Historia · 1 godz. 33 min czytania
Wyznania świeckiego prokuratora
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Wyznania świeckiego prokuratora Jacek T. Gierliński
1. Spowiednika szukam. Niechaj podłe uczynki ciała i słabości duszy osądzi. O winie zaniechania, z łaski Wszechmogącego, orzeknie. Siła lat żyłem na tym grzesznym świecie i pod siwym włosem pamięć wielu przypadków dźwigam. A jako każdy żywot, bardziej lub mniej grzeszny, napotyka swój koniec, tako i ja w ostatecznej gotowości jestem. Z trwogą pominam, że kto na wagę Sądu Ostatecznego grzechami obciążony wstępuje, ten przez ognistą pokutę Czyśćca przechodzić będzie, nim do Żywych powstanie. Przeto gnębi mnie potrzeba, aby oczyścić się z mrocznej tajemnicy, która od lat sumienie moje pali, a której jedynym powiernikiem jestem. Niechaj za Jego sprawą ulży ciężarowi, który samotnie obnoszę. Niechaj potomności ku przestrodze opowie, że ten, który Moc posiada, niekoniecznie Miłość posiądzie prawdziwą.
2. Niech wielebny uzbroi się w cierpliwość i pozwoli mi wszystkie zdarzenia opowiedzieć wedle kolejności, bo zawarta w nich groza zasługuje na uważne wysłuchanie. W latach poprzedzających wypadki, które dla pamięci spisałem i za przyzwoleństwem wielebnego teraz odczytam, Panie koniec w mękach ześlij, jeśli nałgałem, więc w tamtych latach jeździłem przez wiejskie grzędy i zapadłe miasteczka Szląska, spoglądając na nie tyle wyniośle co uważnie, z zadaniem tępienia hultajstwa i unicestwiania ciał, które ułomnego ducha lubo rozum podły w sobie chowają. Ja, prokurator świecki, mizerny robak w służbie kościoła, szukałem wiedźmów! Nie dla ziemskich korzyści, więc niech wielebny mi tego na poczet przewin nie zapisuje. W prokuratorskim towarzystwie gadano miedzy sobą o tym, że na zachód od Szląska wielkie i małe kraje już od stuleci przebiegał spazm czyszczenia wiary i narastający skowyt bólu - po tym, jak Mikołaj Eymerich napisał pierwszy podręcznik polowań na czarownice. I po tym, jak Jego Świątobliwość Innocenty VIII zatwierdził srogą księgę poddającą procesy czarownic surowej regule prawa. I po tym, jak Kalwin akt przeciw czarownicom ogłosił. I po tym, jak, nie tak dawno, Jakub I, król Anglii i Szkocji, wydał dekret w tej samej materii. Doznawszy krzywd od matki Marii Szkockiej i ciotki Elżbiety Angielskiej, znienawidził leciwe kobiety i zagorzałym wiedźmów pogromcą się ostał. Posiedliśmy wreszcie wiedzę, jakoż w procesach poczynać należy i czemu dawać baczenie. W tym samym czasie, drwiąc niemal jawnie z tych świątobliwych wysiłków, w Pałacu Luksemburskim odbywały się swawolne bale na cześć Marii Medycejskiej, królowej Francuzów. W otaczających Ogrodach ustawiono dla niej nieskromną rzeźbę pary kochanków, co imiona Akis i Galatea noszą, urzekających kontemplacją spełnionej miłości. Gdy Maria Medycejska podziwiając to wspaniałe dzieło sztuki, klaskała z uciechy w białe rączki, francuscy żołnierze, wraz z ich chwilowymi towarzyszami broni z Danii i Szwecji, byli sposobieni do niekończącej się wojny przeciw chwackim legionom Czechów i Habsburgów. Wszystkie te armie miały niebawem rozpocząć śmiercionośny taniec, w którego środku, jak w oku cyklonu, znajdowała się Szląska kraina. Pan jej wytchnienia nie daje, ale nie mnie rozważać jego poczynania, ani, z całym szacunkiem, wielebnego. Zanim jednak pożoga wojny na tych ziemiach na dobre wybuchła, trza było bliskiego wroga pokonać. Aby podołać ogromowi zadań stojących przed inkwizytorami, wezwano świeckich prokuratorów, co by precz w kraje poszli i wspomogli kościoły - czy to papieskie, czy to luterańskie. Wnet, gdziekolwiek okiem pojrzał, hordy wiedźmów, jako flądry do dna przylgnięte, zaczęto łowić w sieci nowego prawa. Płonęły wysoko pojedyncze stosy grzejąc serca bogobojnej gawiedzi. Płonęły wysoko stosy zbiorowe, jak to zdarzenie miało w Alzackim Strasburgu, w zamorskim Hrabstwie Essex, czy w Bawarskiej Diecezji Wurzburga. Tam, gdzie szpiczaste wieże kościołów ognistą pokutę przywodzą do pamięci. Co, że wielebny nie rozumie związku tych płomieni z moją spowiedzią? Już spieszę z wyjaśnieniem. W początkach nowej służby prokuratorom, na zamysł o wiedźmach, trwoga pod pazuchę wciskała się wilgotną śliskością. Bo, przebrzydłe, zauroczyć zawżdy mogły. A jako się ich strzec, dobrze nikt nie wiedział. Jednakoż, gorliwie posłuszny hierarchów przykazom, sędzia inkwizytor Szląska wymagał, żeby oczyszczać sioła Wszechmogącego ze wszelkiego czarodziejstwa, co, diabelstwu posługę przysiągłszy, zło jeno i nierząd przynosi. Opętane, podobne do hydry – jednej jeszcze ogień nie dopalił, na jej miejsce już dwie powstawały. Mam pamiętać, że spowiadam się za siebie. Czasem trudno się do tego stosować. Bo po racji, to na szląskich ziemiach mało wiela prawdziwych wiedźmów upolować się dało. Te, które w ogniu skwierczały, karano bardziej za pierwszą przewinę niewieściego gatunku, niźli za ich własne grzeszne uczynki. Nie raz ktoś zawistny na babę potwarz rzucił – to mąż, którego lędźwie nagle straciły męskość, to kochanek z lubieżności niespełnionej, lubo sąsiad chciwy na miedzę - a onaż, czy przez własne prostactwo, czy przez babski upór, nie umiała się wygrzebać. Bywało, że i ja sam wytropiłem taką, co zioły przy księżycu zbierała. Ale zwykle nie znajdując w jej sakwie żadnych lubczyków ani maści tajemnych, a jedynie pospolitą tataraku trzcinę lubo pachnące liście mięty, z własnego serca dobroci wybaczenie dawałem.
