Fantastyka · 24 min czytania
Wyspa pod gwiazdami
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Przemęcza się pan kapitanie. Steven przestraszony wyrwał się ze snu i podniósł głowę znad klawiatury. Choć głos zdawał się brzmieć miękko i przyjemnie, wyraźnie słychać było jego bezosobowość. Cały sztab mądrych głów uznał, że delikatny, lekko kobiecy ale niedookreślony sopran ze śpiewnym słowiańskim akcentem to wybór najlepszy z możliwych. Steven ostatnio wyrobił sobie całkowicie odmienne zdanie – przechodziły go ciarki ilekroć słyszał ten głos. - Poradzę sobie, komputer. Lepiej przyspieszyłbyś pracę nad próbkami badań. – Steven skrzywił się widząc na ekranie ślamazarny postęp w badaniu skał zebranych na Merkurym - Staram się jak mogę. Pracuję na pełnych obrotach. Zresztą, te wyniki wcale nie są naglące. Równie dobrze będzie można je opracować na Ziemi – odparł głos. – A na imię mam Jory. Ustalone było że tak się powinien pan do mnie zwracać. - Dobra, dobra Jory. – Steven ciężko wstał od biurka i przeszedłszy przez niewielką kabinę zwalił się na łóżko. – Nie budź mnie więcej. - Jak pan sobie życzy. – Głos komputera zlał się z miarowym szumem pracujących urządzeń statku. Steven po raz niewiadomo który zastanowił się co za idiota wymyślił aby urządzeniu nadawać imię. Do tego tak głupie. Ale te nic nie znaczące myśli nie zaprzątały długo głowy pilota i już po chwili spał kamiennym snem. * * * Po raz kolejny Steven stąpa po kamienistym podłożu Merkurego, pocąc się mimo klimatyzacji w skafandrze. Bynajmniej nie z powodu wysokiej temperatury, ale z samego strachu przed Słońcem, choć ono jeszcze na dobre się nie obudziło i kosmonauta miał trochę czasu zanim wystawiłby się na jego palące oblicze. Po lewej stronie stoi statek, którego ziejący czernią otwarty właz zachęca do schronienia się w chłodzie. Z drugiej strony, dużo bliżej, rozłożony jest sztywny namiot powleczony warstwą chroniącą przed żarem. U jego wejścia stoi Greg i ruchami ręki ponagla przyjaciela do skrycia się wewnątrz. Steven patrzy na rozjaśniającą się linię horyzontu. Wie, że nie zdąży dobiec do statku przed wschodem Słońca, ale mimo to, rusza właśnie w tamtym kierunku, ignorując oferującego pomoc kolegę. Sam nie wie dlaczego. Zaledwie kilkadziesiąt metrów dzieli go od statku, gdy zza horyzontu wynurza się Helios w całej swej boskiej okazałości, zalewając świat potokiem śmiercionośnego ognia. * * * Steven nie sprawdził ile czasu spał. W podróży w ogóle nie liczył mijających godzin i dni – na całym statku jedynie komputer mógł podać dokładną datę i godzinę, ale jedyny pasażer nigdy nie pytał. Niewiedza była lepsza niż przyprawiające o szaleństwo powolne odliczanie dni do powrotu. Przynajmniej tutaj zgadzał się z psychologami z NASA. - Według moich obliczeń najwyższy czas położyć się spać, kapitanie. - Co ty pieprzysz idioto, dopiero co wstałem... – zamruczał pod nosem Steven, choć doskonale wiedział o co chodzi. Nie sposób było wymagać, aby człowiek przeżył samotnie w pustce kosmosu trzyletnią podróż tam i z powrotem na Merkurego, i nadawał się po powrocie do czegoś więcej niż posadzenia w ogródku jako ozdobna roślinka. Aby temu zapobiec Steven co dwa, trzy dni szpikował się tajemniczymi farmaceutykami, obniżał temperaturę na statku i przy spowolnionym metabolizmie spał 18 do 20 dni. Oczywiście różniło się to znacznie od znanej mu ze starych filmów hibernacji, gdzie facet kładł się do lodówki zamrażającej go do zera absolutnego i spokojnie z niej wychodził pod koniec podróży. To byłoby zbyt proste. Steven miał całe ręce pobrużdżone nakłuciami igieł, a raz zdarzyło mu się zwymiotować przed snem, po zażyciu sterty pigułek. Ale w ten sposób przynajmniej skracał czas właściwej, świadomej podróży do około 100 standardowych dni ziemskich. Komputer za każdym razem przypominał aby nie przekraczać dawki leków, ponieważ dłuższy niż dwadzieścia parę dni sen mógł spowodować “nie do końca znane, groźne konsekwencje”. Steven zignorowawszy uwagę komputera