Akcja · 45 min czytania
Wypadek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wypadek
W okresie kiedy absorbowały mnie zasadniczo dwie rzeczy – wizja mojego awansu oraz strzelnica i polowania w gronie moich starszych idoli miało miejsce pewne dramatyczne dla mnie i dla całej mojej rodziny zdarzenie. Któregoś pięknego letniego popołudnia po pracy wyruszyliśmy z żoną do mojej babci na wieś. Planowaliśmy spotkać się tam całą rodziną. Zamierzaliśmy po drodze zabrać moją siostrę Monikę, która była wówczas studentką filozofii a wolne chwile spędzała z różnymi znajomymi, w różnych miejscach naszego kraju i za granicą dużo przy tym podróżując. Była zawsze gdzieś w biegu, zresztą często również w biegu planowała swoje podróże, stąd też i my mieliśmy się spotkać gdzieś na rozdrożach, gdzie zatrzymywał się jakiś pociąg. Podczas gdy my z żoną pokonywaliśmy drogę samochodem, moi rodzice byli już na miejscu od kilku dni i pomagali babci Cecylii doprowadzić dom do porządku bo sama już na to nie miała ani chęci ani siły. Zresztą, jeśli idzie o czystość w domu, to jej było wszystko jedno bo i tak niedowidziała i nie przeszkadzały jej tłuste i brudne szklanki, których nigdy nie była w stanie umyć jak należy, to znaczy, jak my byśmy sobie tego życzyli. Co najmniej kilka razy w roku odwiedzaliśmy babcię, która mieszkała już całkiem sama w starym domu, mającym swoje lata świetności już dawno za sobą. Dziadek umarł ponad dziesięć lat wstecz a babcia, będąc jeszcze na siłach, została na gospodarstwie, które w ciągu tych wszystkich lat jednak znacznie podupadło, a pola w większości zostały wysprzedane na działki budowlane. Swego czasu moja mama – ich jedyna córka, wyjechała na studia do miasta i tam już została, zakładając niespodziewanie szybko rodzinę, i jak mi kiedyś wyznała, nie mając już ochoty wracać na wieś. W związku z tym, moje poczęcie nastąpiło nieco wcześniej niż jej ślub z moim tatą, który w ten sposób został sprytnie przez moją mamę usidlony. Podobnie jak moja mama, wielu z młodych nie wracało już na wieś a zatem i inne gospodarstwa spotykał podobny los - taka była już kolej rzeczy. Mama jednak miała wielki sentyment do domu, w którym się urodziła i wychowała i zawsze z radością tam powracała, choć może z tym większą, że nie musiała już tam mieszkać na stałe. Jednak tym razem nie wszyscy mięliśmy się spotkać przy jednym stole, bowiem miało zabraknąć Moniki. Co się stało, że nie dotarła? Zanim odpowiem na to pytanie, to pozwolę sobie na dłuższą dygresję dotyczącą babcinej wsi i czasów, kiedy jako dziecko spędzałem tam wakacje, a później, kiedy już czytelnik bliżej pozna ten świat, powrócę do tamtego feralnego dnia. Wieś ta była typowa dla centralnego regionu mojego kraju, z małą ilością gospodarstw, które posiadały rozlegle areały, poprzecinane rozlicznymi miedzami. Natomiast kolejne wsie były oddzielone od siebie lasami, w których, jako dziecko zbierałem grzyby, co bardzo lubiłem, niestety nigdy później nie zmobilizowałem się żeby, choć raz pójść na grzybobranie już jako człowiek dorosły, a moja znajomość grzybów po woli zanikała. Łatwiej zresztą było pójść do sklepu i kupić gotowe grzyby i to nawet już ususzone czy marynowane. Oto, co