3. Owego roku, a by wielebnemu czas przybliżyć, było to wtedy gdy jeszcze na konia jednym susem wskakiwałem. Więc tego roku po Wielkiejnocy, gdy jeszcze szron ranki bielił a nieśmiałe draśnięcia słonecznych promyków przebudzały Ziemię z podśnieżnego snu, w niebardzo odległą okolicę wyruszyłem. Szkapę miałem dobrą towarzyszkę i lubiliśmy razem oddychać rześkim powietrzem. Zdarzało się, że nocą moje kości grzała, albo zwierzeń o strachach słuchała. Obaśmy Boże stworzenia przecie. Od Śiewierza na zachód podążając – w sądowy glejt wyposażony, za Strzelcami Opolskiemi przekroczyłem granicę przez rzekę Odrę wyznaczoną. Skierowałem się w ku południowi, na Głuchołaz, w mało mi znane rubieże Szląska. Oznajmione miałem, że w owych stronach, wśród pagórów porośniętych lasami buka i olszyny, znajdował się klasztor żeński. Posłuszne nakazom reguły pono nic ze sobą nie gadały i nikogo przez wrota nie wpuszczały. Ale wiadomo, niewiasty na pokusy łakome, toteż sędzia inkwizytor ich posłuszeństwo sprawdzić kazał. Bogaty to klasztor, dzierżawy ma i pewnie dziesięcinę od ryjących za złotem w ziemi zbiera - powiedział - podglądnij czy magią nie cuchnie. Nie miałem ja tego sędziego w poważaniu wielkim. Niepoczciwe licho w nim tkwiło - pazerny był i okrutny, przeto starałem się li tylko małymi sprawami zajmować, a jego wielkich kampanij unikać. Ale klasztor mniszków to zawszeć niezwyczajnej troski sprawa. Niech Czart raz tam kopytem stąpnie, na zawsze wszytki zakątek może zeszpecić. Nie każdego sędzia wysłałby z taką misją. Ja sławę skromnego w bogobojności miałem, dlatego mnie naznaczył. Wieść pośród prokuratorów krążyła, że klasztor to smakowity kąsek, ale ja tej gadaninie nie dawałem posłuchu. Bywało takoż, że podczas misji niebezpieczeństwo czaiło się wokoło. Nie raz prokuratorskie ścierwo z poderżniętym gardłem znajdywano w przydrożnym gaju. Dobrze, że ja mąż duży, na błyskanie noża czujny. Jedź, ponaglał sędzia, to i świętości się przysłużysz i grosza możesz złapać. Nawet jak nic nie przyuważysz, to do pokuty mniszki wezwij i jaką ofiarę od Przeoryszy przywieź. Ino uważaj, bo otruć mogą. Wędrowałem tedy, w mnisi habit dla niepoznaki odziany, przez wychudzone wioszczyny i dziwowałem się surowym widokom okolicznych wzgórz i jarów. Ciepły wiatr dogrzewał i zapach nowego życia niósł. Iście piękność, w której dusza ukojenia zaznaje, a w członki siła wstępuje. Aż szkapa z radością chrapy do góry zadzierała. Dotarłszy do wsi, potocznie zwanej Łambinowice, osiadłej wedle drogi do klasztoru, w karczmie na odpoczynek stanąłem. Szkapę przywiązałem, rozsiadłem się na ławie i jadła z kluskami zgotować prosiłem. Karczma rozparła się na wzgórzu, z którego widok na całą okolicę się ścielił. Wszędy schludnie - łachy pól równo wydzielone. Z chałup szare dymki leciały, a podle krzaków resztki wczorajszego lodu błyszczały. Wiosna z ochotą przeganiała ostatki zimy. Karczmarz piwa przyniósł, Wszechmogącego pozdrowił i z szacunkiem gębę zamkniętą trzymał. Dopiero jak drugi kufel przyniósł, zagadał gdzie jadę. Zapytałem o klasztor, że niby w poszukiwaniu stancji, objaśniłem, na mój zakonny strój przy tym ukazując. Długo czuprynę skrobał, aż ręką kierunek naprzeciw słońcu wskazał. To pustelnia, na chłopów się krzywią i przez bramę klasztoru nie puszczają, burknął; jeno wsiowe baby na posługi biorą. Chyba, że się jakiś chłopaczyna zaplącze, to go mężczyzną uczynią. Gadając tak, w oczy nie patrzył, poczem do zadniej izby chyżo uciekł. Durny szelma, albo taki domyślny. Od piwa ręce i nogi ogarniał miły bezwład i sen morzył niepomiernie, oczy zatwierał. A tu baczenie trzeba mieć było. Dla pewności sztylet skryty pod habitem sprawdziłem - druh to w prokuratorskich misjach przydatny. Posiedziałem jeszcze trocha i z ociąganiem zebrałem się w drogę, bo dzień się ku zachodowi sposobił. Szkapę spiąłem i stępa traktem wskazanym przez karczmarza ruszyłem. Osiągnąwszy drugie ze wzgórz, z daleka już ujrzałem brunatny dach kaplicznej wieży i szare mury, a po chwili wyłoniły się takiegoż koloru dachy przysadzistych budynków - wszystko wysokim murem otoczone. W okolicy panowała dostojna cisza, pełna czci i posłuszeństwa wszelakiego, jakby przyroda na nowe życie w uległości czekała. Takowym widokiem pokrzepiony ruszyłem do zabudowań, uważnie na strony poglądając, ale żadnego stworzenia ni człeka podle muru nie dojrzałem. Podjechałem nieco bliżej i ze szkapy zeskoczyłem, bo potrzebę miałem pomedytować nad dalszemi zamiarami. Znienacka ohydny smród mnie ogarnął. Omal nie stąpnąłem na lisią padlinę - cofnąłem się z obrzydzeniem. Lis kły w wiecznym grymasie szczerzył tak szkaradnie, że aż mnie ciarki przeszły. Oby nie był to omen zły jakowyś, pomyślałem i znak krzyża nakreślilem. Wyjąwszy z sakwy podróżnej biblię modlitwę do Wszechmogącego zmówiłem, oddając się pod Jego opiekę podczas wizyty w klasztorze. Nie pojmowałem wonczas przekornej podłości tej prośby. Potem pod bramę podjechałem i kołatać jąłem.