ciężko poczłapał w kąt kabiny, gdzie w łazience dokonał częściowo zupełnie zbędnych, lecz zabijających czas zabiegów. Dawszy sobie w końcu spokój z higieną, zjadł śniadanie i leżąc na łóżku skończył czytać kolejną pozycję z szybko kurczącej się kilkunastotomowej biblioteczki. Przez chwilę zastanawiał się czy nie zagrać z komputerem w szachy, ale dał sobie spokój. Przez cały dzień (już przyzwyczaił się do umownego podziału doby i ciągle tego samego, sztucznego światła na statku i czerni kosmosu na zewnątrz) Steven nie tknął nawet przyrządów naukowych, oprócz obowiązkowych codziennych badań własnego organizmu. Właściwie nie musiał tu robić nic, nie był jakimś wykwalifikowanym i genialnym naukowcem, a jego rola ograniczała się do delikatnych korekt lotu zgodnie z wytycznymi z centrum sterowania w Houston, pobytu na Merkurym i później obserwowania badań nad próbkami. Był udoskonaloną krzyżówką doświadczalnej łajki z superwydajnym automatem zbierającym próbki gruntu. Poza tym wysłanie człowieka na kolejną po Marsie planetę, wysforowało Amerykanów przed Chińczyków, nawet pomimo wpadki z zakładaniem stacji na Księżycu. Steven z uśmiechem przypomniał sobie pałającego dzikim entuzjazmem prezydenta, kiedy przedstawiono mu nowatorski plan wyprawy. Pamiętał też słowa głowy państwa, które później, choć wypowiedziane na tajnej konferencji, stały się tajemnicą poliszynela i przedmiotem żartów: “Panie McCarthy, ojczyzna pana potrzebuje... Tutaj!”. To była reakcja na wiadomość, że wysłanie tylko jednej osoby zmniejszy koszty ekspedycji co najmniej o jedno zero na końcu. Prezydent wykazał się znakomitym refleksem i odnosząc się do wspaniałej kariery wojskowej Adama McCarthy’ego, pozostawił jego syna Grega na Ziemi. Oczywiście bez zająknienia usprawiedliwił to potrzebą posiadania “tak wspaniałych i utalentowanych młodych ludzi na posterunku, gotowych bronić naszej wspaniałej ojczyzny, w obliczu tak trudnej sytuacji politycznej”. Czy coś w tym rodzaju. Steven, mimo, że właściwie wygrał i jedynie on z dwójki przyjaciół spełnił wspólne marzenie, poczuł się wtedy jak niepotrzebny grat wyrzucony do olbrzymiego śmietnika kosmosu. Później mu przeszło, a prezydenta i tak zawsze uważał za dupka. Do wieczora Steven zdążył jeszcze obejrzeć dwa filmy, a w przerwie między nimi ostro poćwiczyć na siłowni. W końcu z niechęcią położył się na łóżku i wysunął ze ściany ramię z całą baterią wypełnionych cieczami igieł i fiolek z pigułkami. Wiedział, że komputer wyliczył dawki najdokładniej jak to możliwe, ale mimo to sam sprawdził wszystko jeszcze dwukrotnie. W końcu krzywiąc się połknął ohydnie smakujące tabletki, poddał ramię serii ukłuć i powoli oddał się w objęcia udoskonalonego farmaceutycznie Morfeusza... * * * Sylwia siedzi w objęciach Stevena. Są sami na plaży bezludnej wyspy. Nad nimi, na czystym nocnym niebie wyraźnie widać mrugające gwiazdy. Są jedynymi ludźmi na świecie, kochają się i są szczęśliwi. Nagle zza drzewa wychodzi Greg. Natychmiast zmienia się sceneria. Pień na którym siedzi para przekształca się w szkolną ławkę, a błękit morza falującym ruchem zamienia się w czerń tablicy, przed którą stoi Profesor. Do sali wchodzi Greg z puszką piwa. Wstępując na katedrę dopija resztę wielkim haustem i stawia puszkę na biurku Profesora. Dziś pozastanawiamy się nad istotą pustej puszki, mówi. Profesor jest wściekły, a cała klasa tarza się ze śmiechu. Ponad gwar wybija się śmiech Sylwii. Greg puszcza do niej oko a ona odwzajemnia się szerokim uśmiechem… * * * Czas mijał Stevenowi powoli i monotonnie. Znudziły go książki, filmy i muzyka, jedyną przyjemność znajdował w analizie fascynujących niekiedy wyników badań – a przynajmniej takimi wydawały się laikowi, być może uczeni na Ziemi krzywiąc się stwierdzą że z tej wyprawy nie dowiedzieli się niczego nowego. Z największą niechęcią rozmawiał z komputerem, uważając za co najmniej dziwne nawiązywanie równorzędnego dialogu z maszyną, która symuluje tylko inteligencję, korzystając z ogromnej