z dawnych zbieraczy i myśliwych zrobiła cywilizacja czyli lenistwo. Jeszcze jako dziecko, z racji tego, że mieszkaliśmy z rodzicami w mieście, przyjazdy na wieś były dla mnie czymś naprawdę wyjątkowym - oderwaniem się od codzienności, spotkaniem z dziadkami, którzy byli dla mnie uosobieniem dobra i spokoju ale też i pracowitości, której w pewnym stopniu wymagali również ode mnie, podczas moich wakacji spędzanych razem z nimi. Kiedy przyjeżdżaliśmy tam w odwiedziny, choćby na te parę dni, miały one zawsze klimat trochę bajkowy czy sielankowy, który był niczym bańka mydlana i pękał za każdym razem, kiedy trzeba było wracać do domu. Zabieraliśmy jednak ze sobą wspaniałe wspomnienia. Nie zapomnę wspaniałych zim w tej krainie przykrywanej wówczas białym puchem, niczym jakąś wielką kołdrą. Zdawało się wtedy, że czas się tam zatrzymywał, i zapominał o niej samej i jej mieszkańcach. Jakże inne były święta Bożego Narodzenia, spędzane u dziadków, kiedy zaszywaliśmy się u nich nawet na tydzień lub dwa. Mieliśmy prawdziwą pachnącą choinkę, często paliliśmy wieczorem ognisko, wokół którego grzaliśmy się na mrozie, piekąc domowe kiełbaski, a potem sprawdzaliśmy z Moniką, czy zwierzęta mówiły ludzkim głosem ale one tylko patrzyły na nas ze zdziwieniem swoimi wielkimi oczami, i nie miały ochoty nic powiedzieć. Stojąc wokół ogniska piliśmy gorącą herbatę, która niby niczym nie różniła się od tej, którą piliśmy codziennie w domu, ale w tamtych okolicznościach była wyjątkowa, a jej smak zapadł mi w pamięci na cale moje dalsze życie. Jednak tylko przy tym ognisku można było poczuć ten jedyny w swoim rodzaju jej smak. Mroźna zima ze śniegiem nie była straszna w takim momencie, wręcz przeciwnie, stanowiła o tym swoistym klimacie. Niezapomniane były także różne zabawy na śniegu a zwłaszcza kulig na prawdziwych saniach albo na przyczepionych jeszcze do nich małych sankach a wszystko to ciągnięte przez dwa konie. Nie wiem, jak moi rodzice dziadkowie, ale my z siostrą i innymi dzieciakami z sąsiedztwa bawiliśmy się wówczas świetnie. Niesamowite były wieczory i noce, kiedy chodziliśmy na spacery pod rozgwieżdżonym niebem, którego czerń była niezmącona światłami żadnego miasta. Podczas jednej z takich nocy zrodziła się u mnie fascynacja kosmosem – tej wielkiej, tajemniczej i odległej przestrzeni wypełnionej gwiazdami, planetami i innymi niesamowitymi obiektami no i Bogiem przy okazji i kiedykolwiek z Nim rozmawiałem, to zawsze patrzyłem tam do góry w błękit lub czerń nieba. Czasem potrafiło tak zasypać okolicę śniegiem, że nie można było przez nią przejechać samochodem więc w razie potrzeby w ruch szły konie i traktory i po kilku godzinach pracy droga stawała się przejezdna, przynajmniej na jeden dzień bo przez noc śnieg potrafił napadać w takich ilościach, że czynność należało powtórzyć. Ja w takich sytuacjach bawiłem się wyśmienicie i dziwiłem się, czemu dorośli tak przeklinali śnieg. Może niektórzy dlatego, że zamiast pić bimber gdzieś w jakimś ciepłym kącie, musieli się ruszyć i poodśnieżać. Zasadniczo zima na wsi to był okres zupełnego przestoju lecz czasem trzeba się było gdzieś w końcu ruszyć i jeśli nie z robotą, to przynajmniej raz w