4. Długo hałas czyniłem nim siostra klasztorna, w szary habit odziana, do bramy podeszła. Zakonnicy, a w leciech już była, powiadam, że z pokutną misją do wielkiego kościoła jadę, w mieście hen za Bramą Morawską położonym. Po drodze kwatery łaskawej szukam w pobożnym miejscu. Utrudzony bardzo jestem, dodałem i przez kratę biblię pokazałem. Od przypadku ją otworzywszy, na trzecią Księgę Rodzaju trafiłem, skąd kilka słów świętych o żywocie w Raju po łacinie przeczytałem. Nie wiem, czy coś zrozumiała, bo w pośpiechu rzekła, że do Przeoryszy musi i z trzaskiem małe drzwiczki zawarła. Rychło wróciła i ze zgrzytaniem zamki w bramie pootwierała. Przeorysza kazała - a bez jej przyzwolenia nic się wydarzyć nie mogło, oznajmiła furtianka - na podwórzec wpuścić, szkapę napoić, a i mnie mleka ze skopka w cynowy kubek ulać. Bogobojna, zwierzynę na pierwszeństwo puściła. Zaciekawiony pozierałem wkoło. Wskroś podwórca biegały kury, robactwo wśród kamieni wydziobując, w klatkach swawoliły białe króliki, a z niewidocznego za załomem chlewa dobiegało sprośne chrząkanie. Podwórzec gospodarcze zaplecze klasztoru stanowił. Po jego lewej stronie stała obszerna stodoła, wedle której krzątało się pół tuzina wsiowych bab w podkasanych kieckach, po prawej zaś ciągnął się długi, drewniany budynek. Duże pomieszczenie, w którym po rozchodzącej się woni kuchnię można było odgadnąć, sąsiadowało z szeregiem niewielkich izb, każda z osobnymi drzwiami i małym okienkiem. Nieco dalej, pod murem, kępa olszyn, jakich tu okolica pełna, pierwszą zielenią się zdobiła. Furtianka jedną z izb mi wskazała i drzwi na oścież rozwarła. Oczom moim ukazało się drewniane łoże, klęcznik i niewielki stół z drobno ciosanych desek. Nim się rozgościłem przyniosła półmisek strawy i pajdę chleba z okrasą. W celi samego mnie zostawiwszy z zewnątrz drzwi na noc zaparła i oddaliła się w milczeniu. Po zaspokojeniu głodu z łaski Wszechmogącego powaliłem się na łoże i zamknąłem oczy. Usiłowałem pozbierać myśli i pojrzeć w najbliższe dni. Wtem z kaplicznej wieży zadźwięczało samotne uderzenie dzwonu, zastygając w powietrzu przez całą zdrowaśmaryję. Dźwięk ten niespodziewany, przenikał się w ciało i członki do sztywności doprowadzał. Nim dzwon całkiem ucichł, rozległy się dalekie, nieco przytłumione śpiewy. Wpływały do izby cienkim, niezmąconym strumieniem, przez zakratowany otwór w drzwiach, przez szczeliny w oknie a nawet skroś mury. Było już wskroś ciemno i nie mogłem pomiarkować, anieli to śpiewają czy ziemskie stworzenia; jawa to czy sen. Na wszelki przypadek na kolana padłem, z nabożeństwem lamentacji słuchając. W tej to postaci sen musiał mnie dopaść i zmorzyć do głębi. Czy to z uwagi na świątobliwość miejsca, czyli też urokliwe widoki po drodze, przyśniło mi się, że po Raju-klasztorze błądzę. Wkoło wiosenny zgiełk - wszytko kwitnie, drzewa świeżymi liśćmi zielenieją, ptastwo treluje wesoło. Posługują mi mniszki-anioły; chłodnego piwa podają, w kadź z wodą sadzają i łeb myją. Wreszcie czysty, jak po ciała spowiedzi, wchodzę na dziedziniec. Po jego drugiej stronie kaplica stoi. Kieruję ku niej kroki. Wtenczas mniszki-anioły tanecznym wiosny kołem mnie otaczają, wywijają zamaszyście kończynami, rozwianym włosem miotą, swoje lamenty na wesołą modłę śpiewają. Wszystkie są bose, poza jedną, co w rzemiennych sandałach hasa. Od gwałtownego wirowania ich szare habity z głośnym łopotem fruwają, bladość pośladka tu i owdzie pokazując lub odbijając się niespodzianie jaskrawymi kolorami w promieniach słońca, aż się w oczach miesza. Pogubiony w zgiełku owym do kaplicy chcę wejść, modlitwę zmówić. Znienacka jedna z mniszek, ta w sandały odziana, mnie dopada, w pląs porywa, za habit ciągnie, zawraca, jakoby od czegoś powstrzymać chciała. Gdy ją precz odpycham inne rejwach podnoszą straszny i szloch, i wejście do kaplicy zagradzają. Rozganiam je i zdecydowanie dźwierze do kaplicy roztwieram, wtedy pierzchają w szelestnym popłochu, jako napowrót poszarzałe, zeschnięte liście, zdmuchnięte ostatnim wiatru zawirowaniem. Raj-dziedziniec raptownie pustoszeje, cichnie, jeno bezlistne kikuty drzew martwotą straszą. Przez otwarte wrota zauważam w głębi wizerunek jakiejś postaci ohydnej, w której Kusiciela rozpoznaję. Śmieje się ze mnie. Wtedy, tchu pozbawiony, sen-marę odganiam i resztę nocy na czuwaniu spędzam. Tuż przed zorzą poranną inna niż drzewiej mniszka, rudowłosa dziewka, przyniosła konewkę wody. Aż mnie zatknęło na jej widok, bo jak dwie kościelne świece są podobne, tak ona przypominała podobieństwem tę we śnie moim tańczącą. Do tego lico miała bystre a ruchy zdradzały gibkość członków. Krasawica, pomyślałem mimowiednie. Jednako na pozdrowienie i zapytanie, kto onegdaj śpiewał, nic nie powiedziała. W tej chwili na modlitwę u progu dnia dzwon klasztorny wybił i mniszka dała mi znak, abym za nią poszedł. Poprowadziła mnie chodnikiem z płyt kamiennych ułożonym, przez drugą bramę, na większy, chędogi dziedziniec. Coś z niego ten ze snu mi przypominało. Otaczały go drewniane krużganki na dwóch poziomach rozciągnięte. Z jednej strony, na każdym poziomie usadowił się dziesiątek cel mnisich, z drugiej zaś wyrastała klasztorna kaplica pilnując jakoby porządku. Pośrodku dziedzińca rozpierał się samotny kasztan. Od strony kaplicy sterczały nagie jeszcze kępy krzaków bzu, a w jednym z przeciwległych rogów od starości chyliła się lipa. Pod nią, otoczona kamienną cembrowiną, zagłębiała się dudniącą otchłanią studnia. Dzięki temu sąsiedztwu woda w studni zawsze kryniczna była. Idąc tuż za zakonnicą trzymałem oczy skromnie opuszczone do ziemi. Jednak mimo woli pojrzałem na jej stopy wyzierające spod habitu. Nosiła rzemienne sandały. Dziedziniec roztaczał niewątpliwy urok i czar. Choć nie tak piękny, jako ów w katalońskim klasztorze Pedralbes, gdzie pyszne bezużytecznością cyprysy wynoszą się nad płodne oliwki, ani nie tak dostojny, jako inny, zagubiony we frankońskich Pirenejach klasztor Arles-sur-Tech, gdzie święta woda uzdrowicielka z twardego kamienia wypływa, ani nie tak imponujący, jako ten w najwspanialszym ze wspaniałych angielskim opactwie Canterbury, ani jako jeszcze inne w wielu miejscach, które widziałem w czasie mojej ziemskiej tułaczki. Natomiast dziedziniec, po którym szedłem, posiadał niespotykaną delikatność a zarazem szorstkość nowicjuszki sposobiącej się do mnisiej drogi przez życie. W odróżnieniu od klasztornych zabudowań, których ściany ułożono z niewielkich otoczaków wypełniających drewnianą konstrukcję, kaplica wymurowana była dużym, z gruba ciosanym kamieniem. Niezbyt wielka, odznaczała się niewzruszoną potęgą. Jej mury, miejscami ciemno szare, ówdzie rdzawą żółcią rozjaśnione, swą statecznością chwałę Wszechmogącemu głosiły. Z kaplicy wychodziły na dziedziniec dwa wąskie okna i masywne dźwierze, widno zębem czasu nadgryzione. Po jednym boku dziedzińca mieściło się kilka oddzielnych komnat, w których księgi trzymano. Za ostatnią komnatą znajdował się obszerny kapitularz. Naprzeciw zaś rozlokowane były trzy duże cele i refektarz. Z dziedzińca