bazy danych. Okresy snu, zarówno tego zwykłego jak i sztucznie wydłużonego zlały się w jego świadomości w jeden ciąg majaków i marzeń sennych. Mimo zapewnień ekspertów o całkowitym “wyłączeniu” w czasie hibernacji, kosmonauta śnił i często pamiętał te sny. Nie mógł narzekać, bo w większości były to przyjemne marzenia z udziałem rodziny, bliskich przyjaciół lub pięknych kobiet. Ale czasem trafiały się nieprzyjemne wspomnienia, albo wręcz koszmary, które Steven wbrew swej woli zapamiętywał bardzo dokładnie. Któregoś dnia komputer stwierdził, że jutro po raz przedostatni kapitan odbędzie swoją sesję długiego snu. Tej nocy Steven nie spał, nadrabiając zaległości w przeglądaniu przysyłanych z Ziemi wiadomości, chciał być przygotowany na zmiany jakie mógł zastać po wylądowaniu. Brutalny odwet wojska palestyńskiego po atakach izraelskich terrorystów. Zmarł w końcu daleki wuj Sam, najstarszy brat babci, dożywając wieku 115 lat. Sombrera z Meksyku pokonały w finale Ostrogi z San Antonio zdobywając trzeci raz z rzędu mistrzostwo NBA. Greg otoczony nimbem chwały swojego ojca i protektoratem wpływowych ludzi wspina się po szczeblach kariery wojskowej. Ostatnie testy na ludziach, nowego leku na AIDS zakończyły się w 100% pomyślnie. Aneksja niepodległego Hongkongu przez Chiny zaognia konflikt na Dalekim Wschodzie. Mama przeszła kolejną operację plastyczną, a na wakacje rodzice pojechali na romantyczną wycieczkę po Europie. Od dwóch miesięcy działa już inteligentny, częściowo organiczny superkomputer, a naukowcy wciąż są zszokowani i zachwyceni tempem jego samorozwoju. Sekretarz Obrony generał Gregory McCarthy poślubił swoją miłość z czasów szkolnych Sylwię Steinford. Największa katastrofa w historii: potężny wybuch w elektrowni jądrowej w.... A jednak, pomyślał Steven, jednak po tylu latach znajomości pobrali się... Pod koniec dnia, gdy Steven miał już zamiar kłaść się spać, komputer znów zrobił się gadatliwy, a co gorsza zaczął przejawiać skłonność do dyskusji na egzystencjonalne tematy. - Kapitanie? Czy ma pan w ogóle ochotę wracać na Ziemię? - Daj mi spokój. Nie mam ochoty na filozoficzne gadki – odburknął Steven. - Przecież kończył pan między innymi filozofię? – głos był nieustępliwy. – Chodziło mi o to, że na Ziemi jest tyle zła, rodzaj ludzki sam dąży do eksterminacji. Cytuję pana własne słowa. Przeglądał pan dziś w nocy wiadomości z Ziemi, i wie pan, że wojna wisi na włosku... - Komputer! – krzyknął Steven. – Jeżeli natychmiast nie przestaniesz to osobiście cię odłączę. Kapujesz? Mimo, że groźba była niewykonalna, nieludzki głos zamilkł i już się nie odzywał, a Steven po rytuale medycznych tortur zapadł w głęboki sen. * * * Steven jest tylko obserwatorem. Widzi jak mały Greg z uśmiechem na ustach bawi się lalką. Po chwili podchodzi do niego mężczyzna, w którym Steven rozpoznaje ojca kolegi, i zabiera chłopcu zabawkę. To nie jest rzecz dla prawdziwego mężczyzny, mówi. Mały Greg jest obrażony, ale już po chwili wyciąga z szuflady pistolet na wodę i bawi się nim z jeszcze większym zadowoleniem. Prawdziwy pistolet wypada dorosłemu Gregowi z ręki. Młody mężczyzna patrzy z niedowierzaniem na osuwającego się kolegę. Pistolet w którym omyłkowo znalazły się ostre naboje pada na trawę. Greg podbiega do leżącego chłopaka i sprawdza mu puls. Ćwiczenia zostają przerwane. Ojciec podchodzi do Grega, klęczącego na ziemi i skrywającego twarz w zakrwawionych dłoniach. Kładzie mu rękę na ramieniu i mówi: „To nic, musisz się przyzwyczaić do śmierci, bo jest ona nieodłączną częścią naszego życia.” Krew tryska strumieniem z leżącego na ziemi ciała, zalewając cały świat czerwienią... * * * Steven obudził się i stwierdził, że jest mu zimno. Bardzo zimno, ale jednocześnie lekko. No tak, przecież unosił się w powietrzu... Szarpnął się gwałtownie, przez co błyskawicznie podleciał w górę i boleśnie uderzył się w sufit. Rozcierając ramię wsłuchiwał się w pracę urządzeń. Wyraźnie brakowało miarowego odgłosu silników nadających statkowi…