Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 17 min czytania

Wyprawa 3

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

John spał bardzo niespokojnie. W końcu, jeszcze przed wschodem słońca, obudził się na dobre. Wszyscy spali. Do jego uszu dochodziły wyłącznie odgłosy dzikiej przyrody. - „Jak wypadnie wyprawa na Bezimiennych? Czy Wana-Wana sobie poradzi? Czy Bezimienni są rzeczywiście tymi, za kogo ich uważają? Czy uda się odbić Kate? Jak ona teraz wygląda? Co robi?” – Myślał gorączkowo. Coś mówiło mu, że Wana-Wana miał zupełną rację we wszystkim, co mówił. Jednak strach o Kate przewyższał wszystkie inne uczucia i przypuszczenia. - „Czy oni rzeczywiście nie mordują kobiet? Czy Kate nic poważnego się nie stało? Jeśli nawet spotkała ją krzywda, na pewno nie cierpiała tak, jak Fred. Na pewno! Do cholery! Nie mogę tak rozmyślać! Muszę się trochę opanować. Będzie, co ma być, a negatywne myślenie może mi tylko przeszkodzić w działaniu.” – Zganił się John. Wysiadł z samochodu i zaczął przechadzać się po okolicy. Myślał, że otaczająca go przyroda zmniejszy choć trochę jego niepokój. Ciągle przed oczami miał Kate, a przez głowę przelatywał mu cały potok myśli. - Tak wcześnie wstajesz? – Pytanie wyrwało go z zamyślenia. To był Wana-Wana. - Beznadziejnie spałem. Śnił mi się Fred i Kate. Nie mogłem usiedzieć w samochodzie. – Stwierdził John. - Ja prawie w ogóle nie spałem. Musiałem obmyślić jaką taką taktykę wobec Bezimiennych. Ale to bardzo trudne zadanie. Najgorsza jest ich przywódczyni. Bez niej tracą większość mocy. Jeśli mielibyśmy z nimi walczyć, dobrze byłoby, gdyby ktoś z ukrycia zabił tę wiedźmę. Nawet kontakt wzrokowy z nią może być groźny, nie mówiąc już o podchodzeniu do niej. Możesz nie mieć do tych spraw należytego szacunku, ale ja ci mówię prawdę. Wy, Europejczycy, zaślepieni swoją cywilizacją, ufni w swą potęgę, nie macie wiary w sprawy niewidzialne i tajemnicze. – Powiedział z powagą wódz. - Czy żaden afrykański czarownik nie mógłby przeciwstawić się mocy tej kobiety? – Zapytał John. Wódz uśmiechnął się lekceważąco. - Prawda jest taka, że większość czarowników to po prostu niedouczeni oszuści. Umieją odprawiać różnego rodzaju ceremonie, bo są ich wyuczeni. Natomiast w walce z kimś takim, jak ta jędza, od razu są skazani na śmierć. Niejednego wykończyła już kilkoma słowami albo jakąś miksturą. Wierz mi. Kilku takich próbowało, ale zostali szybko pokonani. John zamyślił się głęboko. - Masz jakiś pomysł? – Zapytał z nieskrywaną rezygnacją. Wana-Wana wzruszył ramionami. - Mam, ale potrzebuję kogoś naprawdę zdeterminowanego, kogoś, kto będzie w stanie podjąć najwyższe ryzyko. Jak już ci mówiłem, chcę, aby ktoś na początku walki załatwił wiedźmę z ukrycia. - Mogę się tego podjąć. – Powiedział John – Mam pistolet, umiem strzelać, chcę za wszelką cenę odzyskać Kate i jestem wam winien wdzięczność za pomoc. Tylko gdzie powinienem się ukryć? - Już kilka razy się nad tym zastanawiałem i uważam, że musisz stanąć za baobabem. Plemię Bezimiennych mieszka na skraju tego fragmentu dżungli. Jeśli jakimś sposobem nie zdołasz ukryć się za baobabem, schowaj się po prostu gdzieś wśród gęstwiny. Podejrzewam, że nasza rozmowa będzie dla ciebie słyszalna. Gdy tylko wiedźma mi odmówi, ty ją zabijesz. Zgoda? – Zapytał wódz. - Zgoda. Zupełnie rozumiem. Tylko proszę: – kiedy wiedźma odmówi, zróbcie jakiś rwetes, żebym pozostał niezauważony. Mam nadzieję, że to wszystko się powiedzie. – Odparł chłopak. - Jesteśmy gotowi. Myślę, że poczekamy, aż się ściemni. Wtedy mój plan będzie miał większe szanse powodzenia. – Zawyrokował Wana-Wana.

