Przygoda · 12 min czytania
„Wyprawa po wąskiej ścieżce czasu na polach
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
„Wyprawa po wąskiej ścieżce czasu na polach przyjaźni.”
Twardą wiosnę 69 roku przepiliśmy przy dźwiękach Beatlesów. Z uczciwym dla siebie przekonaniem, nikt nie zamierzał ciągnąć tak dalej, lecz szukając alternatyw zawsze wracaliśmy do mokrego punktu wyjścia. Z pocieszającym „jeszcze nie jest źle” unosiliśmy trawę poprzez wiatr, kierujący nas w szum zapomnienia. Był to szczęśliwy czas, „te wszystkie brudy z dala od nas”.Z przekonaniami i nie do złamania. Pełno kumpli, jeden przyjaciel a do tego sajkowaty Brat, codziennie wiernie czekający w domu wraz z Czaczą i ochotą na filozoficzną konwersację przy browarze. Arturek biorąc leki na schizofrenie, pił przez rok średnio sześć browców dziennie, co zaprowadziło jego wątrobę do szpitala. Na dzień dzisiejszy nie może pić wcale, jeśli chce uniknąć bólu. Tylko, co jest większym bólem? Pić czy nie pić? Moja chora mama mawiała: „Nie pij tyle wina synku, bo skończysz jak Jezus. Zamieniał to wino, zamieniał i potem zamiast wina krew kapała z ust.” - Spoko Mamo moje picie to nie alkoholizm, to rodzaj medycyny. Miałem ok. 18 lat, kiedy słońce w głowie świeciło najjaśniej. Z Ciną rozumiałem się politycznie niepoprawnie. Wyluzowanie, które oboje wprowadziliśmy sobie do dusz to ewolucja Darwinowska pomnożona z pojebaniem Tarantinowskim przez zwałe Monty Pythońską. Siedząc na „przypompowni”, jak nazywaliśmy biały budynek z krawężnikiem pod dupę i dachem przeciwdeszczowym, odwiedzał nas często „Leszek” lub „Mysje Cavalier”. Wpożo kolesie, najbliżsi kumple. Biała ściana z tytułem naszej książki „Dążąc Zostawiamy” podsłuchiwała każdego wieczoru rozmowę dającą satysfakcje gwarantowaną.
Kukol: - Patrz, tak myślałem sobie, że za jakiś czas podliczymy całą kabonę jaką razem przejbaliśmy, oddamy sobie długi i zapomnimy o naszej przyjaźni. Cina: - Nie. To ja mam lepszy motyw, może policzymy całą kasę jaką wydaliśmy, oddamy sobie ile tam trzeba oddać i powiemy sobie fuck off! Kukol: - Nie, no, chujowy pomysł na maxa - przerwa na chwile czystego śmiechu i ciągnąłem dalej –Hmmm... Mam ochotę coś odjebać. Cina: - Tylko co? Kukol: - Hmmmmm...najebka? Cina: - Nie, nie, nie...yyy, nie, nie, nie, nie, nie....Ale w sumie... Nie, to bezsensu jutro idę na rano, a po tych tabletkach od Arturka, pierdole podnoszenie sobie powiek rano, żebym mógł widzieć ten pojebany świat. Kukol: - Ale nie będziemy żreć tabletek. Czysta najebka. Cina: - Nie, na serio chce się wyspać. Kukol: - No spoko, ja w sumie też nie mam ochoty i kabone by trzeba zakręcić i taki kawał do BLM-u i ogólnie ścieranie się... Ale jak coś to daj cynk.
Cina: - Spoko. Masz jeszcze jakiś pomysł? Kukol: - Nie wiem właśnie jeszcze, ale na pewno coś się wymyśli - wstałem lekkim krokiem, przeszedłem po wzniesieniu ponad ulicą przypatrując się ciemnej okolicy w oczy - Byle co do chuja, byle co.... Cina: - Po ostatniej takiej ochocie spałeś na dachu klatki, więc myśl kurwa szybciej, bo zaraz spierdalam do nory. Kukol: - Mam!!! Choć tu!!! - pokazałem mu ognisko palące się na naszych górkach - tam, widzisz? Zawsze tam ogniska robią Kolara i Sopki idziemy ich postraszyć jakoś. Cina: - Jesteś pewny, że oni tam będą? Kukol: - No raczej, sami mi mówili ze wykopali po to dół i że robili tam ostatnio ognisko. Cina: - Zajebiście. Kukol: - Zajebiście, zajebiście, bym nawet powiedział - Uśmiech się przybłąkał. Cina: - Dobra idziemy zanieść piechy i zobaczymy co da się zrobić.
Część 22 / 2
Rozdział 2
Poszedłem, do chawirki i usiadłem na kiblu. Wiedząc, że trzeba dodać jakiejś przyprawy do tej miałkiej prowokacji uruchomiłem resztki czarno-szarych komórek. Nie wiem jak wpadłem na pomysł denaturatu...Ale wpadłem. Śmiejąc się na głos i kończąc, co miałem do skończenia, ubrałem spodnie i szybko do kuchni po zapałki i denat. Wychodzę na klatkę a tam już Cinka czeka z zimnymi ogniami. - Wziąłem Denat i po robimy naokoło nich ogniska, będzie ubaw. - Zajebiście ja mam takie... so, zobaczymy co z tego wyjdzie. - Poczekaj skoczę jeszcze po kamerę. Szliśmy po ciemku do świecącego punktu na samej górze wzniesienia, gdzie nie opodal był malutki lasek a z drugiej strony pole maków. Betonowa droga prowadziła do celu, ale by obrać najlepszą pozycje skręciliśmy na glinianą ścieżkę. Pochyleni jakieś sto metrów od bawiącej się grupy, nasłuchiwaliśmy wrzasków. Zacząłem się zastanawiać czy to Sopki i Kolara, ale mówię sobie, „czy to ważne”. Cinka do mnie: - A jak to nie są oni? - Będziemy udawać, że to nie my. - Dobra polewamy tu i strzała tam w bok jak najszybciej. - Ok. poczekaj włączę kamerę... Ok. podpalaj Łuna ognia nie wybuchła gwałtownie, bo trawa była lekko zwilżona, ale to dało nam czas na ucieczkę. W bezpiecznej odległości kręciliśmy jak chłopaki przybiegli gasić ognisko, krzycząc: - Świecie*!!!!!!! Jakie Świecie!!!!!!!!!!!!! Śmiech z naszej strony był wyjątkowo ciężki do utrzymania. Adrenalinka już podnieciła. Już było fajne. Dzień inny od innych, to najważniejsze. Świecie* - Miasto w województwie Bydgoskim słynące z zakładu dla psychicznie chorych. To właśnie tam Arturek spędził miesiąc po wybuchu psychozy. Nie dość, że zakład dla sajkowców to jeszcze do tego zakład celulozy, nadający miastu niesamowity smród. Ogólnie Świecie.
Kiedy zgasili nasz płomień radości, odczekaliśmy chwilkę by przenieść się w nowe miejsce. Oczywiście podpaliliśmy trawię przy której leżeliśmy, by zostawić znak po sobie jak to my psy zwykliśmy palić mosty. A kiedy chłopaki gasili, byliśmy już obok płotu, którego przeskoczenie dawało wolny teren na „Hydro”, czyli wielki obiekt z wodą na całe osiedle, obsypany metrową warstwą ziemi. Miałem jakieś 9 lat jak się bawiłem przy koparkach tej budowy. Swieży…