Biografia · 24 min czytania
WYZNANIE
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Wstęp. Jest to opwiadanie o moim kumplu. Poznałem go pełniąc służbę zastępczą (zamiast wojska) w ośrodku dla starych czubków. Był on jedynym człowiekiem, z którym mogłem pogadać...odszedł...w nocy z 17 na 18 września 2051r. Zostawił ten tekst.
Wyznanie.
„Zaczęło się wszystko, gdy z domu mnie wzięli i w celi śmierci zamknęli, więc powtórzyć wam chcę: Jestem prawie niewinny, nie. Śmierć nie przeraża mnie.” „Krzesło łaski” Nick Cave
Prolog.
17 września 2051r. Siedzę w swoim pokoju, pochylony nad okrągłym stolikiem. Mimo iż jest dopiero 16:00 mam zaświeconą lampkę, gdyż na dworze zapadł zmierzch. Wywołały go ciemne chmury niosące deszcz. Krople wody bębnią o szybę i parapet. Po niebie niesie się huk grzmotu. Z głośników wieży dobiega cicha muzyka, jakiś spokojniejszy kawałek z płyty „Fly Eyes” H-blockx... Nie o tym jednak chcę pisać. Usadowiłem moje stare łamane (zwłaszcza w taką pogodę jak dziś) reumatyzmem kości, na niewygodnym zydelku, włożyłem na nos okulary (o szkłach jak zymfciok), wziąłem w swoje palce (wykrzywione niczym szpony) długopis, by...Hm???....Wypadałoby teraz napisać, aby ulżyć cierpieniom, jakich doznaję tłumiąc w sobie ten sekret. Podzielić się tajemnicą, którą przez pięćdziesiąt lat miałem tylko dla siebie, ale nie. Piszę to teraz, po pięćdziesięciu pięciu latach, bo wiem, że dokonałem właściwego wyboru. Dziś, kiedy sam jestem starcem (cierpiącym na różne paskudne choróbska, o których wam się nie śniło), wiem, że postąpiłem słusznie. Co takiego zrobiłem? Spokojnie, dowiecie się w swoim czasie. Wpierw opowiem wam trochę więcej o sobie....
Poczęcie.
Część 22 / 3
Nazywam się Stanisław Ihnatowicz zrodziłem się z niewiasty o imieniu Nora Krusze. Panna Nora była imprezową dziewczyną i obracała się wśród ludzi, których pseuda brzmiały: Bolo, Przemol, Suchy, Kibel, Krakowiak, Ruby, Łysy, Oczko, Inspektor, Perszing, Masa, Jakobs, Baranina, Izyk, Ryży, Randolf, itp. Chyba wszyscy jej ówcześni znajomi mieli jakieś zatargi z prawem, co w latach późniejszych, gdy byłem małym chłopcem, przełożyło się na dłuższe lub krótsze odsiadki. Wobec powyższego nie dziwi, więc fakt, że gdy raz na imprezie zainteresował się nią gościu zwany Tadzio Ihnatowicz, postanowiła pokazać mu się z jak najlepszej strony (tu dodam, że Tadeusz był wykształconym spawaczem, i w takowym zawodzie pracował od czasu gdy oddał armii rok swego życia, ale Tadeusz był jedynakiem i miał bogatych rodziców, co stawiało go wyżej w oczach Nory), więc zaczęła swój pokaz, który niewątpliwie Tadzia zainteresował (gdyby było inaczej nie pisałbym teraz tej historii). Prezentacja ta dokonała się na jakimś bliżej nieokreślonym balu w styczniu 1981r. W dziewięć miesięcy później, dokładnie o godzinie 16:00 dnia 17 września 1981r urodziłem się Ja, efekt prezentacji. Gdzieś tak w połowie drogi między prezentacją a narodzinami miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie: ślub Nory Krusze z Tadeuszem Ihnatowiczem, skutkiem czego było przyjęcie przez Norę nazwiska Tadeusza, pieniędzy Tadeusza, domu Tadeusza i przyjaciół Tadeusza. O tym ostatnim Tadzio oczywiście nie wiedział, z całą resztą po prostu się pogodził. Żył sobie Tadek z Norą jak Felek z Anielą, brakowało tylko dzieci i służącej. Służącej miało nie być, a dzieci...
Cud narodzin, oraz historia o tym jak stałem się katolikiem.