do refektarza wiodły pięknie rzeźbione drzwi. Drugie, tylne, na podwórzec do kuchni prowadziły. Widząc, że rozglądam się dokoła rudowłosa, co i raz wzrokiem mnie przynaglała w stronę kaplicy. Do środka weszliśmy w cichym skupieniu, bo tam ciche modły odprawiano. Pomny proroczego snu, z bijącym sercem wszedłem w środek chłodnych murów. Oczu do panującej ćmy długo przyzwyczaić nie mogłem, więc po modlitwie w kaplicy ostałem. Rozglądałem się z ciekawością, bo pełna niezwykłego dobrodziejstwa była – wiele krzyży srebrem zdobnych oraz świętych relikwii, oprawnych w złocenia, na ścianach wisiało. Wędrując przez kaplicę i bogactwom owym się dziwując, przy tym mimo woli szukając wzrokiem miejsca, gdzie w majakach Szatana widziałem, dostrzegłem w niewielkiej wnęce pośrodku bocznej ściany godziwych rozmiarów drewniany niby ołtarz. W tym zakątku pomrok znaczny panował i dopiero całkiem blisko podszedłszy zauważyłem, że jest to tryptyk, którego boczne skrzydła są zamknięte. Na każdym z nich zaś namalowana widniała ta sama para postaci. Chciałem owe skrzydła otworzyć, gdy niespodziewanie za moimi plecami pojawiła się furtianka i stanowczym gestem mnie powstrzymała. Dopytałem się jej o tryptyk. To klasztoru najświętszy obraz, odpowiedziała szeptem. Na dni święte jeno otwierany. Wisi w tej kaplicy od czasów, do których pamięć nie sięga. W klasztornych księgach o nim napisane stoi. Co pokazuje, zapytałem, z należnym szacunkiem pochylając głowę? Naszych pierworodnych Rodziców, odparła, Adama i Ewę. Grzechu się dopuścili, knowaniom Lucyfera ulegli i Dobry Ojciec ich z Raju przegonił, bo zły postępek złym oddać się godzi. Na każdym z malowideł tryptyku inna scena z pierwszymi Grzesznikami ukazana, dodała. Klęknęliśmy pospołu z furtianką i odmówili pacierz za ich pokutę. Po zakończeniu modłów pojawiła się rudowłosa i powiodła mnie na poranną strawę do refektarza. Gdy usiadłem pokornie na końcu stoła, podeszła do mnie znowuż siostra furtianka i rzekła, iż Przeorysza dozwala, abym trzy dni i trzy noce klasztornej gościny zażywał i siły na nowo zebrał. W modłach o świcie uczestniczyć mogę, wieczornych śpiewów słuchać i pierwszy posiłek z nimi w refektarzu dzielić. A w izbie odpoczywać i oddawać się pokutnym zamysłom - do woli. Niech Opatrzność ma w swej opiece twoją Przeoryszą za jej łaskawość, powiedziałem do zakonnicy z podziękowaniem. Pod wieczór, gdy słońce nad horyzontem zaczęło się chylić, usiadłem sobie na podworcu podle studni i kontentowałem się spokojnym bytowaniem mniszek - pustym od jakiejkolwiek zewnętrznej wrzawy. W tym spokoju kryła się niewzruszona harmonia z otoczeniem całym. Żadne wojny i okrucieństwa tego padołu grzesznego nie ośmielały się tutaj zapuszczać swych grubiańskich korzeni i psować owej harmonii, która od wyższego Świata była. Nazajutrz rudowłosa znowu dzban wody mi doniosła. W jakiś sposób wyglądała inaczej od innych zakonnic, które onegdaj widziałem. Delikatność i smętek w sobie miała. Zapytałem ją, od kiedy w klasztorze przebywa, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Stała cicho i posłusznie, czekając, aż będę gotowy by iść do kaplicy. W dłoniach biały różaniec trzymała. Ale gdy spojrzałem w jej lico, dwie łzy spływające spod zamkniętych powiek spostrzegłem. Zacząłem chwalić bogobojność widną w klasztorze, a potem opowiadać o mojej podróży do tego miejsca jąłem. Rudowłosa wsparła się o drzwi i słuchała z widocznym zainteresowaniem, aż jej oczy robiły się jeszcze głębsze i lśniące, jak dojrzałe kasztany. Wreszcie rozległ się dzwon i dziewka znak dała, abym się zbierał. Gdy poprowadziła mnie do kaplicy miałem wrażenie, że między nami jakaś nić wspólnoty się rozciąga. Sprawiało mi to przyjemność, a jednocześnie budziło niepokój. Nigdy wcześniej nie doznałem takiego uczucia, i nie wiedziałem zali ono przystoi. Zmówiwszy po kilkakroć poranne modły w milczącej przytomności mniszek, pogrążyłem się w medytacjach. Całą długą noc o tryptyku myślałem, bo jako widziadło ze snu uporczywie do pamięci powracał. I teraz czułem, że była w tym jakowaś niepokojąca przepowiednia - czemu w sennych majakach wejścia do kaplicy mniszki broniły - czyżby tryptyk przede mną ukryć chciały? Moje rozmyślania przerwało zamieszanie wśród grupki zakonnic, które do tej pory w nabożnym skupieniu przed tryptykiem klęczały. Jedna z nich osunęła się z jękiem na posadzkę i nieskromne konwulsje poczęła wyczyniać. Nim zdążyłem powstać, klęczące w pobliżu mniszki oplotły leżącą ramionami i po chwili, spokojną już, wyprowadziły precz. Byłem poruszony tą zdrożną sceną. Pozostawszy niespodzianie sam w opustoszałej kaplicy, ośmielony ciekawością, wziąłem do ręki kaganek, drugi postawiłem pod ścianą i bez trudu skrzydła tryptyku rozwarłem. Po kolei, z uwagą na malowidła poglądałem. A im dłużej pozierałem, tym bardziej tryptyk dziwnym się wydawał. Oczy w niego patrzą i jakoby nie widzą, co widzą, bo mocno stary był. Wewnątrz, na bocznych skrzydłach, dwakroć te same postacie namalowane, jeno bez skąpego nawet odzienia, nieprzystojne, do powszechnego wizerunku Pierwszych Rodziców niepasujące. Na lewym skrzydle Adam jabłko w dłoni dzierży, a na prawym lubieżnie na Ewę poziera. Tylko ze środkowej części, najmniej zniszczonej, siwobrody starzec w dostojne szaty zawinięty ze srogością pogląda. Jednym ramieniem, uniesionym w gniewie, na bramę Raju wskazuje. Pojmując, że to Wszechmogący, padłem na kolana, aby uszanowanie i modlitwą cześć Mu dać. Na postacie starałem się nie pozierać. Po dniu spędzonym na dreptaniu po podworcu i obserwacji przez roztwarte na dziedziniec wrota mniszej aktywności, powróciłem do izby na noc trzecią. Stara furtianka strawę przyniosła i jak zwykle zaparła drzwi. Leżałem na twardym sienniku i słuchając pobożnych lamentacji dumałem z sił wszelkich o utraconym Raju. Tryptyk ma jakąś złą moc - przekonanie to ogarniało mnie coraz przemożniej. Tkwiło mi noc całą w głowie, nie mogłem się go z myśli wyzbyć. Tkwiło i doskwierało. Aż straszno. O świtaniu koszulę na wskroś mokrą ze strachu miałem. Nadszedł ostatni dzień mojego pobytu w klasztorze. Rudowłosa, która, jak co rana przyszła zabrać mnie do kaplicy, na przyzbie przysiadła i ukradkiem wodziła za mną wzrokiem. Miąłem wrażenie, jakby jakiś zamiar miała, ale ust nie otworzyła. Aby rozmowę zawiązać opowiedziałem jej o pobliskich Łambinowicach, bacząc, czy da jakiś znak, że zna te okolice. Pozostała jednak nieporuszona. Zacząłem więc wspominać zdarzenie z omdlałą zakonnicą. Dziewczyna gwałtownie twarz w habicie ukryła, wyraźnie nie chcąc tego słuchać. Gdy tak siedziała skulona, z całej jej sylwetki przezierał smutek, pełen samotności. Jej rude włosy wypłynęły spod szarego habitu i świeciły słonecznym blaskiem. Chciałem powiedzieć jej jakieś słowo otuchy, ale głos ugrzązł mi w grdyce. Po rannej modlitwie w kaplicy poprosiłem rudowłosą o widzenie u Przeoryszy. Wydała się tym zlękniona i po furtiankę pobiegła. Gdy prośbę wobec starej zakonnicy ponowiłem, ta odeszła i długo jej nie było. Wreszcie, zjawiwszy się, iść za sobą kazała.
