Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przyjazn · 25 min czytania

Wyspa Spichrzów

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wyspa Spichrzów Małżeństwo Jankowskich zajmowało mieszkanie na parterze naszego budynku. Pokój, przedpokój, kuchnia, łazienka. Oboje mieli już ponad czterdzieści lat. Przyjechali do Gdańska w 1956 roku, ze Wschodu, z miejscowości leżącej przy dawnej granicy polsko-łotewskiej. Życie powoli układało im się na nowym miejscu, czasy wojenne i powojenne odchodziły w przeszłość, pozostawały wspomnienia, niekiedy nieprzyjemne, wręcz ponure, które odżywały podczas obchodzenia tragicznych rocznic, świąt, Zaduszek. Dzień powszedni jednak zwyciężał – praca, codzienne troski, zabieganie. Wydawali się ze sobą szczęśliwi. On był bardzo miły i uprzejmy wobec żony. Nie słyszeliśmy nigdy krzyków i odgłosów awantur, tak jak to się często zdarzało u innych rodzin na naszym podwórku. Brakowało im tylko jednego. Już długo byli małżeństwem, jednak z jakiegoś powodu nie mieli dzieci. Mieszkania przy ulicy Mariackiej zajmowały przeważnie rodziny wielodzietne. Teodor miał sześcioro rodzeństwa, Boguś siedmioro, a Zenek pięcioro, więc średnia na podwórku była wysoka, cały czas rodziły się następne dzieci i podwyższały tę średnią. Gruby miał tylko jedną siostrę, zazdrościł kolegom otoczonym mniejszymi lub większymi braćmi i siostrami. Jankowscy nie mieli żadnego dziecka. Czuli, że ludzie, choć tego nie mówią, przyglądają im się lekceważąco, nawet ze współczuciem. Dlatego z zainteresowaniem spoglądaliśmy jak pewnego dnia przynieśli w koszyku małe zawiniątko, które z dumą nam prezentowali. Z zawiniątka wystawała owłosiona, ruda łepetynka małego pieska. Dla wszystkich była to sensacja, ponieważ nikt z podwórka nie miał psa. Mieszkania były ciasne, rodzice z dziećmi z trudem się w nich mieścili, rozpychając do granic możliwości niewielkie pokoje. Gdzie tu znaleźć miejsce dla jakiegoś zwierzaka? Co prawda, w środkowym budynku, tata Teodora hodował w piwnicy małą świnię i karmił ją codziennie, mówiąc: „Byle do świąt”, ale tak ją ukrył, że gdyby nie smród, jaki wydobywał się przez piwniczne okienko, nikt by o tym nie wiedział. Piesek był śliczny – rudy kłębek wyglądał jak bryłka bursztynu. – Dlatego nazwaliśmy go Jantar – powiedziała pani Jankowska. – Rasowy. Owczarek belgijski – podkreślił z dumą jej mąż. Opiekowali się nim troskliwie. Zawsze czyściutki, pachnący wychodził na spacer na smyczy – rano z panią, wieczorem z panem. Pozwalano nam go pogłaskać, potargać za uszy, nawet potrzymać smycz i pobiegać z nim, choć nie trwało to długo, bo zniecierpliwiona właścicielka zaraz nam go odbierała. Jantar był mądrym i posłusznym psem. Wieczorem czekał na swojego pana w przedpokoju, cichutko skamląc, dopóki pan Jankowski nie wrócił z pracy i nie zabrał go na spacer. Piesek witał go radośnie, skacząc i liżąc go po twarzy. Jankowski drapał jego skórę, wtulał głowę w gęste kudły. – Mój Jantarek. Kochany Jantarek. Po roku zwierzak nie przypominał już małej rudej kulki. Już nie piszczał, nie skamlał żałośnie, wydawał dźwięki rozważnie i tylko w