Fantasy · 24 min czytania
Wylęgarnia ciał- Przebudzenie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Krew płynęła cienkimi strumykami po jej brudnym i poranionym ciele mieszając się z potem. Pierś poruszała się w rytm urywanych i ciężkich oddechów. Splątane i długie krucze włosy sięgające żeber zasłaniały jej twarz. Wykręcone nienaturalnie ręce zakute w łańcuchy przytrzymywały jej wiszącą w powietrzu postać. Skóra wokół nadgarstków zdarta została do samego mięsa przez grube i ciasne obręcze. Szczątki ubrania ledwie zakrywały najintymniejsze części jej ciała. Hessa jednak płonęła wewnątrz z wściekłości. Na nich i na samą siebie. Za to co jej robili, jaki ból kazali jej znosić w ramach kary…za jej własną słabość, że to że okazała litość, za to że nie zabiła… Cios wymierzony w jej podbródek sprawił że jej głowa poleciała w tył. Przed oczami ujrzała krwawe plamy, a zamiast brudnej posadzki w którą wpatrywała się z uporem zamajaczył jej odległy i ciemny sufit lochu. Rozluźniła zaciśnięte wcześniej szczęki pozwalając nastawić się zmiażdżonym kościom. To co robili jej teraz to była niemal ulga z tym czego doznała wcześniej. Przez miesiące niewoli jakie spędziła pod powierzchnią nauczyła się, że ból ma wiele wymiarów. Prawie tyle samo, jak zadziwiająco wiele człowiek, a raczej monstrum takie jak ona potrafiło go znieść. To jak żyła kiedyś powoli znikało, umierało w niej. Słońce, niebo, życie… stawało się odległe. Jakkolwiek by nazwać jej obecną egzystencję, zahartowała się. Musiała stać się twarda, obojętna, bezlitosna… okazało się jednak, że wciąż była zbyt słaba, zbyt… l u d z k a. Złotymi oczami spojrzała w zadowoloną twarz swojego oprawcy. Mimo całej swojej furii była przerażona. Jego zawsze będzie się bać. I on o tym wiedział. Im słabsza była, im więcej strachu pokazywała tym on stawał się okrutniejszy. Maa’sah. -Jestesssłaba…- powiedział spoglądając czerwonymi ślepiami wyrażającymi pogardę- mały ssczur dobrej krwi. Zabiłbym cię już dawno. -Wiesz, że Pan ma co do niej wielkie plany- wtrącił cichym i chłodnym głosem odziany w czerń akolita. Stał dalej, tuż przy samym wejściu. Miał stać na straży. Musiał zadbać o to, aby Maa’sah nie uszkodził dziewczyny. W sposób w który nie dałoby się potem jej… naprawić. Hessa nie odezwała się. Czuła się coraz słabsza, nawet jej samoleczenie miało pewne limity. A tyle razy okaleczano dziś jej ciało. Z zaciśniętym sercem czekała na kolejny cios. Wiedziała, że nastąpi. Jej oprawca również się nie odezwał. Tylko patrzył. Z nienawiścią. Rzadko odczuwał tego rodzaju emocje względem tak plugawych stworzeń. Zwykle nimi gardził, w końcu stanowiły tylko pokarm. Jednak to ludzkie szczenię, ten pomiot był ceniony przez Czarnego Pana wyżej niż jego rasa. Miał być stawiany na równi z nim. Tylko przez nią tkwili jeszcze pod ziemią. Tylko przez nią Taael nie zostało jeszcze zniszczone, a jego już nieliczni mieszkańcy rozszarpani. Uniósł ramię szeptając cicho kilka słów. Wewnątrz jego dłoni pojawił się nieduży, zielonkawy płomień. Dziewczyna uniosła w końcu opuszczoną głowę i spojrzała na niego. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, jednak w oczach widniało przerażenie. Wiedziała co ją czekało. Maa’sah wyszczerzył zęby i machnął łapą. Hessa nie potrafiła zdusić krzyku kiedy magiczny spalający ogień popielił jej ciało. Jej wrzask niósł się krętymi korytarzami podziemi, a wtórował mu upiorny syczący śmiech. Krzyczała dopóki płomień nie zaczął wypalać jej płuc. Przed oczami stanął jej tylko mrok. Tak bardzo pragnęła w nim utonąć. Wiedziała jednak, że to jej nie zabije. Już jej to robili. Nie wiedziała co było boleśniejsze- przypalanie, czy leczenie się zniszczonego ciała. Zbyt pochłonięta bólem nie usłyszała zgrzytu otwieranych drzwi i nie ujrzała niskiego akolity wsuwającego się do środka, który zaczął szeptać do swego pobratymca. -Dość-zabrzmiał chłodny głos akolity stojącego przy wejściu. Maa’sah niechętnie uwolnił płomień, który od razu zgasł. Odwrócił się w jego stronę dopiero zauważając drugiego sługę, który pojawił się kilka chwil wcześniej. -Czarny Pan nas wzywa- dodał akolita wychodząc z komnaty. Ten