Pierwszy byłem ja. Parę słów o porodzie: Wychodząc z łona matki wypiąłem się na świat, następnie nie wykazałem najmniejszego zainteresowania otoczeniem. Lekarz walnął mnie, trochę za mocno jak twierdzą niektórzy, ale wyznając zasadę „ninja nie może być mientka” nie wydałem z siebie żadnego dźwięku. Gdy wkoło szerzyła się panika, ludzie zaczęli coś krzyczeć, miotali się po sali jak poparzeni dotarło do mnie, że będę musiał współistnieć z tą hołotą, dzielić ich poglądy, przyjmować ich ideologie...Rozbeczałem się. Tak oto moja nędzna persona pojawiła się na tym pięknym świecie(tak, tak, świat jest piękny, cudowny, genialny i niezgłębiony, tylko ludzie jacyś tacy...). Przynajmniej, tak sobie tłumaczę wydarzenia, które naprawdę miały miejsce w sali narodzin, czyli: poród pośladkowy, martwy noworodek, zmartwychwstanie??? Kolejnym wydarzeniem, które dosyć poważnie zaważyło na moim dalszym życiu, był Chrzest. O tak, moi rodzice byli katolikami, (tzn. należeli do kościoła katolickiego, bowiem to, co wyczyniali nie było chyba w duchu wiary...), więc uczynili to, co nakazuje Kościół nie pytając mnie o zgodę. Ksiądz zlał mnie wodą, wymówił formułkę, i w ten oto sposób zostałem obmyty z Grzechu Pierworodnego i ochrzczony imieniem Stanisław, które noszę do dziś.
Dorastanie.
Później rosłem sobie spokojnie pod czujnym okiem rodziców, którzy nie przepuścili żadnej okazji żeby mnie trzepnąć w łeb. Gdy miałem lat sześć, bodajże, starsi wysłali mnie do zerówki. To odmieniło moje życie. Już nie byłem bity przez starszych. Spędzając pół dnia w zerówce a później szwendając się, lub ćwicząc pisownię czy czytanie, nie nastręczałem im wielu okazji do walnięcia mnie w łeb, czy kopnięcia w.... Nie ważne w co. Teraz biła mnie wychowawczyni grupy oraz inne dzieci. Na moje szczęście w naszej wiosce nie było zbyt wielu bachorów, dzięki czemu jakoś wytrzymałem. W zerówce nauczyłem się czytać i pisać, to było banalne, przynajmniej dla mnie. Większość dzieciaków miała z tym spory kłopot, i za to mnie bili, jakby to była moja wina, że są tępi. Ciekawi was, za co biła mnie pani wychowawczyni, Helenka zresztą? Otóż Helenka lała mnie za to, że nie chciałem się bawić z innymi dziećmi. Tak, więc najpierw biła mnie Helenka, potem szedłem się bawić z resztą grupy, a tam bili moje ciało więksi ode mnie. Byłem najmniejszy. Dorastałem sobie spokojnie, co dzień zaskakiwany pomysłowością „kolegów”. Z czasem uczyłem się ich unikać, a gdy to było niemożliwe, oddawałem się w ich ręce. Nie wiem co ze mną robili, gdyż kierowałem wówczas całą świadomość do krainy szczęśliwości. Czasem się łapię na tym, że nie znam niektórych faktów z czasów mej młodości, za to wspomnienia wypełnione mam własnymi fantazjami, lub interpretacjami zupełnie błahych sytuacji. Wokół mnie życie toczyło się własnym torem, a ja zamykałem się we własnym świecie, nie szukając przyjaciół wśród ludzi. Jednak moja wyobraźnia nie była doskonała. Brakowało mi odpowiedzi na wiele dziwnych pytań, aż do czasu, gdy odkryłem miejsce, w którym tkwiły tysiące odpowiedzi na każde z moich pytań, w postaci tysięcy miliardów liter, ułożonych w setki miliardów słów składających się z kolei na miliardy zdań. Pogrupowane na setkach kartek zamkniętych okładkami. Biblioteka. W książkach znalazłem odpowiedzi, przyjaciół, wrogów, ideologie i... Hobby.
Hobby.
Część 33 / 3
Tak, hobby to dosyć ważna część mej spowiedzi. Zaczęło się od jakiejś powieści, której akcja rozgrywała się podczas wojny. Doznałem wówczas miłego uczucia, czytając pewien fragment, w którym pewien snajper namierzał cel. Do dziś mam w wyobraźni ten obraz. Czytałem jak żołnierz spogląda przez lunetę na budynek, krzyż nitek przesuwał się od okna do okna, przystając na każdym, po czym kontynuował swoją wędrówkę do chwili, gdy w oknie pojawiła się postać oficera siedzącego przy biurku. Krzyż nitek poćwiartował krótko ostrzyżoną głowę oficera. Palec snajpera pewniej oparł się na spuście, napięły się mięśnie. Celownik powoli opadał. Snajper nie mógł dojrzeć twarzy oficera. Nie mógł strzelać do póki nie wiedział na pewno, że ma na celowniku właściwego oficera. Ofiara niczego nie podejrzewając szukała czegoś w szufladzie biurka, przedłużając sobie ostatnie chwile życia. Wreszcie znalazła. Paczka papierosów. Oficer włożył jednego do ust. Wyprostował się. Poćwiartowanym okiem spojrzał w ciemność przed sobą. Znowu dało się wyczuć napięcie snajpera. Za ciemno, dalej nie mógł rozpoznać ofiary. I właśnie wtedy coś rozświetliło skryte dotychczas w mroku oblicze oficera. Zapalił papierosa. Zgasił życie. Palenie zabija. Oderwałem wzrok od książki i spojrzałem przed siebie. Siedziałem przy biurku stojącym przy oknie. Przeszedł mnie dreszcz. Wstałem i położyłem się na łóżku. Jeszcze długo nie mogłem zasnąć. To właśnie wtedy zacząłem się interesować karabinami snajperskimi, przeglądałem magazyny militarne, oglądałem filmy. Uwielbiałem „Leona zawodowca” miałem na jego punkcie kompletnego fioła. Czasem, gdy mój świat został zbrukany przez jakąś istotę z zewnątrz to wyobrażałem sobie jak leżę w ukryciu i czekam obserwując tą postać, która naruszyła moją prywatność. Śledzę każdy jej ruch, każdy gest. Gdy zżera posiłki, myje się, siada na kiblu...Trach. Zwłoki spadają z sedesu, z gołym tyłkiem zanieczyszczonym kałem. Triumf, zwycięstwo, victory. Jeśli po śmierci istnieje jakaś świadomość, jego właśnie umiera ze wstydu.
