Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 13 min czytania

Wyprawa po jeden dzień

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{font:impact}Rozdział 1: Miasto przy Prastarym Lesie{/font}

{font:verdana}W głębi lasu, pomiędzy drzewami, poza kręgiem światła zapalonego ogniska przebiegł jakiś cień. Być może zabłąkane, dzikie zwierze szerokim łukiem omijało tajemnicze postacie skulone przy ogniu, a może to wiatr mocniej poryszył zaroślami, które szeleszcząc dały takie wrażenie. Wędrowcy byli jednak zbyt znużeni całym dniem drogi, aby czujnie rozglądać się wokoło. Znajdowali się teraz w samym sercy Prastarego Lasu, gdzie niezwykle rzadko moźna spotkać ludzi. Niezbadany teren krył wiele tajemnic. Wszystkie informacje o istotach zamieszkujących tę ziemię pochodziły z dawnych opowieści osób, którym udało się żywym powrócić z wypraw w głąb lasu. Warto dodać, że niewielu młodych, żądnych przygód ludzi powróciło z tego miejsca. Większość zaginęła, a nikt nie miał wystarczająco odwagi, aby ich odszukać. Część historii wspominała o strasznych mieszkańcach tej puszczy. Są to istoty podobne do człowieka, o ohydnie pomarszczonej skórze koloru brudnej zieleni. Całe ich ciało pokryte jest guzami i ropiejącymi krostami. Szkaradne twarze zdobi dwoje żółtych oczu, a przy złowrogim grymasie, udającym uśmiech, można dojrzeć ich powykrzywiane, zczerniałe zęby. Jedna z wersji wspomina o metrowych kolcach wyrastających z grzbietów tych stworzeń, inna o nadprzyrodzonej sile zdolnej do wyrywania drzew razem z korzeniami, lecz w tym przypadku fantazja i strach autora wzięły górę nad jego rozsądkiem i wspomnieniami. W samym sercu tego pełnego grozy lasu, siedziało trzech wędrowców, otulonych w płaszcze. Próbowali ogrzac zmarzięte ciała przy ogniu. Prawie nie rozmawiali, zajęci wpatrywaniem się w skaczące płomienie, jakby liczyli, że ciepło przepłynie do nich z tym widokiem. W otoczeniu ciemnych, ponurych drzzew, których wierzchołki znikały w mroku, obraz ognia był bardzo radosny i krzepiący. Od kilku tygodni sroga, bezśnieżna zima straszyła wszystkie żywe stworzenia, futrzaste, opierzone, a także te, które wytwarzały okrycia ze skór innych zwierząt. Mróz nie ułatwiał wędrówki, która ze względu na dzikie, leśne bezdroża i tak była trudna. Podróżni codziennie przedzierali się przez gęste zarośla, a często ukształtowanie terenu zmuszało ich do zawrócenia i obejścia przekszkody na wiele kilometrów. Już cztery dni upłynęły odkąd wyruszyli ze swoich przytulnych domów położonych w małej miejscowości Catûn, na granicy lasu. Od zachodu, około stu metrów przed linią drzew, ogromny wał ziemny odgradzał domy od ciemnej gęstwiny. Wysokością dwukrotnie przewyższał człowieka. Kronika głosi, że przed wiekami, gdy pierwsi ludzcy osadnicy przybywali na ląd, jeden z władców, imieniem Giltor, wybrał miejsce, gdzie rzeka Lisa zagłębia się w lesie, na swoje miasto. Miała to być wielka metropolia, centrum ówczesnego świata, gdzie każy mieszkaniec mógł znaleźć kawałek ziemi dla siebie i wieść życie w szczęściu i dobrobycie. Po tym jak zbudowano pierwsze domy i pola wokół nich zostały zasiane, koszmar spotkał pionierów. Z ciemnego lasu, którego drzew ludzie używali do budowy swoich domów, wyłoniło się tajemnicze plemię. Kronika