tygodniu w niedzielę do kościoła, co w takich okolicznościach tym bardziej podkreślało charakter tego świątecznego dnia. Kiedy byłem mały, wyjazd na wieś, do dziadków zawsze był dla mnie wędrówką do innego świata, z czasem jednak, świat ten coraz mniej mnie fascynował, a kiedy się już ożeniłem i sam posiadałem dom pod miastem, pewien czar prysł. Zresztą i sama babcina wieś się zmieniła. Różni starsi ludzie, których znałem od dziecka albo już nie żyli, albo, zwłaszcza ci młodsi, wyjechali, posprzedawali gospodarstwa, na rzecz nowych domów, które budowali teraz tam ludzie z miasta, chcący z niego uciec i być bliżej natury. A sama wieś coraz bardziej zaczęła przypominać osiedle domów jednorodzinnych, stała się mniej tajemnicza, mniej odległa i bardziej zrozumiała, po prostu zwyczajna. Na nieskalanych wcześniej łąkach pojawiły się ciężkie maszyny, równając teren, kopiąc fundamenty pod przyszłe domy. Gdzieniegdzie wyłożono już asfalt, a jak pamiętam z dzieciństwa wszystkie drogi nie były utwardzone, miały piaszczyste podłoże, a jedynie przez środek biegła trawiasta kępa nie wyjeżdżona przez pojazdy różnego rodzaju, począwszy od wozów zaprzężonych w konie, traktorów i samochodów a skończywszy na jednośladach, które były na wsi bardzo popularne. To były zresztą czasy, w których nie jeździło się jeszcze w kasku na motocyklu a w samochodzie pasy bezpieczeństwa używało się wedle uznania, o ile były na wyposażeniu danego modelu i nikt nie robił żadnej afery z pijanych kierowców. Trzeba wiedzieć, że na mojej wsi, kiedy gdzieś się piło a zabrakło alkoholu, to wysyłało się już nieźle wstawionego człowieka na motocyklu po kolejną butelczynę. Cieszę wieczoru mącił wtedy warkot przejeżdżającego bardzo szybko motoru, który za chwilę niósł już z powrotem tą samą drogą swojego szalonego jeźdźca zaopatrzonego w cenny ładunek. Wieś dawała pewien rodzaj swobody. Owszem, praca była ciężka, i to od rana do wieczora ale każdy był sobie tutaj panem - sam planował i ustawiał prace, i sam się rozliczał przed sobą. Wieś, w moich oczach, tworzyła pewien przyczółek, posiadający swój odrębny klimat i zwyczaje, w odróżnieniu do miasta, gdzie różnice mieszały się ze sobą. Wieś była ostoja pewnych tradycji, niezmiennych i dotyczących jej w całości. Moje przyjazdy wiązały się również, jak już wspomniałem, z pomocą, jaką z reguły chętnie służyłem moim dziadkom w pracach polowych, oczywiście bez przesady. Lubiłem to bo dużo uczyłem się rzeczy, o których nic nie wiedziałem, jako chłopak z miasta. Dziadek powtarzał mi, że zawsze to, czego tu się nauczę, może mi się kiedyś przydać. Ja zresztą bardzo lubiłem ruch i pracę fizyczną, rozwijałem dzięki nim siłę i sprawność, która zawsze mi imponowała i pewnie dlatego, później związałem się na kilka ładnych lat ze sportem, który stał się wówczas moją pasją. Oczywiście była zasadnicza różnica między wsią zimą, kiedy nie biegły żadne prace polowe a wsią latem, kiedy one to właśnie brały górę nad wszystkim innym. Jednakże latem nie byłem uwiązany od rana do wieczora skromną pomocą jaką wspierałem dziadków, w czym miałem przewagę nad dziećmi ze wsi, i co za tym idzie, dysponowałem większą ilością wolnego czasu, mogąc choćby