Część 22 / 2
5. Przeorysza, imieniem Klarysa, siedziała w obszernej celi na krześle z wysokim oparciem, wymoszczonym atłasowymi poduszkami. Przed sobą, na kunsztownie rzeźbionym stole miała rozwarty brewiarz i jakoweś opaśne księgi, oprawne w skórę. Widno bardzo stare, bo skóra miejscami całkiem wytarta była. Gdy wzrok oswoił się z miejscem, zobaczyłem, że ścianę na wprost drzwi przysłaniała niewysłowionej piękności tapiseria - lepsze widziałem po latach jeno w świętym opactwie Cluny w stolicy Francuzów. Przedstawiała niewiastę karmiącą zwierzęta w rajskim ogrodzie. Przeorysza musiała coś pisać, bo obok księgi leżało zaostrzone gęsie pióro oraz kilka niezapełnionych stronnic. Skinęła na towarzyszącą mi zakonnicę, aby się oddaliła, po czym spojrzała na mnie z uwagą. Wytrzymałem to spojrzenie, choć aż w gardle poczułem trzewia. Jej wysokie czoło, pociągłe rysy i surowo zaciśnięte usta respekt instynktowny wzbudzały, a z wejrzenia ciemnych oczu pozierała chłodna przenikliwość. U dołu lewego policzka usiadło ciemne, włochate znamię. Zobaczywszy, że na stół z księgami spoglądam zwróciła się do mnie i powiedziała jakoby ku przestrodze, ta księga naucza, że tylko ten, kto prawdy chce dojść, mędrcem może zostać i Słowu świadczyć. Ale droga to niebezpieczeństw pełna i odwagi wymagająca. Mnisi habit nosisz, więc witam cię, jako Brata w Panu Samoistnym. Z czym przybywasz do tego miejsca dla mężów zamkniętego zapytała. Prawdy szukasz czy przed niebezpieczeństwem przestrzegasz? Najsampierw, skłoniwszy się z szacunkiem, podziękowałem jej za gościnę, pochwaliłem modlitwy zakonnic oraz powszechną pobożność. Wiela klasztorów odwiedzałem, ale ten bogobojnością szlachetny prym wiedzie, powiedziałem i dalej milczę. Nieporuszona na twarzy Przeorysza jeszcze raz zapytała, jakie posłannictwo przygnało mnie w te strony. To niebezpieczne ziemie, bo kruszcem bogate - Szląscy, Czescy i Germańscy panowie za łby się o nie wodzą, dodała, patrząc na mnie z uwagą. Samotny wędrowiec łacno przypadkową ofiarą stać się może. Wszechmogącego sługą jestem i Jego opiece mizerny żywot polecam, odparłem skłoniwszy się z uniżeniem. Po czym zebrawszy cały swój rezon powiedziałem jak to moje modlitwy w intencji klasztoru zakłócił ów sen wróżebny, który podejrzenia zrodził. W szczególności dotyczące tryptyku. Tryptyk jest świętym obrazem i już nie raz wizje prorocze wzbudzał, powiedziała dobitnie. Dni kilka wstecz jedna z zakonnic modląc się przed Tryptykiem widzenie Ogni Piekielnych miała. Mamy takie znaki na uwadze i odnotowujemy je dla potomnych. Ale wracając do twego snu, Bracie, dzisiaj znaczenia jego nie pojmujemy i cierpliwość naszą w ręce Pana Dobrotliwego składamy. Ufam, że i ty Bracie na dalsze znaki Pana Wnikliwego poczekasz, rzekła i dłonią skinąwszy żegnać mnie chciała. Ja wszelako nieporuszony stałem i jej w oczy patrzałem – Przeorysza wątpliwości moich nie rozwiała. Wybacz Świątobliwa Pani, rzekłem, ale w duszy mojej podejrzenie się tli, że na malowidła tryptyku spojrzało Czarta oko. Pierworodnych przeinaczyło, dorzuciłem, a mowa moja nieskładnym stękaniem była. Pozamieniało ich. Te słowa wyrzuciłem z siebie jednym tchem, jakbym się obawiał, że zbraknie mi odwagi. Usłyszawszy te słowa Przeorysza Klarysa zamachała rękami, jak gdyby przeganiając dźwięki, które z siebie wydałem. Kłamstwo, bluźnierstwo, zakrzyknęła, niegodziwość z ust twoich płynie, Bracie! Nic na świętym Tryptyku przeinaczonego nie ma! O tych malowidłach mówią księgi klasztorne i przekazy od czasów najbardziej zamierzchłych powtarzane. Wyraźnie wzburzona wołała do mnie jeszcze, że jestem dureń i świętokradca, jakim prawem ośmielam się klasztornym sprawom zaprzeczenie dawać. Wydawała się pełna determinacji i widno uczona w pismach była. Ale w jej oczach strach widziałem; miała ruchliwe dłonie, które po stole dokazywały, aż klekot się niósł. Gdy odgarnęła z oczów upierścienioną dłonią niesforny kosmyk, dojrzałem, że nie była jeszcze taka leciwa. Może dlatego bojała się wiele. Z wiekiem nabrałaby przezorności i potrafiła strach poskromić, pod licem skryć. Strach to zaczątek wszelkiego nieszczęścia, a ja na niego prokuratorskie wyczucie miałem. W istocie rzeczy, sam też czułem, jak strumień zgrozy plecy chłodził. Mimo to odgadywałem, że jej myśli skrywały więcej, niż ona przyznać była gotowa. Nie dałem za wygraną. Na tym obrazie jest bluźnierstwo, powtórzyłem z uporem i wyjawiłem moją prawdziwą misję świeckiego prokuratora. Przeorysza porwała się ze swojego ciężkiego krzesła, głosu z ust nie dała jeno jeszcze bardziej się trzęsła. Wtedy w serce moje wkradła się rozterka i jakowyś szacunek dla tego miejsca. Zaczęło mnie ogarniać zwątpienie. Grzech to puste oskarżenia rzucać, myślałem, od diabelskich podszeptów strzec się należy. Błądząc, sam mogłem na szubienicy skończyć. Zaświtała mi nadzieja, że może dojdę z nią do ugody, może obejdzie się bez potrzeby rozgłaszania moich podejrzeń. Poprosiłem pokornie by spoczęła na krześle, klęknąłem obok na podłodze i począłem głośno modlitwę odmawiać, Opatrzność na pomoc przywołując. Ona słuchała i, zdało mi się, swoje wzburzenie uciszyła. Jeszcze raz zebrałem się w sobie i powtórzyłem, jak mi się to klasztorne miejsce ulubiło. A potem wyjaśniać począłem, jak sędzia inkwizytor, ufności wszelkiej pozbawiony, szuka śladów czarownic nieraz tam, gdzie ich nie ma. Zamilkłem w oczekiwaniu, że zrozumie moje intencje, ale ona się nie odzywała. Pogrążona w skupieniu patrzyła w swoje księgi. Poczem