nic nie mówi o wyglądzie tych stworzeń, wspominając tylko, że każdy człowiek, który przetrwał spotkanie, drżał na wspomnienie tamtego dnia i nic nie chciał powiedzieć. Wszystkie domy zostały spalone, a wraz z nimi ludzie, którzy nie zdołali uciec na południe. Gdy władca, który w tym czasie wędrował po świecie, powrócił do miasta, objętego tak wspaniałymi planami, zastał tylko gruzy i popiół. Nieliczni, co bardziej odważni ludzie szukali wśród zgliszczy cennych przedmiotów. Domy odbudowano, a Giltor nakazał usypać wielki wał odgradzający miasto od przeklętego lasu. Dzień i noc czuwano, wypatrując kolejnego zagrożenia z ciemności drzew, lecz ludzie bardzo niechętnie osiedlali się w tym miejscu. Od czasu, gdy przestano zapuszczać się do lasu i ścinać drzewa na budowę, żadna kreatura nie wyłoniła się z cienia. Niestety pomimo tego, wymarzona metropolia pozostała niewielkim miasteczkiem. Od północy Catûn graniczył z rzeką Lisą, która swe źródła ma w Szarych Górach, ciągnących się długim pasmem od północy, aż po daleki wschód od miasteczka. Wał pionowym zboczem opadał ku korytu płynącej wody. Zaraz za usypaną ziemią stał rząd wysokich, dwupiętrowych domów o szpiczastych dachach pokrytych brudną, szarą cegłówką, która kiedyś prawdopodobnie miała kolor rdzawej ziemi. Budynki stały bardzo gęsto, a między nimi znajdowały się niewielkie ogródki, które były bardzo zadbane i kontrastowały ze starymi domami. Dawniej w tym miejscu mieszkali strażnicy, którzy pilnowali wału, ale od czasu Wielkiego Najazdu i upadku centralnej rady władców, budynki te zajmują Tułacze. Lud ten, któremu nazwę nadał człowiek, gdy przybył z Bezkresnego Morza, żył na lądzie od najdawniejszych czasów. Większość z nich do tej pory przemierza świat w poszukiwaniu mądrości. Tułacze bowiem są miłośnikami wiedzy i poszukują jej w naturze, a nieliczni osiedlili się wśród ludzi, aby studiować ich historię i zwyczaje. Podobno nie kto inny, tylko właśnie ci niestrudzeni poszukiwacze zdołali poznać tajemnicę pojawienia się człowieka na lądzie. Jakkolwiek by nie było, Tułacze nie dzielą się swoją mądrością z nikim. Bardzo rzadko rozmawiają z ludźmi, jak i wszelkimi innymi istotami obdarzonymi rozumem, traktując ich raczej opiekuńczo. Nietrudno to zrozumieć skoro człowiek nie dorównuje im ani wiekiem, ani wiedzą. Jeden tylko wyjątek od tego odiolowania mieszkał w Catûn. Na skraju miasta, w szpiczastym domku żył starszy mężczyzna, o długich, siwiejących włosach sięgających mu do ramion, które miejscami zachowały jeszcze młodzieńczy, czarny kolor. Wyglądem przypominał zwykłego człowieka i jedynie jego szare, promieniujące mądrością oczy mogłyby zdradzić, że posiada niezmierne doświadczenie życia. Był to Tułacz imieniem Mundo, który jako jeden z nielicznych utrzymywał znajomości z ludźmi tego miasta. Od kiedy tu zamieszkał, a było to zaraz po pokonaniu najeźdźców, wiele setek lat temu, często przesiadywał w gospodzie, rozmawiając z osobami, które tam spotykał. Oczywiście smutno mu było obserwować szybko przemijające życia ludzkie, lecz czerpał też dużo przyjemności ze słuchania ich opowieści i dawania rad wypływających z jego serca, a nie tylko wieloletniej mądrości. Od czasu gdy wybrał życie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%