Fantasy · 43 min czytania
Wyprawa do Liwont
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Obudził go ból głowy. Uchylił nieco powieki i rozejrzał się uważnie. Zapadał zmierzch. Leżał pod drzewem, okryty kocem obok ogniska, na którym piekł się zając. Przy pasie wyczuwał nóż, a także miecz, więc nie był bezbronny. Nie był też skrępowany. Naprzeciw niego siedziała dziewczyna obracająca rożen. W zasięgu jej ręki leżał miecz. Była spokojna, ale czujna. Ubrana po męsku : skórzane spodnie, w których ginęła koszula, a na niej sznurowany kaftan. Przy szerokim pasie przypięta pochwa z nożem. Buty wysokie do kolan, wiązane rzemieniem. Czarne włosy związane z tyłu w kucyk z krótką grzywką, kontrastowały z niebieskimi oczami i jasną cerą. Piękna - pomyślał. Spojrzał w bok skąd doszło go parskanie konia. Był tylko jeden i nie był to jego koń. - Jak wypadły oględziny? - pytanie nie zaskoczyło go. Uśmiechnął się w myślach, była bardzo czujna. - Nie narzekam. - odrzekł. - Jak widzę straciłem konia i sakwy, ale zyskałem opiekunkę. Wróg czy przyjaciel? - pomyślał podnosząc się na rękach do pozycji siedzącej i opierając o drzewo. Ręką dotknął głowy w miejscu skąd promieniował ból, natrafił na opatrunek. - Zdecydowanie przyjaciel. - Widziałaś tego kto mnie napadł? Zakładam, że to nie ty mnie ogłuszyłaś, a teraz zajmujesz się mną z sobie tylko wiadomych powodów. - Masz rację, to nie ja. Choć masz na to tylko moje słowo. Napastnik musiał usłyszeć, że się zbliżam, zabrał twego konia i uciekł. Nie zdążyłam mu się nawet przyjrzeć. - odrzekła podając mu kawałek pieczeni. - Jak się czujesz? - Poczuję się lepiej, kiedy już odleci ten dzięcioł, który rozłupuje mi czaszkę. Jestem Garf, a komuż to należy się wdzięczność za troskę o moją głowę i żołądek? - skinął głową dziewczynie. - I co ty tu właściwie robisz, nie jest to miejsce gdzie spotyka się zwykłych podróżnych? A tym bardziej takich, którzy bezinteresownie pomagają napotkanym nieznajomym? - Widzę, że ból nie pozbawił cię poczucia humoru - roześmiała się w odpowiedzi. Był to serdeczny, naturalny śmiech. - Na imię mam Lamia - dodała oddając ukłon. - Szukałam właśnie miejsca na nocleg, kiedy spomiędzy drzew wyskoczył na mnie jakiś zakapturzony człek na koniu, z drugim koniem uwiązanym do siodła. Minął mnie dość szybko, skrywając swą twarz, co wydało mi się podejrzane. Udałam się w kierunku, z którego nadjechał i znalazłam ciebie, leżącego ze świeżą raną głowy. Miejsce nadawało się na postój. Jednak biwakowanie obok krwawiącego, nieprzytomnego ciała nie przysparza apetytu, a i dzikie zwierzęta zwabić może. Nowego miejsca nie chciało mi się szukać, więc zostałam i przy okazji zadbałam o ciebie. Zresztą wyznaję zasadę : traktuj innych tak jak chcesz, by ciebie traktowano. Wstała i podeszła do uwiązanego nieopodal konia odprowadzana zachwyconym wzrokiem Garfa. Poruszała się miękko z kocią gracją. Z jej ruchów biła zwinność i siła. Obcisły strój podkreślał wspaniałe kształty jej figury. - Chyba jednak śnię. - mruknął Garf pod nosem. Wróciła niosąc koc. - Możesz spać spokojnie. Ja sypiam lekko i czujnie, więc nic nie powinno nas zaskoczyć. Sen dobrze ci zrobi. Dokąd się wybierasz? - spytała, siadając naprzeciw niego. - Do Liwont. - Jak masz zamiar tam dotrzeć bez konia? Będziesz łatwym celem dla zbójów grasujących w tym lesie, albo twego prześladowcy gdyby wrócił. - Rano pójdę na trakt i spróbuję przyłączyć się do jakiejś kupieckiej karawany. Ale, ale, nie powiedziałaś w końcu skąd się tu wzięłaś? Skinęła głową, jak gdyby zgadzała się z jego pomysłem na dalszą podróż. - Nie mogę dłużej zostać z tobą, ale rano wracam na drogę, więc możesz się ze mną zabrać. Właśnie wracam z Liwont, musiałam zawieźć tam pewną przesyłkę, a teraz jadę służbowo do stolicy, do Merthondy. W swych wędrówkach często używam mało uczęszczanych ścieżek. No dosyć tych wyjaśnień. I tak dużo ci powiedziałam. - Jasne. Każdy z nas ma swoje tajemnice. - odrzekł Garf. Przejrzał swój dobytek. Nie było źle, napastnik nie zdążył go przeszukać. Miał swój miecz, nóż w pochwie, kilka