rzekła uspokojona - łatwo jest być świadkiem fałszywym, hardością świeckiego urzędu wyniosłym. Łatwo jest jadem swych podejrzeń niewinnych kalać, dla doczesnych korzyści psować wiarę świętą, wzgardę jej ukazując. Wzywamy cię na świadectwo Pana Objawionego, prokuratorze, mówiła, szukaj nieuczciwych i wszetecznych gdzie indziej, a klasztor ten ku chwale Jego stojący ostaw w pokoju. Serce mi łomotem waliło od tej mowy, a w głowie nadzieja zaświtała. Wydało mi się, że prośba w jej głosie nuci. Być może, łudziłem się, w mądrości swojej Przeorysza dostrzegła sposób na uniknięcie próżnego zła, ugodę zawrze. W klasztorze dużo bogactwa zgromadzonego jest, podjąłem wcześniejszy wywód, dużo przeróżnych świętych relikwii. Wielu chciałoby modlić się do nich w prywacie i samotności. Niech Przeorysza Klarysa prześle sędziemu inkwizytorowi jakiś upominek, nawet najbardziej lichy, powiedziałem, a tryptyk niech zamknie w lochu i przed oczami ... Dokończyć mi nie dała. Dopieroż oblała się purpurą na licach, jak jaka przejrzała piwonia. Źrenice jej zapłonęły. Z trzaskiem zamknęła leżącą na stole księgą i zachrypłym nagle głosem gadać poczęła. Myślałem, że kamienne mury celi zaczną kruszeć od jej dostojnego jazgotu. Ten klasztor ze swej misji nie zrezygnuje. Ty, prokuratorze i sędzia inkwizytor módlcie się za jej powodzenie, bo zaiste doniosłą jest. Zamilkła na chwilę, a potem poszperała w innej stercie kart i jedna pięknie ozdobioną ujęła w palce. Oto modlitwa św. Klarysy uwieczniona pismem przez mniszki z klasztoru. Przekaż to sędziemu inkwizytorowi z zapewnieniem, że będziemy modlić się w jego intencji. Dostojna taka, a durna i skąpa, pomyślałem zawiedziony. Jedenakoż podziękowałem jej uniżenie i jeszcze raz pochwaliłem pobożność panującą w klasztorze. Rudowłosa czekała przy mojej izbie, by eskortować mnie do bramy. Wyglądała zgasła jak sarna, z której uchodzi ostatnia krew. Szliśmy przez podworzec w pustce i ciszy. Tuż przed bramą mniszka zatrzymała się i wskazującym palcem prawej ręki poczęła kreślić jakieś znaki na deskach bramy. Po chwili zrozumiałem, że są to litery, które, gdy złożyć je razem tworzyły słowa – nie zostawiajcie. Zawirowało mi we łbie. Czego nie zostawiajcie – jej; klasztoru? Ale nie zdążyłem na nią nawet spojrzeć, bo zjawiła się furtianka, rozwarła wrota, podała mi cugle szkapy i na pożegnanie znakiem krzyża obdarzyła.
6. Nie minęło sześć niedziel, a jechaliśmy od Siewierza w konie na powrót do klasztoru – sędzia inkwizytor, ja, skryba i czterech pachołków pod bronią. Razem siedmiu zbrojnych chłopa. A stało się to tak, daruj mi Panie Wszechmogący jeżelim źle uczynił. Trzy noce po opuszczeniu klasztoru zajechałem do sędziego inkwizytora, podarunek od Przeoryszy oraz sprawozdanie z misji w klasztorze mu dałem. Wyłuszczyłem dokładnie to, co widziałem na własne oczy w kaplicy, a takoż wyeksplikowałem moje podejrzenia poparte opowieścią o niezwykłym śnie. O rozmowie z Przeoryszą wspomniałem pobieżnie, tyle ile konieczne było. Od czasu opuszczenia klasztoru myśl o prośbie rudowłosej zakonnicy nie dawała mi spokoju. Koniecznie chciałem ją jeszcze raz zobaczyć i zapytać o znaczenie. Więc przedstawiłem sprawę jako potrzebującą wyjaśnienia, mając w sercu pewność, że niezłomna postawa Przeoryszy doprowadzi do odrzucenia wszelkich podejrzeń. Sędzia wysłuchał mojej opowieści z przychylną atencją. Zadał kilka pytań, by ukontentowanie skryć, po czym zabrał się z zapałem do pracy. Skrybie słowa moje na papierze utrwalić polecił, sam natomiast do hierarchów na wschód i zachód listy sprokurował, prosząc o pozwolenie na szczegółową inwestygację. Potem informacji o klasztornym tryptyku w księgach szukał, a pachołka do wsi po zasięgnięcie języka wysłał. Niebawem przyszły w odpowiedzi pisma zezwalające na podjęcie przesłuchań. Jednakoż hierarchowie surowo zalecali szacunek wobec nieskazitelnej Przeoryszy Klarysy, dozwalając na badanie pod przemocą jedynie w niepodważalnej ostateczności. Przypominali także o kościelnych prawach do klasztornego majątku. Poczyniwszy konieczne przygotowania, ruszyliśmy pośpiesznie w drogę. Kat pozostał na miejscu, mając poruczenie, by w gotowości stać i dopiero na wezwanie ruszać. Nasze niespodziane przybycie do klasztoru zrozumiały popłoch wśród mniszek sprawiło. Sędzia inkwizytor łaskawie pozwolił wszem zakonnicom, by nie przerywały doczesnej klasztoru rutyny, a jeno Przeoryszę o widzenie nazajutrz poprosił. Przewidując dłuższy postój, kwaterę w jednej z cel od dziedzińca wziął, a pachołków w izbach na podwórcu postawił. Zgodnie z nakazem ostrożności, od tej pory bramy do klasztoru pilnować mieli. Ja ze skrybą stanęliśmy w celach obok sędziego. Tego wieczoru pachołcy złapali jakiegoś młokosa, co przez mur przełaził. Nie umiał odpowiedzieć, co w klasztorze robił, więc go kijami precz przegnano. Rudowłosą mniszkę widziałem jedynie z daleka, jak w gromadzie innych zakonnic do kaplicy szła. Zdało się, że rzuciła przelotne spojrzenie w moją stronę. Następnego dnia, doczekawszy do końca porannej modlitwy, ruszyliśmy we trzech na wspólne oględziny tryptyku. Żadna jednako roztropna konkluzja z tej inspekcji nie powstała. Pierwszych Rodziców nie udawało się ostatecznie rozpoznać na bocznych malowidłach. Szorstka, spękana farba tryptyku zazdrośnie strzegła tajemnicy. Na posiedzenie sądu zebraliśmy się w kapitularzu. Sędzia inkwizytor pośrodku długiego stołu zasiadł, ja z jego prawej strony a skryba po lewej. Naprzeciw, nieopodal komina, w którym ogień płomieniami