Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 10 min czytania

wyznania romantycznej duszy

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kiedy w szkole omawialiśmy pojęcie godności, nauczycielka utwierdzała nas w przekonaniu, że godnością jest możliwość spojrzenia drugiemu człowiekowi w oczy. Jak zwykle nie uważałam na zajęciach, snując w międzyczasie banalne teorie na temat życia i śmierci, jednak ta kwestia wyjątkowo przykuła moją uwagę. Zainteresowana tematem, pospiesznie wyciągnęłam z uszu słuchawki, dotychczas skrzętnie ukryte pod kurtyną moich ciemnych włosów. Jak zwykle jednak, moje skupienie prysło prędko jak bańka mydlana. Nawet wzburzony głos polonistki nie zdołał okiełznać mojej wybujałej wyobraźni. Podczas gdy ona rozpływała się na temat wielkich, przynoszących chlubę czynów, ja pogrążyłam się głęboko we własnej fantazji. Oczyma wyobraźni widziałam ludzkie oblicza. Ich twarze były jak maski pogrążone w letargu. Nieme, niewyraźne, uśpione. Jedynymi akcentami, które nadawały im wyraz były ich oczy. Były one bardzo różne. Niebieskie, jak moje własne, piwne, brązowe na wzór czekolady i moje ulubione, zielone. Światło grało w ich tęczówkach, wyrażając różnorakie odczucia ich właścicieli. Spojrzenia śmiały się, płakały, krzyczały... były gniewne, zrozpaczone, płaczliwe, roznamiętnione, ironiczne, pożądliwe... jedne zwężał strach, inne rozszerzały się pod wpływem płonącej w nich żądzy. Każde z nich wydawało się kryć w sobie coraz to ciekawszą historię. Wybrałam jedno, które wydawało mi się najbardziej ujmujące, i zatonęłam w nim bez reszty. Były to oczy mężczyzny. Jego ciemne tęczówki lustrowały mnie. Ich wyraz był dość...dziwny. Miałam wrażenie, że mężczyzna czyta mi w myślach. Nagle zapragnęła odsłonić przed nim wszystkie swoje tajemnice, jedna po drugiej. Pozwoliłam ów spojrzeniu wejść w mój umysł jak nóż w masło. Czytał we mnie jak w otwartej księdze, czego ja nie byłam w stanie uczynić w stronę przeciwną. Był po prostu... niesamowity. Miałam wrażenie, że mnie hipnotyzuje, choć tak naprawdę nie uczynił niczego specjalnego. Wystarczyło, że istniał ( to że był jedynie wytworem mojej wyobraźni, nie robiło mi różnicy). Zdawał się coś do mnie szeptać, ale ja nie potrafiłam tego szeptu pojąć. To było coś nie z tej ziemi. W mojej głowie, niczym po incepcji, wykwitła plątanina obcych myśli. Zlewały się one w jedną wyrazistą całość. Były intrygującym blaskiem o oczach nieznajomego. Byłam zszokowana, jak jedno spojrzenie może wyrażać więcej niż milion słów. Te oczy zdawały się znać mnie lepiej, niż ja znałam samą siebie, a takie przynajmniej odniosłam wrażenie. Malowało się w nich cierpienie, ale jakby stłumione w jego wnętrzu, niemożliwe do określenia żadną znaną ludzkości miarą, nutka ironii i chciwość, bądź raczej łaknienie( tak, to określenie pasowało do niego lepiej) czegoś... nie byłam w stanie powiedzieć czego. Byłam jak w transie. Kiedy dzwonek obwieszczający koniec lekcji wyrwał mnie z zamyślenia, po plecach przebiegły mi zimne dreszcze. Wzdrygnęłam się cała. Ręce mi się trzęsły, jakbym właśnie dokonała nimi morderstwa. Dziewczyna z którą dzieliłam ławkę przyjrzała mi się niepewnie. Na wpół przytomna zaczęłam się powoli pakować. Niespiesznie opuściłam klasę. Dla mnie było to jak opuszczenie bezpiecznego azylu. Moje myśli zlały się z kakofonią wrzasków ze szkolnego korytarza. Niedbale odrzuciłam plecak pod drzwiami kolejnej sali i przycupnęłam obok. Wyjrzałam przez znajdujące się na korytarzu olbrzymie okna. Za taflą szkła padał rzęsisty deszcz. Rozmywał on widok jesiennych liści leżących na parkingu, które tak lubiłam obserwować. Podobało mi się, że miały tyle wzorów i barw. Ogarnęła mnie przesadna melancholia. Przypomniało mi się ciepło domowej pierzyny i czekoladowy smak pysznego kakao. Wyciągnęłam swój stary szkicownik i otworzyłam go na wolnej stronie. Sięgnęła do piórnika w poszukiwaniu ołówka, lecz znalazłam jedynie pogryziony, za dodatek z popękanym grafitem. -Jasna cholera!- zaklęłam. Musiałam poradzić sobie długopisem. Do mich uszu napłynęły słodkie dźwięki mojego ulubionego bandu. Przyparłam plecy do zimnej ściany. Długopis tańczył po kartce a ja kompletnie odpłynęłam. Pod moją dłonią, z początku dwa zwykłe okręgi, zaczęły powoli nabierać szczegółów. Czarne i białe plamki nadały im wyrazu życia. Delikatnymi pociągnięciami powołałam do bytu cień zawieszony na tęczówkach. Wyzierający z nich półmrok milczał a za razem wypełniał moją świadomość milionami określeń. Zdawał się być wszystkim a za razem niczym. Warstwa po warstwie wydobywałam je z oceanu nicości na powierzchnię. Gdy podarowałam im gęste, lekko podwijane rzęsy, nabrały dystansu i głębi. Westchnęłam z zadowoleniem, oceniając końcowy efekt. Miałam tendencję do nagłych, płomiennych zauroczeń. Jak widać, wola mojego serca przybrała teraz nowe imię. Mało nie dostałam zawału, kiedy moja przyjaciółka wpadła na mnie z impetem. Odruchowo przycisnęłam do serca mój wysłużony szkicownik.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
wyznania romantycznej duszy — czytnik · opowiadania