Inne · 7 min czytania
Wysokie obcasy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Od czasu, kiedy przekroczyłam wiek magicznych szesnastu lat, jedynym obuwiem, jakie nosiłam na niskim obcasie były adidasy lub tenisówki na lekcji wychowania fizycznego, lub treningu siatkówki. Niestety, nie jestem specjalnie wysoka i aby optycznie wyglądać na wyższą moje obuwie do codziennego użytku, jak też obuwie świąteczne zawsze mają obcas wysokości, najmniej pięciu centymetrów. Zresztą co by nie mówić, lepiej czuję się na wysokich obcasach, no i lepiej wyglądam.Moja mama zawsze mi mówiła, że to się kiedyś źle skończy. No właśnie zawsze mówiła, aż w końcu jak to się mówi „wykrakała”. Było to w drodze do miejskiej biblioteki, nie wiem czy dziura w chodniku, czy może wystający kamień, dość, że tak pięknie padłam na glebę, że aż zadzwoniło mi w uszach. Kiedy się ocknęłam ujrzałam przed sobą piegowaty nos zatroskanego mężczyzny i kilka osób, które przyglądały się zdarzeniu. Mężczyzna próbował pomóc mi wstać, ale okazało się to niemożliwe, ból w lewej nodze był tak silny, że łzy zakręciły mi się w oczach. Oboje jednocześnie spojrzeliśmy na moją stopę i widok jaki ujrzeliśmy nie pozostawiał wątpliwości, albo skręcenie, albo złamanie, opuchlizna rosła z sekundy na sekundę. Mężczyzna poprosił o pomoc i już we dwóch zanieśli mnie do samochodu. Musiałam mieć nietęgą minę, bo mój dobroczyńca starał się mnie uspokoić, mówiąc, że zawiezie mnie do lekarza. Poczułam ulgę, ale obawy pozostały, co będzie jak... ??? i tysiące złych myśli, oraz ostrzeżeń rodziców zaczęły mi tańczyć po głowie. Niestety nie miałam jak uciec, noga bolała przeokropnie. Na szczęście, mężczyzna okazał się prawdziwym dobroczyńcą i zawiózł mnie do szpitala, tam nie odstępował mnie na krok, jakby bał się, że lekarze zamiast mi pomóc, to jeszcze zaszkodzą. Kiedy na korytarzu czekaliśmy na wynik prześwietlenia, zapytał o telefon do mojego domu i sam z własnej inicjatywy zawiadomił o wypadku moich rodziców. Dzięki temu dowiedziałam się, jak ma na imię i jak się nazywa, a przyznam szczerze, że coraz bardziej chciałam to wiedzieć, rzadko spotyka się kogoś, kto tak bezinteresownie pomaga innym. Przecież to nie była jego wina, że zaliczyłam ten upadek. Andrzej, był ze mną aż do przyjazdu rodziców, potem jak mi się wydawało pojechał, a ja nawet nie zdążyłam mu podziękować. Po jakimś czasie lekarze przynieśli zdjęcie mojej nogi i niestety zaordynowali pobyt w szpitalu i małe ustawienie kości, które troszkę się poprzesuwały. Kiedy obudziłam się z narkozy, byli przy mnie rodzice, oznajmili mi, że jest jeszcze ktoś, kto chce się ze mną przywitać. Gdy opuścili pokój, w drzwiach stanął mój "ratownik", a ja w końcu miałam okazję podziękować mu za okazaną pomoc. Nie został ze mną długo, bo po narkozie nie byłam specjalnie rozmowna, ale obiecał, że jeszcze do mnie wpadnie. Dotrzymał słowa i dni w szpitalu, były dniami, które bardzo zmieniły moje dotychczas spokojnie biegnące życie. Kiedy po kilku dniach, wypisano mnie ze szpitala, Andrzej stał się częstym gościem w moim domu, a kiedy zdjęto mi gips to właśnie on jeździł ze mną na rehabilitację do szpitala i to właśnie on zaczął odbierać mnie z pracy. Po jakimś czasie zorientowałam się, że zaczynam czekać, aby zadzwonił, aby przyszedł a kiedy się zjawiał serce zaczynało walić jak dzwon i oddech stawał się szybszy. Dość szybko zaczynałam rozumieć co to znaczy, ja się po prostu zaczynałam zakochiwać w swoim ratowniku. Coraz częściej o nim myślałam,