złowieszczo poświęcał, ustawiono krzesło dla Przeoryszy. Dwa zbrojne pachołki wedle drzwi stanęli i mieli rozkaz do środka wnijść dopiero po jej przybyciu. Sędzia inkwizytor jeszcze raz w cichości przeczytał moje oskarżenie. Teraz, tryptyk zobaczywszy, wydało się lepiej pojmował moją nieufność. Wreszcie, będąc w gotowości do wstępnych indagacji, posłał po Przeoryszę jednego z pachołków. Gdy weszła, sędzia inkwizytor nakazał jej podle stołu stanąć i przeczytał pismo otrzymane od hierarchów. Ze swej strony dodał zapewnienie, że Przeorysza Klarysa - szacunkiem otaczana świątobliwa matrona, nie potrzebuje przesłuchania tego się obawiać, bowiem ono tylko prawdę odkryć zamierza. Niechaj więc ukorzy się przed tym sądem, który jest zwiastunem dobroci i sprawiedliwości Wszechmogącego, i niech dokładnie, bez zatajeń i krętactw, opowie, jak wygląda życie i religijne posługi w klasztorze. Zakończywszy, zezwolił jej na krześle spocząć. Przeorysza usiadła godnie – dłonie jakby do modlitwy złożyła, a wzrok skromnie trzymała spuszczony. Gładka, choć groźbą podszyta mowa sędziego nie zdawała się robić na niej wrażenia. Skłoniła się z szacunkiem i spokojny głos z siebie dobyła. Bez wysiłku nie dowiemy się niczego o innych i nie dowiemy się niczego o sobie samych, rzekła. Sen i jawa, prawda i złuda pomieszane są w życiu. Któż lepiej, niż sędzia inkwizytor takie sprawy rozumie. Ona za honor i obowiązek swój poczytuje udzielić mu pomocy w oddzielaniu kłamstwa od prawdy, a także zdemaskować bluźniercze potwarze. Wypowiadając te słowa Przeorysza nie podnosiła oczu, ale nie mogłem pozbyć się impresji, że skierowane były w moją stronę. Na jej twarzy nie widać było dawnego przestrachu. Wiarę miała. Wziąwszy w ręce ciężki kutumiarz, w tłoczoną skórę i srebrne okucia zdobny, historyję klasztoru pokrótce objaśniła. Zamysł pobudowania klasztoru pochodził od Władysława Białego, który śmierć umiłowanej Agnieszki ze Strzelc, dziewicy sławnej z piękności na całą okolicę, upamiętnić chciał. Wymieniła Przeorysza świętych patronów i dobroczyńców klasztoru. Niebylejakie rody głośno do pamięci przywołała, biskupów z Małopolski przy tym wspomniawszy. Z kolei klasztorne włości nazwała, wyliczając z ilu wsi dostaje daninę, rachując prowizje i gospodarskie powinności. Podczas jej mowy skryba czynił skrzętne zapiski. Miał przed sobą rosnący stos zapisanych arkuszy, kałamarz z inkaustem i wiązkę piór z gęsiny, które to, co i raz ostrzył. Czynność ta całkowicie go pochłaniała.
7. Przeorysza poszperała w księdze i wątek kolejny podjęła. W klasztorze żywie nie więcej niźli dwa tuziny mniszek, bo dla tylu jeno cel starcza, powiedziała. Z przyzwolenia Opatrzności, nowa wstępuje w te progi jedynie wonczas, gdy któraś z tego padołu boleści odejdzie - ze starości lubo innego przeznaczenia, Panie Frasobliwy świeć nad ich duszami. Ale nawet w czasie pomorów nie brano więcej niż dwie na raz. Do klasztoru przyjmowane są młódki, niewiele ponad szesnaście wiosen mające, które do służby bożej chęć wyrażają. Są wśród nich dziewki proste, wiejskie, a takoż i ubogie szlachcianki – wszystkie zrównane wobec swej duchowej powinności. Przyczynia się to do zachowania ciągłości przekazywanej wiary i tradycji, której ksienią jest ona, Przeorysza. Po obłóczynach nowicjuszki przechodzą okres próby, od wiosny do wiosny; biorą wtedy udział w świętych obrządkach, ale nie są poddane klasztornej dyscyplinie i pozostają w izbach od podwórca. Po ukończeniu nowicjatu śluby zakonne składają i stają się służebnicami Pana Radosnego. Rygor w klasztorze panuje bardzo surowy. Wolno się odzywać tym, które w mnisim habicie najmniej pół tuzina lat spędziły. Te z krótszą posługą, takoż nowicjuszki jak i profeski, słuchają, ale pytać dozwolone mają dopiero po pełnym oczyszczeniu. Wyjaśnienia te, z niepomierną szczegółów ilością, Przeorysza przedstawiała monotonnym głosem i widziałem, jak skryba z trudem tłumi ziewanie, a i mnie powieki zaczynały się kleić. Pierwszych kilka zim po święceniach, jak długo - zależy od łaskawości Pana Przenikliwego oraz od młodej duszy, kontynuowała Przeorysza, jest okresem przysposobienia. Wonczas mniszki biorą udział w klasztornych zajęciach, dużo się modlą i dostępują spowiedzi. To jedyne chwile, kiedy szeptem im wolno słowa wypowiadać. W akcie spowiedzi ważne jest, by była ona całkowicie szczera, pochodziła wprost z duszy, bez kłamstwa narzucanego przez rozum i ciało. Nie dzieje się to łatwo. Aby całkowitą szczerość pobudzić, mniszki umartwiają się, głodują, klęczą całą noc przed konfesjonałem, co często do stanu delirium je doprowadza. Wtenczas wyrzucają ze swojej głębi myśli związane z przeszłością. W halucynacjach o dzieciństwie i rodzinie, o krzywdach i nieszczęściach, o grzechach wreszcie prawią. Sięgają do wspomnień, które zalegają w mrokach duszy. W obrządku tym - przebiega on tak długo, aż spowiedź przestanie dotyczyć spraw świeckich - poszukuje się pełnego oczyszczenia i oddzielenia duszy od rozumu i ciała, tak jak to w rajskich zaraniach bywało. Nigdy nie trwa to mniej niż rok, bo skorupa grzechu narosła na duszy twarda bywa i niełatwo ją skruszyć. Najtrudniej jest z tymi, które dotknął nieczysty kontakt z mężczyzną. Dlatego milczenie ważne jest - ono odgradza od świata, tłumi potrzebę wypowiadania słów czczych i doprowadza do wybuchu otwartego płomienia wyznań podczas spowiedzi. Gdy pora oczyszczania minie, mniszka gotowa jest na przyjmowanie nauki - jej zmysły stają się subtelne. Można zacząć na nowo