Fantastyka · 17 min czytania
Wzgórze marzeń
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Sam nie wiem dlaczego bawię się z nimi. Przecież jestem świadomy swojego wieku i wiem, że już najwyższy czas dorosnąć. Mimo to wciąż się z nimi bawię. Cóż, teraz zabawy nie są zbyt wyszukane i skomplikowane. Oni z roku na rok i z każdą kolejną grupą młodszych są mniej inteligentni i mają coraz mniej chęci aby pogłówkować. Lubią już tylko wcielać się w rolę policjantów i złodziei czy w ruinnych rabusiów. A już najbardziej chcą udawać Richów. Mogą wtedy opowiadać o marzeniach bez przyznawania się, że to ich najgłębsze. Noszą się dumnie, mówią o wielkich autach, wspaniałych domach wyposażonych w wodę, prąd i gaz oraz gorących wyszukanych posiłkach, których nie sposób zjeść na raz. O ciepłej wodzie każdego dnia, rozgrzanych, puchowych kołdrach... czyli o tym wszystkim o czym marzą zamykając oczy pod stertą brudnych koców, na metalowych pryczach, po kąpieli w szklance zimnej wody. Oczywiście ani oni ani ja nigdy żadnego Richa nie widzieliśmy, bo w naszym mieście nie mieszka ani jeden. Tamci trzymają się razem, tak jak i Wykształciuchy. Riche są razem w wielkich aglomeracjach, bo się boją o swoje wille, a Wykształciuchy, bo z kim by mieli rozmawiać o Michaelu Angelo, Kancie czy Platonie. Robią sobie te śmieszne Barbecue i paplają o tym wszystkim o czym my Tyraki nawet myśleć nie potrzebujemy. Nam szkoda czasu na pierdoły, bo trzeba co dzień organizować coś do żarcia, opał i w ogóle przetrwać. Sklepikarz czasem opowiada, on widział Richa nie raz. Jeździ do aglomeracji handlować. Widział ich spacerujących ulicami, jeżdżących autami, widział ich domy i obejścia. Gdy mówi o tym, przy szklaneczce czegoś alkoholowego, wszyscy słuchamy a w głowach tworzymy własne wizje tych miejsc, ludzi i przedmiotów. Stary najczęściej wysyła mnie po złom. Taki najmniej zardzewiały „do odzysku”. Wymienia go ze sklepikarzem na żarcie, jakieś ciuchy czy gary. Gdy jeżdżę po złom do starej huty to namawiam tych starszych dzieciaków, by szli ze mną. Zawsze obiecuję świetną zabawę. Ale oni szybko się orientują, że ta zabawa to trochę wykorzystywanie. Dlatego staram się wymyślać różne rzeczy, żeby było ciekawie. Kiedyś z Ryśkiem, Darkiem Witkiem i Romanem wyjechaliśmy na taką hałdę gdzie było masę potłuczonych lamp tranzystorowych. Te całe już ludzie pozabierali na naczynia, ale znaleźliśmy kilka mniej potłuczonych. Wymyśliłem, że zbudujemy wzgórze życzeń. Zabraliśmy te lampy, a muszę powiedzieć, że każda większa była od mojej głowy. Trochę się natrudziliśmy. Wybraliśmy skarpę przy ruinach supermarketu, wykopaliśmy doły pod te lampy. Każdy z nas miał kilka dla siebie. Zrobiliśmy plastikowe zatyczki. Powiedziałem chłopakom, że to są transformatory życzeń. Trzeba do środka wypowiedzieć życzenie i zakorkować. Później zakopać tym korkiem w dół do połowy. Będziemy chodzić tam wieczorami i obserwować. Jeśli któraś zaświeci to znaczy, że życzenie wewnątrz się spełni. Chłopaki zakrywając rękoma butle i odwracając się plecami do siebie wypowiadali szeptem życzenia. Wstydziliśmy się, marzeń bo inni mogą się śmiać. Zakopaliśmy ze dwadzieścia takich transformatorów życzeń. Były ładnie ułożone w rzędy i szeregi, jak rośliny na grządkach. Mój stary pędził bimber czy coś takiego i często chodził nawiany popołudniami i wieczorami. Najlepszym wyjściem dla mnie było w ten czas wyrywać się z domu i nie pokazywać mu się na oczy. Nie, nie bił mnie i się nie awanturował, ale marudził strasznie. Dlatego wymyśliłem to wzgórze żeby się wieczorami nie szwendać samemu. Chodziliśmy z chłopakami, siadaliśmy na ruinach marketu i gapiliśmy się czy aby któraś z lamp nie zabłyśnie. Fajnie było, bo gadaliśmy o różnych rzeczach i czas szybko leciał. Chłopakom się już znudziło. Witek trzeciego dnia wymiękł a Roman po tygodniu. Skoro żadne z życzeń się nie spełniło, przestali wierzyć. Postanowiłem więc trochę pomóc losowi.