który przyniósł wiadomość wyszedł zaraz za nim, jednak Maa’sah zawahał się. Zimnym wzrokiem spojrzał na drżącą Hessę. -Innym razem z tobą sskończę- czarny płaszcz skrywał w większości jego nieludzką postać. Był jednym ze starej i potężnej rasy, która wieki temu skryła się na północy i przeżyła dzięki wiedzy o czarnej magii. Miał łuskowatą, twardą skórę o barwie zgniłej zieleni, gdzie nie gdzie tylko jaśniejszej. Sylwetkę miał nienaturalnie wyprostowaną. Wzdłuż kręgosłupa rosły ostre kolce kończące się długim, około półtorametrowym ogonem. Ręce bardzo przypominały ludzkie- szczupłe o długich palcach jednak pozbawione były kciuków. Stwór był czteropalcy. Łysa głowa, z głęboko i nieco po bokach osadzonymi ślepiami oraz wydłużoną, kwadratową paszczą wyraźnie wykazywały na pokrewieństwo z jaszczurami. Patrzył na nią jeszcze przez chwilę po czym również odszedł pozostawiając ją samą. Jej ciało leczyło się nie znośnie wolno i boleśnie. Mimo tego jednak powoli zaczął nad wszystkim dominować głód. Jej ciało i umysł domagało się posiłku. Potrzebowała więcej pokarmu niż zwykli ludzie, a samoleczenie tylko potęgował jej nienasycenie. „Jestem już bardziej zwierzęciem niż człowiekiem” pomyślała pozwalając sobie na chwilę słabości i użalania nad samą sobą. Zaraz jednak zaczęła po raz kolejny zastanawiać się czemu zawiodła. Dlaczego nie potrafiła wykonać rozkazu. Odpowiedź jednak zawsze była ta sama. To przez jej oczy. Te czyste zielone i niewinne spojrzenie dziecka, które nie czuło nadchodzącej śmierci które miało przyjść z jej rąk. Tamtej nocy po raz pierwszy zabrali ją na powierzchnię. Do Taael. Niegdyś tętniące życiem miasto zamieniło się w ruinę, w której grasowały potwory. Tylko sam pałac i co bogatsze dzielnice wciąż jeszcze istniały. Wszyscy inni zostali pożarci. To był jej test, wiedziała o tym. Sądziła, że już odebrali jej wszystko- uczucia, nadzieje, wiarę… człowieczeństwo. Kiedy jednak stała nad rozpłaszczoną na ziemi kilku letnią dziewczynką jej dłoń o długich szponach nie potrafiła opaść w dół. Słyszała ryk wściekłości Maa’saha, kiedy rzucił się na nią, lecz nie czuła tego. Widziała tylko oczy tej dziewczynki, które zaraz jednak zostały przysłonięte ciałami bestii, które rozszarpywały jej ciało. Nie była zdolna do żadnego ruchu, reakcji, niczego. Na kilka sekund stała się biernym obserwatorem toczących się obok niej wydarzeń. Cenę za to zapłaciła wysoką. A tamto dziecko zginęło śmiercią straszliwszą, niż gdyby to ona ją zabiła. Nie wiedziała, czemu to przy niej się wstrzymała. Zabijała już ludzi, dorosłych, mężczyzn i kobiety, starców… ale nie dzieci. W tamtej małej osóbce widziała siebie. I czuła jakby umarła razem z nią. Wiedziała, że następnym razem się nie zawaha i zabije tego, kogo jej wskażą. Nawet jeżeli będzie to niemowlę przy piersi matki.
***
-Wciąż się opiera panie- powiedział akolita o chłodnym i spokojnym głosie. Ten sam który pilnował Maa’saha podczas torturowania dziewczyny. Jaszczur z ponownie narzuconym kapturem stał obok niego. Znajdowali się w niewielkiej podziemnej grocie, na samym dnie wylęgarni. Ich Pan i Mistrz stał odwrócony do nich plecami. Całkowicie nieruchomy, poza pulsowaniem cienkich, niebieskich żyłek na jego trupiobladej, łysej głowie. Przez okrągły otwór, niby okno wpatrywał się w wielką kryptę całą usianą w kokonach jego Pożeraczy. Gdy Nekromanta się nie odezwał oboje poruszyli się nerwowo. Oboje byli silni. Oboje władali magią i należeli do starych zapomnianych ras. Jednak byli niczym wobec potęgi stojącej przed nimi istoty. -Ludzie to takie dziwne istoty- Czarny Pan przemówił nagle jak zawsze obojętnym tonem- jest przywiązana do swego człowieczeństwa, choć yoma czyni ją kimś więcej. -Złamiemy ją panie- wysyczał Maa’sah ciesząc się na samą myśl. -Jeżeli drugi raz jej ciało odrzuci przemianę może stać się bezużyteczna- wtrącił cicho akolita- tyle badań, taka yoma… a kończy nam się czas. Magowie zaczęli działać. Jaszczur już się nie odezwał. Wiedział, że sługa ma rację. W małej grocie zapadła cisza. -Tym razem przemiana się przyjmie- przemówił cicho Nekromanta, a on rzadko się mylił- Sprowadźcie ją. Tym razem na górę.