monet w kieszeni i swój medalion szczęścia na szyi. Nie rozstawał się z nim od chwili, gdy znalazł go w brzuchu złowionej ryby. Miał wtedy osiem lat. Na jednej stronie wytłoczona była twarz mężczyzny, a na drugiej wyryto jakieś słowa w języku, którego nie znał. Oblicze to także było mu nieznane, jednak gdy na nie patrzył, przypominał sobie dom, rodziców i swoje dzieciństwo. Niestety nie wszystkie wspomnienia były radosne. Niedługo po tym jak znalazł medalion, jego rodzice zginęli podczas napadu bandy rabusiów. Ponieważ dom i cały dobytek spłonął, a innej rodziny nie miał, zmuszony został sam zadbać o swój dalszy los. Przez pewien czas pozostał we wsi. Dobrzy ludzie pomagali mu zatrudniając do pomocy przy pracach w polu i obejściach. Jednak nierzadko zdarzało się, że chodził spać z pustym brzuchem. Postanowił opuścić rodzinną wieś. Udało mu się przyłączyć do jednej z kupieckich karawan podróżujących szlakiem przebiegającym nieopodal. Od tego czasu większość życia spędził w drodze. Podczas tych podróży przemierzył prawie całe królestwo i wiele się nauczył. Zaczynał jako chłopiec do wszystkiego : zajmował się końmi, pomagał rozładowywać i pakować towary, przynosił drewno na ogniska. Swoją pracą zarabiał na wyżywienie. Czasem dostawał jakieś stare ubrania po strażnikach czy kupcach. Jednak, gdy trochę podrósł i nauczył się pracować mieczem, został strażnikiem karawan. Nauczył się wtedy czytać, ale pisanie nie szło mu za dobrze. W końcu znudzony takim życiem, przyłączył się do jednej z wypraw poszukiwacza skarbów. Zajmowali się oni odnajdywaniem zaginionych skarbów po dawnych władcach, magicznych przedmiotów i ksiąg starożytnych magów. Wyprawy te często podejmowane były na zlecenia jakichś wielmoży, czy też magów, zdarzało się jednak, że poszukiwacze organizowali je samodzielnie. Czasem najmowano poszukiwacza do odnalezienia zaginionej osoby, lecz były to przypadki bardzo rzadkie. Była to praca ryzykowna i bardziej niebezpieczna od pilnowania karawan na szlaku, ale o wiele ciekawsza. Po kilku takich wyprawach poznał drugą część świata, w którym żył : ciemne zaułki, opuszczone zamki, lochy i groty, a także niedostępne góry i rzadko uczęszczane leśne ścieżki. Podczas nich nierzadko dochodziło do walk, czasem z konkurencją, czasem z różnego rodzaju strażnikami pilnującymi obiektu poszukiwań. Odbył nawet kilka wypraw sam, ale nie wszystkie zakończyły się powodzeniem, a cele jakie udało mu się osiągnąć nie przyniosły mu wielkich bogactw ani sławy. Położył się. Zasypiając miał przed oczami Lamię siedzącą przy ognisku. Gdy się obudził, Lamia krzątała się przy ognisku. Czuł się znacznie lepiej. Ból i szum w głowie prawie całkowicie ustały. - Cieszę się, że nie okazałaś się sennym marzeniem. - przywitał Lamię. Wstał i nieco chwiejnym krokiem poszedł się umyć do strumienia przepływającego nieopodal obozowiska. Gdy wrócił Lamia wręczyła mu kubek z jakimś ziołowym naparem. Wypił duszkiem. Język zdrętwiał mu na chwilę od cierpkiego smaku. - Wstrętne. Chciałaś bym zaniemówił? - spytał z udawanym oburzeniem. - Jak tam głowa, dzięcioł odleciał? - odrzekła z uśmiechem. - Odleciał. Czuję się wspaniale. - jednak słowa niezupełnie odpowiadały jego rzeczywistemu stanowi. - To dobrze, bo musimy już jechać. Przysypała ognisko ziemią, pozbierała swe rzeczy i ruszyła w stronę uwiązanego konia. - Wsiadaj, ja pójdę pieszo. - wskazała Garfowi siodło. - Nie trzeba, dam radę. Trakt przebiega niedaleko. Zastanowiła się chwilę. Pójdziemy razem. Koniowi przyda się jeszcze trochę odpoczynku. Przez ostatnie dni niewiele go miał, a przede mną jeszcze długa droga. Po niecałej godzinie dotarli do traktu. Lamia wskoczyła na swego wierzchowca. - Do zobaczenia, mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy i wtedy będę mógł się zrewanżować. - zawołał do odjeżdżającej wybawicielki. - Do zobaczenia. Uważaj na siebie. - odkrzyknęła. Usiadł pod drzewem na poboczu czekając na jakąś karawanę. Myślami cofnął się do początku tej historii, tzn. do przybycia nieznajomego do wsi Stryż, gdzie ostatnio mieszkał.
