Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 7 min czytania

Wyprawa po turkus

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Początki zawsze są trudne, czuliśmy to jak nikt inny. Pod naszymi butami zapadał się złoty piasek. Po kilku godzinach takiej wędrówki, każdy kolejny krok wymagał użycia siły woli. Nasze buty niszczały od ciągłego tarcia gorących drobinek. Bolały nas wszystkie mięśnie. Wszędzie wokół oślepiała nas świetlista upalna pustynia. Byliśmy już blisko celu, blisko nowo odkrytego złoża turkusu w Afryce. Co prawda w ambasadzie jakiś roztargniony mężczyzna w garniturze ostrzegał nas, że w kraju trwa teraz wojna domowa, ale nie raz już musieliśmy stawić czoła niebezpieczeństwu na wyprawach po kamienie. Takie życie nam odpowiadało i takie życie wybraliśmy dla siebie. Niestety nasz ekwipunek powoli się kurczył i gdyby nie ogromna góra, która przed chwilą wyłoniła się nam na horyzoncie na pewno już wracalibyśmy do obozu. Młoty, dłuta, stare cedzaki, dzwoniły teraz częściej obijając się o siebie w plecaku. Nasze żyły wypełniała adrenalina. Popatrzyliśmy na siebie. Szare oczy mojego towarzysza wypełniły się niezwykłym blaskiem. W półuśmiechach na twarzach, spoceni, zbliżaliśmy się coraz bardziej do majestatycznej góry pustynnej na szczycie, której beżowi ustawili wysoko osłonięty obóz z rozstawioną dookoła strażą. Pod stromą górą od strony północnej poustawianych było kilka budek przykrytych białymi materiałami, które dawały właścicielom upragniony cień. Tu można było kupić wykopany turkus, ale wiedzieliśmy, że na górze będzie o wiele tańszy, niż ten wystawiony przez chciwych sprzedawców. Z kilku stoisk turkus uwodził nas jasnym błękitem, świecącym w blasku rozproszonego miękkiego światła, umacniając naszą decyzję wejścia po niego na sam szczyt. Stojąc przy jednej z takich budek próbowaliśmy kupić konia. Tubylcy patrzyli na nas nieprzychylnie, głośno wypowiadając między sobą jakieś sekwencje, których nie chcieliśmy rozumieć. Kupiec, z którym próbowaliśmy się dogadać na migi patrzył na nas mrużąc oczy z otwartymi ustami, pokazując przy tym swoje poczerniałe zęby, karmione regularnie dymem z papierosów. Jego młody pomocnik, najpewniej syn zasypywał staruszka niespokojnymi słowami. Kupiec w końcu uciszył młodego ręką i odpowiedział nam łamaną angielszczyzną, z czego zrozumieliśmy, że zwierzęta nie chcą z nami iść. Dwa konie, które miał przywiązane do budy rzeczywiście zrobiły się bardzo niespokojne. Jeden z nich rżał i próbował wyrwać się z uprzęży. Jego szalone oczy zaczęły ukazywać białka w obłędzie. Koń kopnął kopytami w pałąk od budy i wyrwał się z niewoli stwarzając przy tym nieprzyjemny zgrzyt metalu. Buda runęła wzbijając przy tym tumany kurzu. W rękach starca o zniszczonych zębach natychmiast pojawił się długi karabin. Wokół zrobiło się zamieszanie. W jednej chwili inni kupcy także wyciągnęli broń celując w nas zdezorientowani. Strach podszedł nam do gardeł. Na szczycie góry także zrobiło się jakieś zamieszanie. Nagle usłyszeliśmy ogłuszający strzał. Błagałam w duchu, żeby to nie był celny strzał. Szalony koń zwalił się ciężkim cielskiem na ziemię kilka metrów od

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%