jeździć na rowerze bez większego celu - po prostu dla samego jeżdżenia i odkrywania wciąż nieznanych terenów. Często jeździłem nad rzekę, gdzie w tajemnicy przed dziadkiem i babcią kąpałem się z kolegami i skakałem do wody na główkę ze stromej skarpy. A propos moich kolegów, to miałem ich tam dwóch - Janusza i Marcina, którzy również jak ja przyjeżdżali z miasta na czas wakacji. Była też i Monika, moja siostra ale z racji tego, że była ode mnie młodsza o całe pięć lat, nie wszędzie ją zabierałem, no i fakt, że była dziewczyną również o tym nieraz przesądzał. Ona w końcu też miała tu swoje koleżanki ale mimo to, czasem nie mogłem się od niej opędzić. Jednak były sprawy, które wolałem robić poza jej wiedzą, zdarzało się bowiem, że nie potrafiła dochować tajemnicy lub wręcz na mnie skarżyła. Potrafiła także stosować wobec mnie szantaż, będąc w posiadaniu niezbyt pochlebnych dla mnie faktów. Kary pozbawiania wolności spadały czasem na mnie, lecz to było trudne do zniesienia, dlatego musiałem być czujny, kiedy planowałem z kolegami zakazane rzeczy lub takie, które z pewnością do nich się zaliczały a nie były wymienione. Do tych zakazanych miejsc zaliczały się opuszczone magazyny, stara fabryka i cegielnia, które potencjalnie mogły dostarczyć nam duży zapas wrażeń. Oczywiście to, że zabraniano nam tam jeździć, właśnie było najbardziej kuszące. No i w końcu dzięki łamaniu zakazów nauczyłem się jeździć na motorze, może jeszcze nie po pijanemu bo mimo oczywistego zakazu picia, do alkoholu jakoś nas wtedy jeszcze nie ciągnęło. Oczywiście każdy z nas dzieciaków spróbował kiedyś alkoholu i to nawet tego wysokoprocentowego ale nikomu nie przypadł on jeszcze wtedy do gustu. Dla niejednego z nas niestety nastąpiło to później. Nawet gdybyśmy w nim posmakowali, to jednak kwestie finansowe miałyby tu pewien zasadniczy wpływ bo kieszonkowe było z reguły skromne, a jak się okaże za chwile, bywały ciekawsze rzeczy, na które można było wspomniane kieszonkowe przeznaczyć. Oprócz umiejętności jeżdżenia na motorze, dzięki lekcjom kolegów, nauczyłem się również jeździć konno, co też było nie lada atrakcją choć ja jednak i tak zawsze wolałem motor. Tak czy owak, pobyt na wsi, był dla mnie okazją do poczucia większej niezależności niż ta, którą miałem w mieście bo tutaj, nikt mnie nie kontrolował przez dużą cześć dnia i robiłem wraz z innymi dzieciakami rzeczy, na które mięliśmy ochotę. Na przykład, któregoś razu uznaliśmy, że przednią zabawą a może lepiej misją byłoby zburzyć komin w starej cegielni, po prostu zwalić go tak, jak się to robi z wielkimi starymi drzewami, które wycinał czasem dziadek z moją skromną pomocą. Budynek, a raczej kompleks budynków starej cegielni zajmował dość sporą przestrzeń, mniej więcej jakiś hektar. Wszędzie walały się tam stare pokruszone cegły, jakieś rupiecie, taczki, deski, stare zardzewiałe maszyny, okien już nie było, bo ktoś najpierw powybijał szyby a potem powyjmował drewniane ramy, pewnie w celu ich spalenia w zimę i ogrzania swojego domu bo paliło się wszystko, co dawało ciepło. Na wsi nic się nie marnowało i dlatego w piecach lądowały także zużyte opony, stary olej, wszelkie plastiki, tak więc wieczorową porą