istotnych momentach. Nie szczekał z byle powodu. Przyzwyczailiśmy się do sytuacji, że Jankowscy z parteru zamiast dzieci mają psa. Aż pewnego wiosennego dnia mama Grubego powiedziała, że Jankowska spodziewa się dziecka i już niedługo urodzi. Zaskoczyła nas ta wiadomość. Jankowska była tęga, dlatego nikt nie zauważył ciąży. Pewnego majowego wieczoru pod naszą klatkę podjechało pogotowie i zabrało ją do szpitala przy ulicy Klinicznej, gdzie rodziły się wszystkie dzieci z Gdańska, również my, oprócz Teodora, którego mama nie zdążyła tam dojechać, więc urodził się na lastrykowym podeście swojej klatki schodowej. Przez te kilka dni, gdy nie było pani Jankowskiej, jej mąż pozwalał nam zajmować się Jantarem. Wtedy mogliśmy zobaczyć, jaki to mądry pies. Znosił nam zaginione kluski podczas gry w palanta. Gdy graliśmy w piłkę na podwórku, często wpadała nam ona do Motławy i odpływała w kierunku Wyspy Spichrzów, co zmuszało nas do długiej wędrówki przez most przy Bramie Zielonej, wtedy Jantar wskakiwał do wody i wyławiał ją nam w ekspresowym tempie. Towarzyszył nam w grach i zabawach, traktowaliśmy go jak kolegę z naszego podwórka. Z niepokojem myśleliśmy o powrocie pani Jankowskiej ze szpitala. W końcu nadszedł ten moment. Tak jak przed kilkunastu miesiącami, tak i teraz małżeństwo Jankowskich pojawiło się na podwórku z małym zawiniątkiem na rękach. Wystawała z niego mała owłosiona główka z łypiącymi bystro oczkami. Dziecko było śliczne i wydawało się mądre. Obiema rączkami wskazywało na górującą nad dachami domów monumentalną wieżę kościoła Mariackiego. – Dlatego nazwaliśmy go Benedykt – powiedziała szczęśliwa matka. – Wyrośnie z niego mądry i prawy człowiek – powiedział z dumą jej mąż. Jantar, gdy tylko zobaczył pana i panią, podbiegł, radośnie merdając ogonem. Ocierał się o ich nogi, spoglądał swoimi mądrymi ślepiami w ich oczy, lecz oni, zajęci Benedyktem, nawet nie zwrócili na niego uwagi. Benio, bo tak nazwaliśmy Benedykta rósł jak na drożdżach. W wieku kilku miesięcy umiał chodzić i miał już komplet mlecznych zębów, a nawet – co dla wszystkich było wielkim zaskoczeniem – szybko wyrosły mu cztery zęby mądrości. Taki mądrala z naszego podwórka jak Gruby w jego wieku ledwie raczkował, a żaden z zębów mądrości nie wyrósł mu jeszcze do tej pory. Po roku Benedykt umiał już mówić pełnymi zdaniami i od tego czasu stał się uczestnikiem naszych zabaw w piaskownicy i na podwórku. Pani Jankowska nie pracowała. Starała się nie spuszczać oka z Benedykta i zostawiała go pod naszą opieką tylko wtedy, kiedy wychodziła na zakupy. Po pracy Jankowski zabierał syna na spacer po ulicy Długiej i Długim Targu, kupował mu wodę mineralną i lody. Zajęci Benedyktem całkowicie zaniedbali Jantara. Początkowo przypominał im, że też należy do rodziny, szorstkim jęzorem próbował lizać małego Benia, ale Jankowscy go odsuwali. – Odejdź, Jantar. Zostaw dziecko w spokoju. Jeszcze mu zrobisz krzywdę. Jantar smutniał, lecz posłusznie odchodził. Pewnego wieczoru zamknęli przed nim drzwi i nie wpuścili go do mieszkania. Przespał całą noc pod drzwiami, na wycieraczce. I tak już zostało. Jankowscy