udziale garstce najlepszych wojów. Jednym z nich był Złocień, który stojąc na baczność jak na wybrańca osady przystało na niewielkim pagórku czujnym okiem obserwował okolicę. Wykonana z metalu rurka trzymała na swoim szczycie szkaradny topór – dziecko ledwie jeszcze rozwiniętego przemysłu. Na piersiach poszczerbiony pancerz. Niedbale, a może nie umiejętnie wycięty z maski jakiegoś samochodu, potem na udach dwa zupełnie inne kawałki blachy zapewniały chociaż podstawową ochronę przed pierwszymi strzałami, którymi tak ochoczo miotali napastnicy swoich drewnianych kusz. Głowę chronił obdrapany hełm z nieco na dziko przypiętą kratą z nieudolnie przyspawanymi rurkami o różnych długościach. Oprócz Halabardy każdy żołnierz gwardii miał do skórzanego pasa przytroczony długi miecz, najczęściej wydobyty z pod gruzów jakiegoś muzeum, więc starannie wykonany. Niestety w walce rzadko były używane, z uwagi na ich mały zasięg, w porównaniu z długim kijem halabardy. Przez całe życie nie widział nawet słońca, dlatego zawsze na posterunku patrzył w niebo i starał się wyobrazić jak kiedyś wyglądało. Tym razem jednak nie bardzo mógł się skupić, ponieważ głowę zaprzątały mu różnego rodzaju myśli o nieznajomej blondynce, o długich do pasa włosach jaką widział poprzedniego dnia. Idealne rysy wydawały się wtedy niezwykle nie rzeczywiste. Długi materiał sukni w kolorze najjaśniejszej bieli rozwleczony dokoła jej stóp niezwykle działał na wyobraźnię prostego żołnierza. Większe wrażenie zdołał zrobić na nim jedynie jej przenikliwy wzrok, jakim na niego patrzyła. Wydawało się że tajemnicza nieznajoma wie o nim wszystko, nawet to czego nie powinna. Tego dnia czekał na nią, jednak ta niby na złość nie pokazała się jak do tej pory. W przerwach pomiędzy rozmyślaniami o słońcu i tajemniczej nieznajomej obserwował rolników pracujących nieopodal. Każdy z osobna ubrany jedynie w białe sukno przepasane pasem i kapeluszem na głowie, starannie grabił ziemię swoimi zniszczonymi grabiami. Trzech ciężkozbrojnych rycerzy wypadło nagle z za wzniesienia. Czarne rumaki ciężko dyszały z powodu dźwiganego ciężaru, a nie naganie wykonane pancerze zbrojnych świeciły się różnymi odcieniami czerwieni. Pierwszy z nich trzymał w prawej ręce czerwoną włócznie z flagą, następni w trójkącie dwa długie miecze. Staranie wykonane hełmy zasłaniały szczelnie twarze agresorów. Rolnicy zareagowali znacznie szybciej aniżeli wartownik i w popłochu rozbiegli się w różne strony porzucając przy tym swoje narzędzia pracy. Po początkowym odrętwieniu strażnik krzycząc na alarm czym prędzej zaczął biec w stronę wartowni. Słyszał wyraźnie coraz głośniejszy tetęt koni za sobą i krzyki