Fantastyka · 13 min czytania
Wyklęty - Część II
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Noc I
– Bagno. Bagienko raczej. – pomyślał Radomir – Ale starczy. Porośnięta trzcinami kotlinka była dobrym przykładem jeziora, które zmieniło się w trzęsawisko. Za kilka dziesięcioleci zniknie zupełnie. Żaby rozpoczęły już swój koncert, ale było jeszcze wcześnie. Wędrowiec znalazł suche miejsce do spoczynku pod smukłym drzewem. Wieczór zbliżał się szybkim krokami. Radomir koncentrował swe myśli, ale przeszkadzał mu ucisk, jaki ni stąd, ni zowąd pojawił się w okolicy pęcherza. Przeklinając swój los, wstał i odszedł kilka kroków w bok, by sobie ulżyć. Kiedy oddawał się swej cielesnej potrzebie, dostrzegł, że obserwuje go zwierzę. Kolor sierści i charakterystyczna kita nie pozwalały mieć wątpliwości co do gatunku zwierzęcia. Lis spoglądał na niego z niepokojem i zaciekawieniem. – Nie oznaczam swych włości, ja na naprawdę musiałem – wyjaśnił lisowi. Ten jak gdyby uspokojony zapewnieniem ziewnął i zniknął w zaroślach. Wraz ze zmierzchem pojawiły się dźwięki, które wypełniły las. Niepokojące odgłosy rozbrzmiewały w mroku. Czas upływał powoli. Radomir usiadł z powrotem pod drzewem. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w mętną wodę, aż wreszcie zamknął oczy. Kolejne minuty minęły w całkowitej ciszy. Nawet żaby umilkły nagłe, zdjęte jakąś trwogą. Mimo, że nie było nawet najmniejszych podmuchów wiatru, powierzchnia bagiennej wody zafalowała. Coś przesunęło się na dnie i teraz pod powierzchnią tafli kierowało się w stronę brzegu. Woda coraz bardziej mętniała. Po chwili fala wyrzuciła na brzeg kupę szlamu i rozkładających się wodnych roślin. Wędrowiec nadal się nie poruszył. Wydawało się, że zapadł w sen i nie dostrzega tego, co się dzieje. Z kupy błota nagle wystrzeliła ręka i uczepiła się ziemi. Za nią pojawiła się druga. Obie wczepiły się w grunt i pociągnęły silnie. Z mułu wyłoniły się głowa, ramiona i korpus. Straszliwy smród błota, rozkładających się roślin i zgniłego mięsa zaatakował całą okolicę. Charcząc, zjawa wydobyła się cała nieśpiesznie ze szlamu i stanęła niepewnie na nogach. W świetle księżyca, który oświetlił upiorną scenerię, gdzieniegdzie na postaci widać było ubranie, które wskazywało na to, że cokolwiek stało teraz przed Radomirem, jest lub w każdy razie było człowiekiem, a konkretnie mężczyzną. Stwór ociężale zbliżył ręce do miejsca, gdzie powinna znajdować się twarz, a była w tej chwili tylko maska z osadów zalegających na dnie bagienka. Powolnymi ruchami starł błoto z twarzy, Nagle w ciemności rozbłysło upiorne światło. W miejscu, gdzie znajdować się powinny oczy, świeciły się dwa zielone punkty. Poczwara dostrzegła mężczyznę siedzącego pod drzewem i zrobiła w jego stronę krok, a potem następny i następny. Wolno zbliżyła się do siedzącego na ziemi człowieka. Razem z nią poruszał się smród zgnilizny. Potwór zatrzymał się tuż przed Radomirem i pochylił się nad nim. – No, jestem. Nie śpij – powiedział upiornym głosem, który był mocno stłumiony, zapewne przez muł zalegający nadal na twarzy. Wędrowiec nagle otworzył oczy, które jarzyły się takim samym zielonym blaskiem, jak oczy upiora. – Nie śpię – odpowiedział. – Witaj, bracie. Dobrze znów cię widzieć. Błotna zjawa machnęła w powietrzu ręką. Mokra i śmierdząca pacyna wylądowała na Radomirze. – Za takie żarty, młody, możesz kiedyś w łepetynę dostać. Nie było innego miejsca, żeby mnie wezwać? – Nie. – Eeeh. No dobra. Nie traćmy czasu. Do świtu niedaleko. – Słusznie. Ktoś tam jest? – mężczyzna wskazał ręką na bagno. Widmo powoli odwróciło się. – Jest jeden. Leży tam od dłuższego czasu. Chcesz go? – Tylko jeden? – Radomir był zawiedziony. – Co chcesz, to małe bagienko – zjawa wzruszyła ramionami, otrzepując z siebie przy okazji tonę breji. – No, to daj go. Na pewno się przyda. Upiór kiwnął głową i stanął przed taflą wody. Wysunął przed siebie ręce, kierując palce ku niebu. W ciemność popłynęły niezrozumiałe dźwięki. Woda w bagnisku ponownie poruszyła się. Spod jej powierzchni wynurzył się kształt. Był równie oblepiony błotem, co postać stojąca na brzegu. Powoli pełzł ku brzegowi, przybierając z grubsza człowiecze kształty. Śmierdział zgnilizną nieporównanie gorzej od stwora, którego Radomir nazwał bratem. Wędrowiec odwrócił głowę, kiedy doleciał do niego zapaszek wydzielany przez nadciągające „coś”. A tymczasem „coś” dotarło do stałego gruntu i padło na ziemię, wijąc się i wydając nieartykułowane dźwięki i chrząknięcia. Razem z upiorem odeszli kawałek dalej, całkowicie ignorując to, co działo się na brzegu bagniska. Obydwaj bardzo dobrze wiedzieli, że upłynie jeszcze trochę czasu, zanim wydobyty z bajora będzie zdatny do czegokolwiek. – No dobra, młody. Co się tu dzieje? – zapytał „brat”. – Coś nęka pobliski gród. Ubiło kapłana i jego pomocnika i sprawia, że znikają ci, którzy sami się wyprawiają do lasu – odpowiedział Radomir. Upiór zaśmiał się, co w jego wykonaniu rzeczywiście można by nazwać „upiornym” śmiechem. – To uważaj, jak będziesz wracał. Bo coś cię napadnie i zje. – Bardzo śmieszne. Wrócili do wyciągniętego z bagna „znaleziska”. Znalezisko dochodziło jako tako do siebie, czemu dało wyraz, przechodząc z pełzania do chodzenia na czworakach. Bracia przyglądali mu się przez chwilę. Radomir zwrócił się do znaleziska. – Jak się nazywasz? – Aarggggllll...grrrhee – padła odpowiedź. – Jak się nazywasz? – Ahrrrrrrggg... Jeśśśśśśśćććććć.... móóóóóózzzzzzzzzzzgggg. – Co oni mają z tymi mózgami? – Spytał Radomir. – Co którego ożywiamy, to tylko mózg, mózg. Upiór zachował milczenie. Widocznie znał odpowiedź, ale nie miał ochoty dzielić się swoją wiedzą. – Jak się nazywasz? – Spytał ponownie Radomir. – Budddddddzzzzzignieeeewww – padła wreszcie odpowiedź. – No, nareszcie. Od kiedy on tu leży? – zapytał brata. Ten spojrzał uważnie na zombie. Jego oczy rozbłysły na chwilę. – Od 7 wiosen. – Nie wygląda na tyle. – Szlam go zakonserwował, ale leży tu już tyle. – No, to jego wiedza na nic się przyda. – Raczej nie. Radomir spoglądał uważnie na ożywionego Budzigniewa. Tam, gdzie nie było już błota, widać było gnijące ciało. Oko zachowało się jedno, co i tak było dużym sukcesem. Szyja była przecięta, z szerokiego rozcięcia, będącego najprawdopodobniej przyczyną zejścia, wyłaziły małe, obrzydliwe robaki. Po dłuższej chwili wędrowiec powiedział: – Przyda się. Budzigniewie, zrobisz, co powiem. Truchło…