go nie głaskali, nie czesali. Gdyby nie Gruby, nie miałby co jeść. To głównie on zajmował się zwierzakiem – sklecił mu przytulną budę, którą postawił przy śmietniku, i znosił do miski resztki jedzenia z domu. Jantarowi spodobało się nowe miejsce zamieszkania, choć siedząc czy też leżąc przy budzie, pysk zawsze miał skierowany w stronę mieszkania Jankowskich. Gdy tylko drzwi się tam otwierały, podbiegał, merdał ogonem i wspierając się na tylnych nogach, próbował dotknął pyskiem panią lub pana. – Dobrze, dobrze Jantar. Już wystarczy – odpowiadali zniecierpliwieni i odpychali go od siebie. Kiedy Benio zostawał z nami w piaskownicy, Jantar cały czas go pilnował i nie pozwalał się do niego zbliżyć nikomu obcemu. Instynktownie wyczuwał niebezpieczeństwo. Gdy pewnego razu, podczas gry w cztery rogi, Teodor niechcący odepchnął Benia, tak że chłopczyk upadł na deskę piaskownicy, pies natychmiast powalił napastnika na ziemię i tak go przydusił, że musieliśmy użyć siły i perswazji, by wytłumaczyć mu, że Teodor nie chciał zrobić nic złego. Dopiero wtedy udało się go odciągnąć. Ponieważ pani Jankowska nie pracowała i zajmowała się synem, Benio nie chodził do przedszkola. Od małego zaskakiwał nas jednak mądrością i pomysłowością. Zadziwił nas, gdy graliśmy z dziewczynami w państwa i miasta zapisując na kartkach znane i nieznane nam nazwy obcych państw. – Państwo na literę o… – Teodor się zastanawiał. – Nie ma takiego – powiedział po chwili i zaczął liczyć do dziesięciu, by zakończyć kolejkę. – Oman – usłyszeliśmy głos Benia tuż przed liczbą dziesięć. Zdziwiliśmy się. Skąd zna to państwo? Prawidłowe podpowiedzi powtarzały się jednak podczas następnych gier. Benio znał nie tylko nazwy państw, miast, ale i rzek, gór, mórz i oceanów. – Skąd on ma te wiadomości? – Byliśmy zdumieni. Wieczorem Gruby odprowadził Benia do domu, gdy dziecko zmęczone zabawą przysnęło na desce piaskownicy. Zauważył, że w pokoju Jankowskich przy łóżeczku Benia znajdowało się kilka globusów, a na ścianach zamiast obrazów wisiały mapy. Jedna z nich, kolorowa, zawisła tuż obok poduszki chłopczyka. Przedstawiała cały świat, z wgłębieniami w miejscach oceanów i wybrzuszeniami w miejscach wysokich gór. Zasypiając, mrużąc oczy, widział przed sobą bezmiar mórz i ogrom szczytów górskich a pomiędzy nimi leżące państwa i miasta świata. Wędrował niestrudzenie po zaśnieżonych szczytach Kordylierów, dryfował łodzią po skutej lodem cieśninie Beringa, nurkował do samego dna Rowu Mariańskiego. A później, wyczerpany wysiłkiem, zmęczony, kładł się i wypoczywał na bezludnych plażach Namibii. Nad ranem wracał do Gdańska, do pokoiku wypełnionym kartami odległych, obcych krain i budził się w swoim łóżeczku. Jankowski pracował na ulicy Szerokiej w Cezasie – sklepie zaopatrującym wszystkie gdańskie szkoły w pomoce szkolne. Z powodu małych magazynów nadmiar globusów i map przechowywał u siebie w mieszkaniu. Benio stał się kiedyś pośrednim sprawcą pewnego zdarzenia, które sprowadziło na nasze podwórko stróżów prawa w błękitnych mundurach. Po wysłuchaniu bajki – którą jego mama miała w zwyczaju czytać mu co wieczór – a