Był początek wiosny. Lód na rzekach już puścił, śnieg topniał, ale nocami mróz przypominał o sobie, skuwając kałuże i błoto powstałe w ciągu dnia. Garf stał przed kuźnią, w której pracował jako pomocnik, czekając na pojawienie się jakiegoś klienta. Nigdy nie należał do ułomków, a trudy życia znacząco wpłynęły na ukształtowanie jego silnego i wytrzymałego ciała. Roboty i zarobku nie było dużo. Jakieś drobne naprawy dla miejscowych wieśniaków, płacących zazwyczaj darami natury. Jednak czasem zdarzało się, że podróżni, zmierzający do odległego o pół dnia jazdy miasta Teran, potrzebowali usług kowala. W takich przypadkach można było zarobić trochę gotówki. Słońce chowało się już za horyzont. Garf znudzony kolejnym dniem bez roboty, ruszył do karczmy. Będąc w połowie drogi, usłyszał tętent kopyt - od strony Teran nadjeżdżał samotny jeździec. Garf zatrzymał się licząc na potencjalny zarobek. Po kilku minutach jeździec dotarł do wsi, podjechał do Garfa i zeskoczył z konia. - Witaj, Garf ! Musimy porozmawiać. - odezwał się przybyły. Garf zdziwił się. Choć kaptur skrywał twarz nieznajomego w półcieniu, był prawie pewien, że widzi ją po raz pierwszy, skąd zatem ów człek znał jego imię? - Szedłem właśnie do karczmy. Chodź ze mną, tam pogadamy. - zwrócił się do nieznajomego. Weszli do karczmy, przybysz skierował się do stołu stojącego w odległym kącie. Garf popatrzył za nim z zaciekawieniem. Niestety ani chód, ani sylwetka tamtego nic mu nie przypominały. Zamówił dzban piwa i poszedł w kierunku swego gościa. Usiadł naprzeciwko. Spoglądał na nieznajomego, usiłując nadal skojarzyć go z postaciami ze swej przeszłości. Twarz gościa była nieco dziwna. Wyglądał na człowieka w średnim wieku, jednak przenikliwe oczy wydawały się o wiele starsze. Od całej postaci biła jakaś siła, czy pewność siebie. Przypatrywali się sobie w milczeniu. Po chwili podszedł do nich karczmarz z dzbanem i dwoma kubkami. Kiedy się oddalił, Garf nalał i rzekł: - Słucham. Kim jesteś, skąd znasz moje imię i co cię do mnie sprowadza? - Możesz zwracać się do mnie Rons. Słyszałem o tobie, potrzebuję poszukiwacza. - przedstawił się nieznajomy i dodał ściszając głos - Chcę byś odnalazł dla mnie Grób Reffiego. Garf wypił swoje piwo wziął kubek i dzban i wstając rzekł do gościa : - Wybacz, ale chyba mnie z kimś pomyliłeś. Ja nie uganiam się za postaciami z opowieści dla dzieci. Piwo wypij na zdrowie, ja stawiam. - Czekaj. - Rons złapał Garfa za rękę. - Wiem gdzie jest Mapa. Garf usiadł z powrotem. Popatrzył znowu w twarz siedzącego naprzeciw niego. Znał się trochę na ludziach, jednak z tej twarzy nic nie dało się wyczytać. Wyglądało jednak na to, że mówi on całkiem poważnie i wierzy w to. Grób Reffiego - największego maga jakiego dotąd widziano na tej ziemi. Według opowieści przekazywanych z pokolenia na pokolenie miały się tam znajdować liczne skarby, a prócz nich artefakty magiczne i księgi z zaklęciami, których nie znali nawet dzisiejsi mistrzowie. Garf słyszał te opowieści od najmłodszych lat. Co pewien czas pojawiali się śmiałkowie, którzy pragnęli go odnaleźć. Jednak mijały stulecia, a poszukiwania nieodmiennie kończyły się fiaskiem. Jedynie kilku poszukiwaczy powróciło ze swych wypraw, ale