***
Część 22 / 2
Nie wiedziała ile czasu minęło. Nie była pewna czy straciła przytomność, czy przez ból nie czuła upływających chwil. Jej ciało uleczyło się tylko częściowo. Nie miała sił na więcej. Skóra na jej brzuchu była czarna i spopielona, a każdy oddech kosztował ją mnóstwo wysiłku. „Czy to mój limit?” przeszło jej przez myśl. Pozostawili ją głodną, choć zwykle nawet po najbrutalniejszych torturach była karmiona. Szczęk otwieranych drzwi wyrwał ją z zamyślenia. Uniosła głowę. -Shore- wyszeptała z niejaką ulgą rozpoznając akolitę, który wcześniej pilnował Maa’saha. Choć był on całkowicie obojętny na jej los nie wydawał się skory do niepotrzebnej przemocy. Traktował ją ze swoistą sprawiedliwością- jeżeli była mu posłuszna nigdy jej nie karał. To była najlepsze zachowanie na jakie mogła liczyć. Mężczyzna również był magiem, choć Hessa nie miała pojęcia kim był tak naprawdę. Nigdy nie zrzucił kaptura zasłaniającego twarz, ani nie odsłonił choćby najmniejszego skrawka swojego ciała. -Nie uleczyłaś się- zauważył po czym jego dłonie wykonały kilka ledwo dostrzegalnych ruchów. Wraz z ostatnim okowy krępujące jej nadgarstki puściły a ona z łoskotem upadła na zimną posadzkę. Przez chwilę leżała nieruchomo. Była zbyt słaba aby się chociaż ruszyć. Z trudem utrzymywała uniesione powieki wpatrując się w nieruchomy świat wokół. Czuła, że jej oczy straciły złoty blask i wróciły do mętnego ludzkiego koloru. -Jesteś słabsza niż myślałem- zostawił ją samą i nie wiedziała jak długo go nie było. Wrócił w otoczeniu kilku niskich i przysadzistych sług, które jak podejrzewała dziewczyna również nie były żywe. Bezwolne i ślepie trupy. Tak o nich myślała. Przyniosły jej jednak spory płat surowego mięsa i rzuciły tuż obok niej. Głód. Rzuciła się na pokarm nie zastanawiając się ani przez chwilę czy było ono pochodzenia ludzkiego czy zwierzęcego. Wolała nie wiedzieć. Pierwsze kilka kęsów było drobnych i łapczywych, na tyle dużych na ile pozwalały jej na to ludzkie zęby. Zaraz jednak yoma ponownie uwolniła się i mięso zniknęło w kilka sekund. Tak samo jak obrażenia jej ciała. Klęczała na ziemi nasycona i oblizywała palce z krwi, kiedy Shen zbliżył się do niej na odległość trzech kroków. -Pan uznał że to twój czas- zanim zdążyła zareagować, czy chociażby poczuć przerażenie jej głowa opadła i Hessa zapadła w magiczny sen. Akolita stał nad nią jeszcze przez chwilę przyglądając jej się w skupieniu. -Obyśmy się nie mylili- mruknął do siebie. Zawsze uważał, że to bardzo ryzykowane pokładać tyle nadziei w jednym dziecku. Nie mógł zaprzeczyć, że posiadało ogromną moc lecz… nie przebudziła się. Nie mogli liczyć, że przemiana w potwora przyjmie się całkowicie, jeżeli nie stanie się w pełni Shelaleli. Choć o tym nie wiedziała, to już było w niej. Delikatne subtelne zmiany jej ciała wskazywały, że była już skażona. Trzeba było tylko rozjuszyć żyjącego w niej pasożyta.
***
Pierwsze co doszło do jej otumanionego umysłu to wiatr. Delikatny, ledwo wyczuwalny powiew świeżego powietrza. Trzy dni wcześniej poczuła go po raz pierwszy od bardzo długiego czasu, lecz i tym razem pochłonęły ją wrażenia. Tak długo żyła pod ziemią, że było to dla niej niemal nowe doznanie. Dlaczego jednak znajdowała się tak wysoko… Gwałtownie otworzyła oczy i zerwała się z kamiennej posadzki. Szarpnęło jej ciałem kiedy napięte łańcuchy osadziły ją w miejscu. Stała w rozkroku, przygarbiona przez chwilę szarpiąc łańcuchy. Czuła jednak, że tych nie rozerwie. Rozejrzała się szybko lecz nie dostrzegła niczego w gęstym mroku. -Mmm… wiedziałem, że już dojrzałaś…- zimny głos sprawił, że zamarła. Yoma samoczynnie uwolniła się, oczy przybrały złotą barwę, a ciemności rozproszyły się. Kilka metrów przed sobą ujrzała Jego, sprawcę tego wszystkiego- Czarnego Pana. Wzdłuż chropowatych ścian otaczających kolistą grotę stali jego…