siejbę Wiary w jej nagą duszę, jak ziarno w ziemię świeżo na wiosnę przeoraną. Taka Wiara zapada na wskroś, jednocząc troistość całej osoby. Dusza mniszki, wyniesiona nad rozum i ciało staje się jedynym źródłem uczuć, postępków i myśli. Gdy zakonnice ponownie mówić dozwolone mają, tematem ich rozmów jest uwielbienie Pana Miłosiernego, jest pokuta za Grzech człowieczy, jest wreszcie pobożna misja klasztoru. Słuchając tak Przeoryszy, coraz bardziej ogarniało mnie przeświadczenie, że mój sen proroczy pomyłką był. Że wszelkie podejrzenia tego miejsca i osoby pełnej świątobliwości, która jeno bezgranicznym poświęceniem dla wiary żyje, są niesłuszne. Czy więc na mnie nie spadnie odpowiedzialność za ten niepotrzebny proces? Naszły mnie obrzydłe myśli o szorstkim powrozie, który mą szyję oplecie. Z nienawiścią pomyślałem o sędzim inkwizytorze - zapędziłem się, chciałem tu powrócić, ale to jego wina. Omamił mnie. Kątem oka w stronę gdzie siedział, spojrzałem. Miał zasępioną twarzą. Musiały trapić go przeczucia do moich podobne. Jemu takoż może się nie upiec - szukałem bladej pociechy. Niech nie zazna spokoju. Z żebraczego zakonu wyrósł, a jeno za bogactwem gonił. Te ponure deliberacje urwało dzwonienie pod drzwiami, na posiłek do refektarza wzywające. Jedzenie było sute, widać Przeorysza dogodzić nam chciała. Zaiste, dobre wino przygasiło kłujące obawy. Dzień był ciepły i senny. Po sowitym posiłku, zasiedliśmy, sędzia, skryba i ja przy studni, aby odpocząć i poglądali na schludną krzątaninę mniszek, które unikały przybyszy i trzymały się w stosownej odległości. Jakoby do rytmu z tą mniszą łagodnością, spod dachu kaplicy, gdzie jaskółki miały swe liczne gniazda, wyskoczyła jedna ptaszyna, a potem druga, za nimi następne i zaczęły ze świstem koła nad dziedzińcem kręcić. Widać obeznane ze zwyczajami klasztoru, ptasi początek do anielskich śpiewów mniszek dawały. Ale coś głębszego przecie w tym kołowaniu było, jakoby uciecha natury na pokorę ludzkiej istoty wobec dokonań Wszechmogącego. Jaskółki tańczyły swój podniebny pląs, śmigały przeganiając się, zmieniały pozycje, to gwałtownie się wzbijając, to nurkując, co chwila wydawały razem piski, już to celując prosto w wieżę, którą omijały w ostatnim momencie, już to falując w rytm jakiejś niedostępnej dla człeczego ucha melodii. Z pomocą tych bożych stworzeń zły nastrój całkiem mnie odszedł. W pogodnej zadumie ze spuszczoną głową dreptałem przez dziedziniec. Wtem, niemal przypadkiem zoczyłem, jak z niedomkniętych wrót kaplicy wąż jadowity wypełza. Zatrzymałem się porażony grozą. Jeden z pachołków pałasza dobył i skoczył, by gadzinę rozsiekać. Spóźnił się - bestia gdzieś pośród kamieni w murze odgradzającym dziedziniec od podwórca znikła. Strach posępny mnie obleciał i na wszelki wypadek kilkakroć znak krzyża nakreśliłem. Pozostali tak samo poczynili. Wydarzenie to, widno proroczym będąc, obudziło zamysł, że Czart pod gadzią postacią w kaplicy się skrywał. Wspomnienie o zauroczonym tryptyku ogarnęło umysł - nie były to więc oczu moich zwidy ani majaki chorobliwe - w świętym miejscu Szatan przeklęty swe diabelskie czynił czyny. Sędzia inkwizytor zapewne tak samo rozumował, bo skierował kroki do kaplicy, ostrożnie przy tym na wszystkie strony bacząc. Skryba, jako i ja, podążyliśmy za nim. Idąc podług ścian, stanęliśmy na koniec przed tryptykiem, by raz jeszcze jego malowidłom się przyglądnąć. Na pierwsze wejrzenie niby nic się nie zmieniło – nadal nie mogliśmy wyraźnie rozróżnić od siebie występnych Rodziców, tak jak trudno było określić, w czyją stronę wąż kusiciel zwrócony. Jednakowoż otworzywszy skrzydła tryptyku, podejrzenia ze zdwojoną mocą wpełzły w nasze serca. Te stare wizerunki nie objaśniają odwiecznych nauk Mojżesza, jeno zatrutym jadem czarciego spojrzenia mamią niewinne istoty, powiedział sędzia inkwizytor cichym, ale mocnym głosem. Zwątpienie ustępowało miejsca gniewowi. Odważni i nieustępliwi być musimy, zabrzmiały za mną złowieszczo słowa sędziego inkwizytora.
8. Z nastaniem nowego dnia, po porannych modlitwach podjęto przesłuchanie Przeoryszy. Wielebna Klaryso, bardzo radzi jesteśmy dowiedzieć się czegoś bliżej o misji klasztoru, zwrócił się do Przeoryszy sędzia inkwizytor, kiedy na powrót zasiedliśmy za stołem w sali kapitulnej. Właśnie do tego zmierzam, z powagą odparła Przeorysza. Trzymała się prosto w fotelu, a ręku trzymała księgę. Otóż, gdy dusza mniszki otworzy się, jako księga na czystej stronnicy, nauka świętej religii od samych podstaw następuje. Od stworzenia Świata, a pierwej od Raju powstania, od wykreowania pierwszych Rodziców i szczęśliwego początku ich stadła, do sromotnego wygnania przez Pana Zagniewanego. Świadectwo temu daje Pismo Święte w Trzeciej Księdze Rodzaju. Jednakoż najdobitniej prawdę o tych zdarzeniach, o grzesznym Adamie i zniewolonej Ewie, przybliża nam uświęcony Tryptyk. Misją naszego klasztoru jest pogłębianie wiedzy o owej Prawdzie. Zakonnice, w piśmie uczone, także w starych księgach szukają potwierdzenia tryptykowego przesłania. Dopiero, gdy to nastąpi, będą mogły w modlitwie z wdzięcznością wołać do Pana Władającego na tronie niebieskim "credo ergo sum!". Niby znaczenie tych słów winno być miłe Wszechmogącemu, niby głos Przeoryszy przepełniało bogobojne posłuszeństwo, ale brzmiały w nim zgrzytliwe obce nuty. Jakoby jakaś odmienna prawda istniała. Jakoby tryptyk przed Biblię świętą się wysuwał. Owszem, do powinności klasztoru należy głoszenie pokuty za Grzech pierworodny - za