nic nie znaleźli i niczego nowego się nie dowiedzieli, a o reszcie słuch zaginął. Kiedyś, nie wiadomo skąd, pojawiła się wiadomość, że istnieje mapa wskazująca miejsce pochówku Reffiego i zawierająca wskazówki do pokonania pułapek czekających na śmiałka, który chciałby tam dotrzeć. Opowieść o tym, jak Reffi przed śmiercią sporządził taką mapę, podzielił na cztery części i wysłał swych uczniów, by ukryli je we wcześniej wybranych miejscach, powtarzano w każdej wsi i mieście . Po powrocie z wyprawy uczniowie ci zostali zabici. W ten sposób mag chciał zapobiec ujawnieniu powierzonych im tajemnic, a człowiek siedzący naprzeciw twierdzi, że zna miejsca ukrycia części Mapy. Takiego zadania Garf miałby się podjąć, jeśli uwierzy w słowa swego gościa. Od kilkunastu lat nie słyszano o żadnym nowym poszukiwaczu Grobu i Mapy Reffiego. On miałby być następnym. - Dlaczego ja? - spytał Garf. - Jeśli wiesz kim jestem, to pewnie wiesz, że od trzech lat nie byłem na wyprawie. Czemu miałoby mi się powieść, skoro tylu innym, bardziej doświadczonym, się nie udało? I skąd pewność, że twoje informacje są prawdziwe? - Z tego co słyszałem o tobie wynika, że spełniasz część warunków, koniecznych, by odnaleźć Grób. - odparł zapytany. - Będziesz musiał spełnić również pozostałe, w przeciwnym wypadku poniesiesz klęskę, tak jak twoi poprzednicy, a może nawet zginiesz. Pewności co do Mapy nie ma i nie będzie, jeśli nie sprawdzisz tego, co wiem. Ten człowiek potrafi zaskakiwać - pomyślał Garf. - Czyżbym ja mógł odnaleźć to, czego szukało setki, a może tysiące ludzi przede mną? W czym jestem taki wyjątkowy? - Jakież to warunki spełniam i spełnić będę musiał dla wykonania zadania? I dlaczego sam nie zdobędziesz Mapy, skoro wiesz gdzie jej szukać? - spytał Ronsa. - Co do warunków, to porozmawiamy o tym w swoim czasie, jeśli zgodzisz się podjąć zadania. Nie mogę zrobić tego sam z kilku powodów, najważniejszy z nich to czas. Mam do załatwienia kilka innych spraw, równie pilnych i niezbędnych dla moich celów. Poza tym mówiłem już, że właśnie ty będziesz potrzebny do odnalezienia Grobu, więc postanowiłem nająć cię również do skompletowania Mapy. Samo odnalezienie Mapy byłoby wielkim osiągnięciem. To wpłynęło na decyzję Garfa. - Mam propozycję. Wyruszę po jedną z części Mapy. - rzekł. - Jeżeli twoje informacje będą prawdziwe i znajdę ją, wówczas porozmawiamy o wykonaniu reszty zadania. Znasz moje warunki : ponosisz koszty wyposażenia wyprawy plus mała zaliczka na niezbędne wydatki w drodze. Zgadzasz się? W odpowiedzi Rons wyjął dwie sakiewki i położył je na stole, jak gdyby z góry znał odpowiedź Garfa. - A więc zgoda. Wracając do sprawy, jak mam się z tobą skontaktować po powrocie? - spytał Garf chowając pieniądze. - Będę wiedział, że wróciłeś. Przyjadę tu. Teraz posłuchaj gdzie znajdziesz pierwszą z części Mapy. Po udzieleniu wskazówek, Rons wychylił kubek i wyszedł. Po chwili do uszu Garfa dotarł odgłos oddalającego się wierzchowca, unoszącego Ronsa do Teran. Garf zadumał się chwilę, a potem dopił swoje piwo i poszedł poczynić przygotowania do wyjazdu. Wyruszył następnego dnia wczesnym rankiem w kierunku przeciwnym do tego skąd przybył Rons. Jego celem była Świątynia Indry w Liwont.