Leon, czyli powrót do rzeczywistości.
Zacząłem wędrować po mieście szukając miejsca, w którym mógłbym się ukryć i obserwować ludzi. Powoli wracałem do realnego świata. Nabyłem na targu lornetkę, nie była to dobra rzecz, ale miała to coś. Coś, co mnie kręciło najbardziej. Krzyż nitek. Za radą Leona założyłem strój nie rzucający się w oczy. Zaszywałem się w kryjówkach odkrytych podczas wędrówek i śledziłem ich, obserwowałem fragmenty życia, bezwzględnego, okrutnego, pełnego stresu, pogoni za czasem, pieniędzmi, lepszym życiem, dłuższym życiem. Idioci. Zaglądałem im w oczy, widziałem kłamstwo. Ich fałszywe uśmiechy prześladowały mnie aż do zmierzchu. Później wszystko zakrywała czerń, oznajmiając czas powrotu. Wchodziłem do pokoju w całkowitych ciemnościach, zaciągałem zasłony. Pod kołdrę wkładałem zwinięty koc. Samemu siadałem w fotelu pod ścianą, twarzą do drzwi. Nikt nie mógł mnie zobaczyć z zewnątrz. Sprawdziłem. Pobudka następowała parę minut przed świtem. Krótka gimnastyka, po której jadłem śniadanie. Mleko było oczywiście głównym składnikiem posiłków. Po śniadaniu miałem dużo czasu, by odrobić lekcje i powtórzyć materiał. Pewnie myślicie, że mi kompletnie odbiło. No w najlepszym przypadku, że była to zwykła zabawa chłopaka w wieku dojrzewania, który próbuje naśladować swego idola. Błąd. Nic z tych rzeczy. Moje zachowanie było naprawdę konieczne. Życie w domu trochę się skomplikowało. Starzy chlali na umór, a jak już byli pijani to się na mnie wyżywali. Parę razy zdarzyło mi się oberwać. Gdy bardzo puchłem to ojciec zamykał mnie w piwnicy, gdzie siedziałem do czasu, aż widoczne ślady pobicia znikały. Dzięki mojemu nowemu stylowi życia udało mi się uniknąć skatowania butelką po jakimś tanim alkoholu. Siedziałem w fotelu i patrzyłem jak Tadek okłada koc leżący pod kołdrą. Siedziałem cicho i myślałem tylko o tym, aby się nie zorientował, że siedzę za nim. Na moje szczęście był tak pijany, że nie bardzo wiedział, co się wokół niego dzieje. Szybko się zmęczył i wyszedł, zataczając się, z pokoju. Długo siedziałem z otwartymi oczyma czekając aż wróci. Nie wrócił. Za to ja zasnąłem. Byłem tak wykończony, że przespałem wschód słońca. Pomyślałem wtedy, że przydałyby mi się wakacje, lub choćby weekend odpoczynku. Spojrzałem na łóżko, które było całkowicie rozkopane. Na podłodze leżała butelka. „Mam dzisiaj szczęście”- pomyślałem, niestety nieco za wcześnie.
In a dream.
Jeszcze przed południem nawaliłem po raz drugi. Siedziałem sobie spokojnie w trzeciej ławce pod ścianą. Lekcję prowadziła jakaś babka, która przyszła do nas na zastępstwo. Strasznie nudziła, więc dawnym zwyczajem zatopiłem się w myślach. Byłem już daleko w krainie szczęśliwości, gdy usłyszałem wołanie. Zignorowałem je oczywiście, jak zawsze w takich przypadkach. Wołanie powtórzyło się, tym razem bardziej ponaglające, niecierpliwe, nie znoszące sprzeciwu. Nie reaguję, wiedziałem, że to nauczycielka mnie woła, a mimo to nie reagowałem. Żaden z nauczycieli, z którymi mieliśmy normalnie lekcje nie wołał mnie do odpowiedzi. Bo i po co. Frekwencja- 99%, średnia ocen >5, zachowanie- wzorowe. Czego więcej można chcieć od ucznia? Jednak wredna baba chciała mi udowodnić, że to ona tutaj rządzi. Do dziś chyba nie zdaje sobie sprawy, jakiego bigosu mi narobiła. Otóż, gdy nie reagowałem na jej kolejne…