Siedzieliśmy z Ryśkiem i Darkiem. - Wiecie jakie jest moje marzenie? To tamto, trzecie od góry w drugim rzędzie. - Do tej pory gadaliśmy o tym jak sobie radzą starzy, jak jest w domu itd. Nie rozmawialiśmy o tych zakopanych marzeniach. Chłopaki spojrzeli na mnie. - Chciałbym mieć nowy wózek do złomu. Taki z oponami i prostą osią, żeby dużo w nim się mieściło i żeby się go lekko pchało – opowiadałem, patrząc w niebo. Wiedziałem, że wykrztałciuch z naszego bloku zdobył taki wózek. Stał od wczoraj w jego ogrodzie. Postanowiłem, że go sobie „pożyczę” na kilka dni i tak spełni się marzenie. Siedzieliśmy tak chwilę w ciszy i Darek zaczął mówić. Tak jakby do siebie. - Ja miałem takie najważniejsze, żebym nie musiał w polu robić. Tak jak mój ojciec, Karina i Krystian. - Jego rodzina utrzymuje się z pracy w polu „Spółdzielni”. Stary tyra od rana do wieczora. Jego starszy brat Krystian już też całe dnie haruje. Teraz jego siostra Karina z miesiąca na miesiąc musi coraz więcej czasu robić. Jego ojciec mówi, że i Darek ma już swoje lata i najwyższy czas zarobić na siebie. Zaczęli go zabierać, na razie na kilka godzin dziennie, ale z czasem będzie musiał zapieprzać po dwanaście godzin. Mówił, że robota ciężka i strasznie się dłuży. - Chciałem żeby się coś wydarzyło. Cokolwiek, żebyśmy mieli żarcia dla wszystkich i nie musieli robić. - Skończył, oboje spojrzeliśmy na Ryśka. Milczał. Wyczuł, że teraz jego kolej. - Ja marzę o mocnych butach. Takich wojskowych z futrzanym wyściełaniem. - Powiedział. Wiedzieliśmy, że to nie najważniejsze tranzystorowe marzenie, ale nie miał ochoty nic więcej mówić. Nie miał też zamiaru tłumaczyć dlaczego. Siedzieliśmy tak ze dwie godziny. Pogadaliśmy sobie o ludziach, którzy wyemigrowali, odeszli, zniknęli. W naszych czteropiętrowych domach zamieszkiwane są już tylko maksymalnie dwa piętra. Mieszkanie wyżej stawało się coraz trudniejsze. Bloki niszczały, ogrzewaliśmy się już tylko opałem. Prowizoryczne piece, czy ogniska. Wodę trzeba nosić ze zbiorników. Na piętro to męka. No i sypiące się podłogi, sufity... Ludzie wynosili się szukać innych mieszkań na parterze, czy wyemigrowali do większych miast. Szukając szczęścia i łatwiejszego życia. Gdy ludzie wyprowadzali się ze swoich mieszkań, wypisywali na ścianach podłogach informacje o tym kto tu mieszkał, dokąd poszedł. Zostawiali niepotrzebne rzeczy, pamiątki, na środku mieszkań poukładane w kopczyki. Niektórzy zostawiali też fotografie dla bliskich, którzy mogli by w przyszłości ich poszukiwać. Z czasem ci, którzy pozostali rozmontowali wszystko co można spalić – drzwi, okna, boazerie itp. Owe ołtarzyki pozostały nie tknięte, bo po co komu lalki, pozytywki, świecidełka, zdjęcia. Teraz dla nas przydatne jest tylko to, co jest użyteczne i pomaga przeżyć. Chodziliśmy czasem do tych mieszkań pooglądać. Nikt z nas nie śmiał niczego ruszać, oglądaliśmy tylko zdjęcia, czytaliśmy ich historie i opowiadaliśmy sobie jak mogło wyglądać dawne życie. - No to jutro pójdziemy pooglądać „ołtarzyki” w osiedlu za mostem, tam jeszcze nie byliśmy - powiedziałem podnosząc się z ziemi. - A teraz mykamy do domu. - ponaglałem, bo wiedziałem, że czeka mnie dziś jeszcze ważne zadanie. Wróciliśmy pod blok, chłopaki poszli do domów, ja poczekałem dwadzieścia minut na klatce schodowej i wskoczyłem na dach bloku, gdzie miałem ukryty mój największy skarb: samochodowe radio z akumulatorem. Mama opowiadała mi o dawnych czasach. Sama była dzieckiem kiedy wszystko było „normalnie”. W domach była woda, gaz, prąd. W sklepach jedzenie a ludzie używali „pieniędzy” by je kupić. Wtedy w każdym domu był „Telewizor” i z nich ludzie dowiadywali się co dzieje się na świecie, w innych miastach i krajach. Były auta na paliwo i one jeździły po szosach. Mama opowiadała też o tym, że nastąpił „wielki kryzys”, że ludzie żyli coraz biedniej. Z czasem nikt nie zajmował się małymi miastami i wioskami, przestano przysyłać prąd, gaz, wodę. Wszystkiego było coraz mniej więc ci z wielkich aglomeracji zatrzymali wszystko dla siebie. Zapominając o małych miastach i wsiach. Telewizory przestały nadawać informacje. Mama mówi, że chyba już nie istnieją kraje, i granice. Teraz jest tylko jeden podział, na ludzi bogatych i biednych. W naszym mieście powstała „Spółdzielnia”, jedni pracują w polu inni przy uzdatnianiu wody inni zbierali złom. W zamian mieli swój przydział…