Dzień był słoneczny i ciepły, co dobrze wróżyło wyprawie. Garf cieszył się, że znowu był w drodze. Dobrze było czuć pod sobą wierzchowca i stary miecz u boku, jadąc na spotkanie nieznanemu. Znudziła mu się już szara codzienność w wiosce. Przeżyje nowe przygody, przybędzie pewnie blizn, lecz lepsze to niż wystawanie przed kuźnią i popijanie kwaśnego piwa w wioskowej karczmie. Jechał powoli, rozkoszując się widokiem budzącej się natury. Pomyślał, że sam czuje się jak gdyby zbudził się ze snu zimowego. Roześmiał się, porównując się w myślach do niedźwiedzia opuszczającego swą gawrę. Uprzejmie witał chłopów na polach i kupców mijanych na drodze. Czuł się wolny. Po dwóch dniach dotarł do małego miasteczka Edach. Zatrzymał się w tamtejszym zajeździe na noc. Podczas spożywania kolacji miał wrażenie, że ktoś go obserwuje. Rozejrzał się ukradkiem, lecz nie dostrzegł niczego podejrzanego. Pewnie mi się zdawało - pomyślał. Zapłacił i poszedł spać. Wstał o pierwszym brzasku i po szybkim śniadaniu ruszył w dalszą drogę. Po kolejnych dwóch dniach dotarł na skraj lasu Oldwald, na którego północnym skraju leżało Liwont. Oldwald rozciągał się na przestrzeni wielu mil, sięgając na zachodzie do morza Olamskiego. Na wschodzie wchodził na stoki Gór Granicznych oddzielających królestwo Tuwaron, ojczyznę Garfa, od Mrocznej Puszczy. Na północy przechodził w Step Bawirski, za którym rozciągały się Pustkowia, kraina jałowa i pustynna, na której natknąć się można było ruiny miast opuszczonych przed wiekami. Podróż przez ten las nie należała do bezpiecznych. Kupcy musieli wynajmować zbrojne oddziały do ochrony swych towarów i życia przed napadami zbójów i dzikich zwierząt. Garf podczas swych wcześniejszych podróży wiele razy przejeżdżał przez Oldwald i znał kilka ścieżek, na których nie spotkał nigdy rozbójników. Z nich właśnie miał zamiar skorzystać w drodze do Liwont. Obóz na noc rozbił na skraju lasu. W pewnym momencie znów miał wrażenie, że jest obserwowany. Jednak uczucie to po chwili zniknęło równie nagle, jak się pojawiło. Tej nocy spał czujnie z mieczem pod ręką. Nic jednak nie zakłóciło jego snu. Rankiem przeszukał las wokół swego obozowiska, lecz żadnych śladów nie znalazł. Czyżby odzwyczaił się już od życia w drodze, czy też cel wyprawy wywoływał w jego umyśle ciągłe poczucie zagrożenia? Wsiadł na konia i wjechał między drzewa. Podczas jazdy obserwował ukradkiem otoczenie, ale nie zauważył niczego niepokojącego. Po kilku godzinach jazdy zatrzymał się przy strumieniu, chcąc zaspokoić pragnienie i napoić wierzchowca. Kiedy zsiadł, usłyszał świst, ale nim zdążył zareagować, poczuł uderzenie w głowę, upadł i stracił przytomność.