często unosił się nad okolica niezły smród. Budynki cegielni stanowiły kompletną ruinę, już nic nie można było stamtąd ukraść, oprócz cegieł oczywista ale tego widać nikt jakoś na razie nie potrzebował. I dobrze, bo dzięki temu, my mieliśmy ciekawe miejsce do zabawy, oczywiście nikt z dorosłych nie wiedział, że tam się bawimy a zwłaszcza w burzenie dziesięciometrowego komina. Kiedyś wisiała tam jeszcze tabliczka „Zakaz wstępu. Grozi śmiercią” ale ktoś ja zdjął. W celu zburzenia komina, wyposażyliśmy się w duże młotki i dłuta i przez kilka dni jeździliśmy do cegielni i pracowaliśmy z zapamiętaniem i w końcu dzieła dokonaliśmy, wybijając u nasady komina tą krytyczną cegłę, która przesądziła, że komin przechylił się nieodwracalnie i runął w dół z wielkim hukiem, wzniecając tumany pyłu tak, że nic nie widzieliśmy, póki nie opadły. Później, kiedy emocje opadły zdaliśmy sobie sprawę, iż wraz z jego upadkiem, straciliśmy jednocześnie pewien atrakcyjny i trudno dostępny element naszych przygód. Bo oto leżał on pokonany u naszych stop, rozsypany w drobne kawałki. Tym samym dotarło do nas, że jeszcze niedawno planowaliśmy przecież, że kiedyś wejdziemy na niego by pooglądać okolicę z wysoka ale teraz już było za późno. - szkoda - pomyślałem ale cóż było robić, przynajmniej było trochę hałasu. Oczywiście nigdy nie przyznaliśmy się, że to my go zburzyliśmy choć było głośno wokół tej sprawy. Niezmiennie przez lata trzymaliśmy zmowę milczenia. Kiedy nie było już komina, wymyślaliśmy inne zabawy. W okolicznych lasach robiliśmy szałasy, a i przy okazji niezłe spustoszenie, karczując pomniejsze drzewka wykorzystywane później do konstrukcji ścian czy podłóg naszych kryjówek, stawianych nie tylko na ziemi ale także i wyżej na gałęziach drzew. Taki szałas na wysokości dawał większe bezpieczeństwo no i mogliśmy kontrolować teren z góry. Czasem do naszej kryjówki wciągaliśmy nawet rowery na linach. Kiedyś zrobiliśmy tamę na małej rzeczce, aż woda wylała się na drogę. I tym razem udawaliśmy niewiniątka, dzięki temu dorośli zrzucili całą winę na okoliczne bobry. Wiele podobnych psot i zabaw wymyślaliśmy spędzając wakacje na wsi. Ale nie tylko to nas wówczas zajmowało w naszym wakacyjnym świecie, bowiem były też i dwie kobiety - Magda i Lucyna. Ta pierwsza to była nasza wspólna platoniczna miłość, na którą wszyscy czekaliśmy cały rok, choć nie przyznawaliśmy się do tego przed sobą, by wreszcie w okresie wakacji znów móc ją spotykać. Mieszkała na stałe na wsi w jednym z sąsiednich domów tak, że często podczas lata widywałem ją nawet z mojego podwórka. Była wyjątkowo ładną blondyneczką z długimi włosami i błękitnymi oczami. Trochę skryta, tajemnicza i wyjątkowo niedostępna. Nie sposób było nie zwrócić na nią uwagi. I jeśli ta pierwsza z dziewczyn była uosobieniem czegoś nieosiągalnego, wręcz mistycznego to druga – Lucyna – uosabiała ciało, pokusę i grzech. O Magdzie niewiele mógłbym powiedzieć bo i niewiele przez te wszystkie lata miałem z nią wspólnego, mimo, a może właśnie dzięki, uczuciu, jakie zawsze do niej czułem. Inaczej sprawa się miała z Lucyną. Była od nas starsza o jakieś 3 czy 4 lata. Wówczas miała nad każdym z nas przewagę i nie mówię tu