był to Pinokio, na drugi dzień Benio przekopał grządki tuż przy budzie Jantara i w każdy wykopany dołek wrzucił aluminiową dziesięciogroszową monetę. – Co ty? Pieniądze marnujesz? – Teodor się zdenerwował i próbował zabrać mu monety. Wystarczyło, by Jantar podniósł łeb, i wystraszony Teodor zostawił Benia w spokoju. Po tygodniu rozkopał grządki i naszym oczom ukazał się stos dziesięciogroszowych monet. Szybko obliczyliśmy, że z każdej zasadzonej rozmnożyło się kilka nowych. Benio zbierał je do wypchanej sakiewki, z której później wyjmował je do gry w banczek. – Niesamowite – jęknął Teodor. – Jak ziemniaki. Nawet jedna dwudziestka wyrosła. Trzeba było dłużej poczekać. – Podniósł większą monetę. Jantar spojrzał na niego niespokojnie. Następnego dnia Teodor wyciągnął z komody zapakowany w celofan rulon dziesięciozłotówek z wizerunkiem Kopernika, które rodzice przechowywali na czarną godzinę, i zakopał w grządkach na trawniku przy ulicy Świętego Ducha. Gdy mama wróciła z pracy i w komodzie nie znalazła swoich ciężko zarobionych pieniędzy, rozpętała się awantura. Wytargała syna za uszy i w nocy przy świetle latarek zaczęli przekopywać trawniki, w poszukiwaniu koperników. Zaraz zjawiło się dwóch milicjantów, którzy autorytatywnie stwierdzili, że wszystko, co każdy obywatel znajdzie w ziemi, należy oddać miastu. Mama Teodora zwymyślała ich. – Ja wam dam! Moje ciężko zapracowane pieniądze. Moje koperniki. Już ja je oddam miastu! – Zamierzyła się na nich szmacianą torbą. – Chcielibyście wszystko mieć za darmo. – Kościuszko też pani? – Jeden z milicjantów pokazywał mosiężną dziesięciozłotówkę wykopaną przez Teodora. – Nie, Kościuszko nie mój. Tylko koperniki. – To musimy go zarekwirować. – On jest mój! Urósł! – krzyknął Teodor. – Mogliśmy poczekać, na pewno byłoby ich więcej. – Złościł się, że mama przerwała tak dobrze zapowiadającą się uprawę. Po tym zdarzeniu nie prowadziliśmy już żadnej pieniężnej plantacji. Pewnego dnia Gruby zawołał. – Trabant sam jedzie. Trabant należał do małżeństwa Malarzy mieszkającego na czwartym piętrze, na samej górze kamienicy, gdzie znajdowała się również ich pracownia malarska. Tylko oni z naszych sąsiadów mieli samochód. Parkowali go w garażu – w piwnicy tuż przy Motławie. Teraz spoglądaliśmy osłupiali. Brama garażu była otwarta, a stromym podjazdem sunął trabant. Wjechał w uliczkę przylegającą do podwórka i już skręcał w Świętego Ducha. A jednak ktoś w nim siedział – przy kierownicy zauważyliśmy płową czuprynę. – Niemożliwe! Czy to Benio? – jęknął Gruby i pobiegł. Pobiegł i tuż przy Kaplicy Królewskiej otworzył drzwi i zatrzymał samochód. Trabant stanął przy krawężniku, zdziwiony Gruby ujrzał zafrasowanego Benia siedzącego na kilku poduszkach i próbującego sięgać krótkimi nóżkami do pedałów gazu i hamulca. Pomysłowość i mądrość Benia zaskakiwały nas wszystkich, ale to, co się stało na koniec roku szkolnego, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Na zakończenie szkoły jeden z nauczycieli, Bąbel, (chociaż był nauczycielem prac…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wyspa Spichrzów — czytnik · opowiadania