Czekał już kilka godzin. Zaczynało szarzeć, gdy wreszcie zobaczył zbliżające się wozy. Od karawany odłączyło się trzech jeźdźców i jechało w jego kierunku. Po chwili zatrzymali się przy nim. - Kim jesteś i dlaczego tu stoisz? - zapytał jeździec siedzący w środku, rękę trzymając na mieczu. Ubranie wskazywało, że jest ich przywódcą. - Nie poznajesz starych znajomych, Tergo? - odrzekł Garf. - Kiedy cię widziałem ostatnio nie byłeś taki ważny. Jeździec nazwany Tergiem pochylił się w siodle i przyjrzał dokładnie twarzy Garfa. - Garf? To naprawdę ty? Ile to już lat minęło, stary druhu? Co ci się stało w głowę? - zasypał go pytaniami zeskakując z konia. Padli sobie w ramiona ciesząc się ze spotkania. Radość Garfa była tym większa, że dzięki temu spotkaniu problem jego dalszej podróży został rozwiązany. Tergo, z którym pracował dla kilku karawan, na pewno nie zostawi go tutaj. - Tak to ja, jak widzisz znowu w drodze. - odrzekł. - Ktoś zapragnął mojego konia i pieniędzy, rozwiązując ten problem uderzeniem w głowę. Niestety nie wiem kto i gdzie jest teraz, ale szczęście mnie jednak nie opuściło, bo spotkałem ciebie. Chętnie dołączę do was jako członek ochrony, w zamian za wyżywienie i jakiegoś wierzchowca do jazdy. Wieczorem przy ognisku chętnie pogadam o starych czasach, ale teraz zjadłbym coś. - Myślę, że kupcy nie będą mieli nic przeciw temu, by nająć jeszcze jednego strażnika. - ucieszył się Tergo. - Wsiadaj ze mną na konia i wracajmy do wozów. Garf został przyjęty do oddziału strzegącego karawanę, dostał konia i gryząc kawałek suszonego mięsa ruszył wraz z karawaną w drogę. Celem podróży kupców także było Liwont. Jechali na doroczny jarmark wioząc wiele cennych materiałów i chętnie przyjęli jeszcze jednego człowieka, który potrafił radzić sobie z mieczem, o czym zapewnił ich Tergo. Podróż z karawaną trwała dwanaście dni i upłynęła w miarę spokojnie. Pewnej nocy zaatakowali ich zbóje, lecz gdy napotkali silny opór szybko wycofali się w las. Więcej ich nie niepokojono. Większość czasu Garf spędzał z Tergiem na wspominaniu wspólnych przygód i opowieściach o tym co robili od chwili rozstania. Powiedział mu, że pracuje teraz na zlecenie, nie zdradzając jednak celu wyprawy. Zaś Tergo opowiedział o częstszych, ostatnimi czasy, i bardziej okrutnych napadach na kupców. Bandyci nie zadowalali się już łupem, ale zaczęli mordować kupców i ich ochronę, jak gdyby dla zabawy. Po dotarciu na rynek miasta, Garf rozliczył się z kupcami, otrzymując za swe usługi konia, na którym jechał i kilka srebrnych monet. Pożegnał się z Tergiem i ruszył do karczmy, której właściciel był jego przyjacielem, gdzie miał nadzieję dowiedzieć się czegoś o Świątyni Indry. Kult bogini Indry swój złoty wiek przeżywał kilka stuleci temu, gdy istniało jeszcze królestwo Doren. Podczas obrzędów ku czci Indry składano ofiary z ludzi. Na ołtarze trafiali niewolnicy, skazańcy i jeńcy wojenni. Jednak kiedy jeden z kolejnych władców Doren został głównym kapłanem kultu, nastał czas terroru. Ofiarą mógł zostać każdy, los ten nie omijał nawet kupców i gości z innych dworów. Kres temu położyli ościenni królowie, najeżdżając Doren i obalając jego monarchę. Następnie podzielili królestwo między siebie, kult został zakazany a świątynie zburzone. Pomimo prześladowań wszyscy wiedzieli, że nadal istnieją ludzie oddający cześć Indrze. Jednak miejsce spotkań jej wyznawców było tajemnicą, a wiadomo, że karczmarze na całym świecie znają wiele tajemnic. Wprowadził konia do stajni, a sam wszedł do środka. Za barem ujrzał chłopaka, którego nie znał. - Podaj mi coś do jedzenia i butelkę wina. - odezwał się do chłopaka. - Gdzie jest właściciel? - Wuj poszedł na jarmark. Od wypadku rzadko staje za barem. - odrzekł młodzian. - Jakiego wypadku? - zapytał Garf. - W zeszłym roku, podczas pożaru starej stajni spadła na niego płonąca belka, która złamała mu nogę i poparzyła całe ciało. Garfa zasmuciła ta wiadomość, bardzo lubił wesołego i ruchliwego Swana. Wypił łyk wina czekając na przygotowanie posiłku. Po kilkunastu minutach do oberży kuśtykając wszedł Swan. Garfa ścisnęło w żołądku na widok przyjaciela.