o urodzie ale o zwykłej sile, bo kiedy jest się dzieckiem przewaga fizyczna ma kluczowe znaczenie, wprowadza często prostą hierarchię, a Lucyna po prostu była większa i silniejsza ale akurat w jej przypadku, nie to było najważniejsze, ponieważ ona była dla nas ideałem kobiecości, choć my, co prawda dopiero mieliśmy się rozwinąć jako młodzi mężczyźni, a ona już była rozwiniętą, młodziutką kobietą, niczym piękny kwiat róży. Rzecz jasna, że mimo jej otwartego i spontanicznego usposobienia, czuliśmy jednak przed nią respekt. Podczas gdy Lucyna była dla nas przede wszystkim symbolem czegoś zakazanego i grzesznego, to Magdę kochaliśmy uczuciem czystym, ale kochaliśmy ją tęsknotą, bowiem była naszą boginią i jak na boginię przystało, zawsze była dla nas nieosiągalna. Lucyna, choć mieliśmy wtedy nie więcej niż 14 lat, była dla nas symbolem seksu i to nie tylko z racji swej pięknej figury ale i z faktu, że za pieniądze rozbierała się dla nas właśnie w starej cegielni. Za nią również tęskniliśmy ale to już był inny rodzaj tęsknoty. I właśnie na pokazy jakie nam serwowała nie było nam szkoda trwonić naszych skromnych funduszy. Zresztą w tym czasie byliśmy skłonni zapłacić każde kieszonkowe, by móc, co jakiś czas, popatrzeć na spektakl, jaki dla nas tworzyła. Kiedyś myślałem, że robi to tylko właśnie dla nich - dla pieniędzy, jednak później zrozumiałem, że nie tylko o to chodziło, że ona także lubiła pokazywać się nago, to ją podniecało, lubiła mieć swoją publiczność, nawet taką mizerną i młodą, jak my wówczas. Tańczyła dla nas, i w tym tańcu między czerwonymi murami starej cegielni, zdejmowała z siebie całe ubranie, tak żeby pokazać nam to wszystko, czego teoretycznie w naszym wieku jeszcze nie powinniśmy oglądać tym bardziej w naturze. Kiedy później o tym myślałem, zdałem sobie sprawę, że już jako dorosły człowiek widziałem o wiele więcej, i za większe pieniądze, to jednak te rozbierane sesje z Lucyną w roli głównej, oglądane w ścisłej tajemnicy przed światem, były czymś, co wywarło na mnie największe wrażenie. Miałem co prawda w tych czasach zeszyt w czerwonej okładce z nagimi kobietami, który skrupulatnie uzupełniałem o nowe okazy i oglądałem go wspólnie z chłopakami ale to był przecież tylko zeszyt i zanim Lucyna zatańczyła przed nami pierwszy raz, w najskrytszych marzeniach nie przypuszczałem, że tak szybko stanę się widzem obrazów znanych mi jedynie z jego kartek. Z Lucyną zaczęło się tak. Naszą cegielnię odwiedzaliśmy często, choćby tylko po to, żeby przejechać przez nią na rowerach, pojeździć po pustych zakamarkach budowli, poustawiać sobie różne przeszkody, skocznie i tym podobne a potem, jak się nam już to nudziło pomknąć gdzieś dalej. Oczywiście szwendaliśmy się po piętrach i trudno dostępnych zakamarkach, co istotnie czasem groziło, jeśli nie śmiercią to na pewno upadkiem z wysoka. Tego dnia chcieliśmy tylko wstąpić tam na parę rowerowych rundek po wertepach i pojechać później na piaski, gdzie bardzo ciężko się kręciło pedałami brnąc przez szeroką piaszczystą drogę ale o to właśnie chodziło by przejechać przez nią bez zatrzymania. Jednak tego dnia na piaski już nie dotarliśmy. Coś zatrzymało nas w cegielni a raczej ktoś – Lucyna. Kiedy jadąc we trójkę na rowerach, to znaczy ja, Marcin i Janusz, zbliżyliśmy się do zabudowań cegielni, zobaczyliśmy, że do kompleksu weszły jakieś dwie osoby. Nie byliśmy wówczas z tego faktu zadowoleni, jednak podjechaliśmy bliżej, starając się być ciszej, tak na wszelki wypadek, gdyby to był ktoś starszy, bo czasem starsi chłopcy ze wsi szukali tylko okazji żeby nas pobić. Byliśmy przecież z miasta a to już wystarczało żeby na nas krzywo patrzeć, a od tego do pierwszej krwi było już nie daleko. Wjechawszy na teren poprzez wyłom w betonowym płocie, który znaliśmy doskonale i aż dziw, że nie my go tam zrobiliśmy, oparliśmy rowery o ścianę budynku. Cicho podeszliśmy do jednego z wielu otworów po oknach, jakie tam się znajdowały i zajrzeliśmy do środka w celu zlokalizowania intruzów. Nikogo nie było więc przesuwaliśmy się wzdłuż muru dalej aż w którymś pomieszczeniu, a rozkład znaliśmy na pamięć, zobaczyliśmy Lucynę i Michałka. Właśnie się całowali. A my przyczajeni przy murze patrzeliśmy. Michałek był chłopakiem ze wsi mniej więcej w wieku Lucyny i właśnie należał to tych, których się baliśmy. Był zadziorny ale i zabawny zarazem. Do tego miał potężne bicepsy, które zawsze nam imponowały i chcąc też mieć takie, chętniej pomagałem w pracach polowych, jednak nigdy nie dorobiłem się takich, jak miał on. On pewnie ciężko pracował od małego więc i siłę i mięśnie miał imponujące. Tym bardziej woleliśmy żeby nas tu teraz nie zobaczył, bo jeszcze nie wiadomo, co strzeliłoby mu do głowy. Byliśmy więc cicho i chcieliśmy zobaczyć, co będzie dalej. Michałek był odwrócony do nas tyłem, przywarł do ciała Lucyny, której plecy znalazły oparcie w nierównej czerwonej ścianie z cegieł, jakie stanowiły wszędzie tutaj tło, jak zresztą na cegielnię przystało. I nagle każdy z nas zobaczył jej oczy, które jeszcze przed chwilą były zamknięte, niby uśpione, nieobecne, a teraz w ułamku sekundy, z zaskoczenia wyłowiły nasze głowy sterczące zza muru i przykuły do siebie nasze zaskoczone spojrzenia wciąż patrząc z dumą i płonąc namiętnością. W tych oczach nie było ani cienia strachu i zaskoczenia a przecież nas musiały widzieć. To my byliśmy na tyle zaskoczeni, że nie zdążyliśmy nawet się schować i nasze głowy sterczały wciąż w tym samym miejscu. Oczy Lucyny na chwilę się zamknęły by za moment przeszyć nas tym samym uwodzicielskim blaskiem. Michałek nawet nas nie zauważył, nie rozglądał się, zresztą stał do nas tyłem, opierając Lucynę o ścianę. Przemknęło mi przez myśl - czy ona mu o nas nie powie? - ale kiedy znów przeszyła mnie tym swoim płonącym wzrokiem czarnych oczu, zrozumiałem, że ona właśnie chce żebyśmy patrzyli, że to jej się podoba. I moja intuicja okazała się słuszna a nam również się to przecież podobało. Lucyna zaczęła zdejmować ubranie, to z siebie, to z Michałka i niebawem oboje byli nadzy. Patrzeliśmy na nich przez cały czas, kiedy się kochali a Lucyna, co jakiś czas spoglądała na nas jakby chciała powiedzieć – patrzcie, czyż nie jestem piękna? Podobam się wam? Podziwiajcie mnie! - I istotnie była piękna w tych swoich kruczo-czarnych, długich, opadających na plecy włosach i bladych wydatnych piersiach, których nie opaliło słonce…