Dzień ciągnął się niemiłosiernie. W końcu jednak nadeszła upragniona pora i plemię stawiło się na polanie. Na ich czele stał Wana-Wana. - John. Idź osobno i stań w miejscu, o którym mówiłem. – Powiedział i wprowadził plemię do lasu. Panowało kompletne milczenie. Grupa posuwała się prawie bezszelestnie. Na ich twarzach malowała się wściekłość i straszliwa żądza zemsty. John oddalił się, ale tylko na odległość wzroku. Dopiero, gdy Murzyni zaczęli szeptać, że są już blisko, odszedł i wszedł w gęstą dżunglę. Ogromny baobab był drzewem, którego nie dało się ominąć. John skrył się za nim, wystawiając głowę. Zobaczył ogromną polanę, na której wokół ogniska siedziało około siedemdziesięciu Mórzynów. Byli ogromni i tak czarni, że John miał trudności z odczytaniem wyrazu ich twarzy. Byli kompletnie nadzy. Ich przywódczyni stała dokładnie w środku całej grupy, przy ognisku. Miała czarną, ozdobioną niezrozumiałymi symbolami, skórę. Oczy i włosy też były ciemne. Suknię miała zrobioną z cienkiej, przypominającej wężową, skóry. John zobaczył Kate – klęczała u stóp przywódczyni. Była bardzo blada, ale nie wydawała się przestraszona, ani nawet zaniepokojona. Jej twarz i zmętniałe oczy nie zdradzały żadnych emocji. Była ubrana w białą, bardzo krótką sukienkę. Z uwagą słuchała słów kobiety. - Dobrze, że sobie poszli. Zniszczyli jednak bardzo wiele – żałuję,że nie wyrządziliśmy im większej krzywdy. Trochę potrwa zanim słudzy doprowadzą nasz dom do porządku. Powinnam stracić więcej tych białych niszczycieli, a szczególnie tego, który zniszczył moją komnatę. Nawet nie wiesz, Kate, jak piękna jest nasza podziemna kraina. – Mówiła kobieta. John nie miał czasu, aby przemyśleć to, co usłyszał, gdy na polanę wkroczył Wana-Wana, a z nim jego plemię. - Witam wszystkich Bezimiennych! – Zawołał wyzywająco. Kobieta odwróciła się do niego i zapytała z wyższością: - Kim jesteście, że w tak brutalny sposób śmiecie zakłucać nasz spokój? - Dobrze wiesz, kim jesteśmy. Oświadczam ci, że jeśli nie spełnisz mojej prośby, rozpoczniemy z wami wojnę. Żądam, abyście przestali pobierać od nas haracz i oddali nam dziewczynę, którą trzymacie w niewoli. – Odparł. Wybuchnęła śmiechem tak lodowatym i szyderczym, że Johnowi ciarki przeszły po plecach. - Rozumiem, że jesteście w zmowie z białymi! Nigdy nie zgodzę się na żadne żądania! Wszyscy zginiecie! Nie macie szans z Wielkimi Bezimiennymi! Możecie myć nam stopy w naszych podziemnych krainach – tyle może pozwolę robić nielicznym z was! – Wrzeszczała. Zapadła grobowa cisza. John liczył, że wódz podejmie walkę, aby odwrócić uwagę jędzy. Jednak słowa wiedźmy sprawiły, że przerażenie nie pozwoliło mu na jakikolwiek ruch. - No dalej! Na co czekacie! – Wrzasnęła przywódczyni, zanosząc się nieludzkim śmiechem. Porażeni strachem Murzyni stali jednak jak wryci. John przygotował broń do strzału i wychylił się bardziej. W tym momencie oczy jego napotkały wzrok wiedźmy. - Jeden ruch i po twojej Kate! – Krzyknęła. Zamarł. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że musi jakoś zareagować, musi osłonić Kate przed zaklęciami wiedźmy. Zerwał się na równe nogi i rzucił w dół, wprost na polanę. Przywódczyni pochyliła się nad Kate i zaczęła coś szeptać. John wpadł ma Kate, odrzucając ją w tył i oddzielając od kobiety. Ta jednak krzyknęła coś w niezrozumiałym języku i John upuścił pistolet. Stał teraz, zupełnie sparaliżowany. - Ty... Ty, właśnie ty, zniszczyłeś moją komnatę. – Powiedziała i uniosła ręce. Potok obcych i tajemniczych słów wydobył się z jej ust. Poczuł okropny ból, jakby ktoś rozrywał jego ciało na miliony kawałków. Nie mógł zapanować nad głosem – przeraźliwy wrzask wydarł się z jego gardła. Osunął się na ziemię. Wiedźma pochyliła się nad mim i szeptała dalej, wykonując nad nim dziwne figury. Świat przed jego oczami rozmazał się. Słyszał szept wiedźmy i walkę, która wreszcie rozgorzała. W końcu stracił przytomność.

Ktoś znowu coś nad nim szeptał w nienawistnym języku. Nie była to kobieta, ale mężczyzna. - „Bezimienni z pewnością wygrali i teraz mnie cucą, aby dalej torturować.”. – Niewyraźna myśl zaświtała mu w głowie. Usiłował otworzyć oczy, ale nie mógł. W ciemności słyszał tylko szept. Nagle usłyszał słowa wypowiadane w swahili. - Chyba z tego nie wyjdzie. Próbowałem wszystkich formuł i nic. Widzisz, jak wygląda. Do jego uszu dotarł szloch. Niejasno zdał sobie sprawę z tego, że to Kate. - Ale ja... Ale my... Ale jego rodzice... On nie może odejść... Nie chcę go stracić... – Dziewczyna wybuchnęła płaczem. - „Jezu! W jaki sposób im się udało wygrać? Muszę się jakoś pozbierać, choćby na chwilę!” – Pomyślał John. - Nie płacz. Podaj mi tamten kociołek.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%