akcja · 16 min czytania
Wzór Skróconego Marzenia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Od dzieciństwa lubiłem biegać. Poruszał mnie wiatr we włosach, ekscytowało wrażenie pędu. To była jedyna rzecz, w jakiej w dzieciństwie byłem naprawdę świetny. We wszystkim innym realizowałem się po prostu jako przeciętny szaraczek. W niczym nie byłem specjalnie zły albo dobry. No dobra, trochę skłamałem, żeby nie psuć wrażenia bohatera z jedną wyjątkową cechą – całkiem nieźle wychodziło mi tez pisanie. Raz nawet wydrukowali mnie w jakimś tygodniku, serio! Szkoda tylko, że nie przesłali pieniędzy. Ale nie o tym. Pierwsza umiejętność przydała mi się w późniejszych latach zdecydowanie bardziej, a ćwiczenie tyle razy stu metrowego okrążenia jednak daje pewne wymierne efekty. Serio. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że będę musiał uciekać przed wesołą gromadką łysych osiłków z mechanicznymi modernizacjami. Wtedy pewnie nie schodziłbym z tej pierdolonej bieżni. Zachciało mi się, głąbowi, Marzenia.
***
Biegłem. Musiałem biec, jeśli chciałem przeżyć. Biegłem. Bo, właściwie, czemu nie? Biegłem. Jaskrawe światła neonów migały po obu moich stronach, gdzieś na skraju pola widzenia. Biegłem. Mili panowie w plastykowych ubrankach pewnie byli niezbyt daleko za mną, ale na tyle, że dało by radę zostawić ich z tyłu a potem pomyśleć o sensownej ucieczce. Oczywiście, pojawił się pewien nieprzyjemny szkopuł, przed którym ostrzegali nas zawsze na treningach. Wbijali nam zawsze cały czas jedną mantrę do głów: kurwa, możesz pobiec słabiej, możesz pobiec wolniej, ale wtedy wciąż masz szansę na zwycięstwo. Kiedy się potkniesz, to wszystko przejebane. Przekonałem się dotkliwie, że życie lubi zabawne analogijki. Mocny kop w żebra. Taki, żebym poczuł ból, prawdziwy ból. W drugiej półkuli mózgu, tej nieogarniętej paniką, zanotowałem: czubek buta wzmacniany kevlarem. Prawdopodobnie firma ochroniarska. - Charlie, Charlie, Charlie, ile my roboty mamy z tobą… - powiedział najwyższy i najszerszy w barach. Gdy pochylił się nade mną, zobaczyłem maleńki tłok pracujący tuż za jego lewym uchem. {i}Ulepszenie krążenia krwi w okolicach mózgu, w dodatku jedno z tych lepszych, żeby to szlag trafił. To nawet przewaga inteligencji mi odpadła. {/i} - Właściwie… - zamyślił się, niemal machinalnie wymierzając mi cios w nerki. {i}Świetnie , jeszcze teraz będę pluł krwią. {/i} - Po jaką cholerę uciekasz? Zostały Ci jeszcze dwa lata, rozumiesz?! DWA LATA! – zarechotał. Wyraźnie ubawiła go ta myśl. - Może tak, może nie… może się pierdol – odparłem. Patrząc na to z perspektywy czasu, wiem, że pewnie nie dostałbym w prezencie tego złamanego nosa, gdybym tego nie powiedział. W tej rzeczywistości otrzymałem jednak soczyste uderzenie butem podszytym gównem, które zakończyło się złamaniem paru kluczowych chrząstek. Oddychanie przychodziło mi z coraz większym trudem. - Twój Wzór Skróconego Marzenia to plotka, Charlie, nic innego, jak plotka. *** -Chcę Marzenia! – krzyknąłem, przyciskając twarz do krat. Odpryski śliny padły na rękaw przechodzącego obok klawisza. - Przeszedłeś testy? – tym, co mnie w nim przeraziło, był jego głos. Był bezbarwny. Oczy były chyba jedynym elementem jego ciała, który nie dał się poddać monotonii. Zdradzały wkurwienie z tej pracy. {i} Nie, tak sobie, kurwa, krzyczę. {/i} - Oczywiście, że tak. Sprawdź akta, ID: 121 022. Charlie Rist. - O to się nie martw. Nie możemy marnować wariatów. – strażnik uśmiechnął się. Uśmiech klawisza był jak kolor jego munduru, szary i nudny. - Zaraz zawołam kogoś na zmianę, a ty w tym czasie spokojnie poczekasz, dobrze? Mam nadzieję, że masz trochę czasu? Ha ha ha. Ale mu się dowcip udał, co? ***
- Coś takiego musi istnieć. Nie ma innego wyjścia. Felippe, jak zwykle zresztą, dynamicznie gestykulował, wygłaszając swoje racje. Ewidentny Włoch, zarówno z wyglądu jak i temperamentu. Za kółkiem pewnie drze się na innych kierowców, dusi klakson i równocześnie rozmawia przez komórkę. - Pierdolisz. – odpowiedziałem pewnie. – Nie ma żadnej gwarancji. - Gwarancji nie ma, ale przesłanki są. Jasne – zapalił camela, zaciągnął się i zamyślił. To był niezwykły jak na niego spokój, więc chyba układał kolejne fakty w głowie. Rozejrzałem się w między czasie po jego mieszkaniu (i zauważyłem właściwie bez zdziwienia, że nic się tu nie zmieniło od mojej ostatniej wizyty): ładna, zadbana kawalerka, z leżącymi wszędzie metalowymi modelami samochodów. Oględziny przerwał mi Felippe, który przestał wreszcie babrać się w bagnie swojego mózgu i przeszedł do rzeczy. - Pierwsza przesłanka pochodzi jeszcze z 2010. Gość nazywał się Al Wood, skazany za podwójne morderstwo: pierwotnej ofiary i policjanta, na którego natknął się w czasie ucieczki. - Dożywocie? – spytałem dociekliwie. - Zgadłeś. Już po dwóch dniach pobytu wybrał Marzenie. Tu masz nagłówek gazety z tamtego dnia. – podał mi wycinek z jakiegoś brukowca. Wielkie, krzykliwe litery krzyczały do świata "ZŁAPCIE GO SZYBKO!". W resztę nawet nie miałem ochoty się wgłębiać. - Potem jeszcze trochę o nim pisali, ale jednej informacji przez pięć lat nikt nie miał okazji zobaczyć. – uśmiechnął się triumfująco. – Tej o jego złapaniu. - Może po prostu mu się udało? - Nie bądź naiwny, to niemożliwe. Historii podobnych do tej są jeszcze trzy i za każdym razem powtarza się ten sam schemat: kara, Marzenie, cisza. - Może po prostu im się udało? – powtórzyłem po raz kolejny, już z mniejszą dozą sceptycyzmu. - Wtedy możesz zacząć już krzyczeć, bo ty pięciu lat na pewno nie przeżyjesz – miał na ustach ironiczny uśmiech. Przyjaciel, ale mimo wszystko złośliwy skurwiel.
***
Część 22 / 2
Gdy przejrzałem moje dotychczasowe notatki, zdało mi się to wszystko nieco chaotyczne. Musicie mi wybaczyć. Piszę pod wpływem chwili, a przede wszystkim, pod presją czasu, który goni mnie nieubłaganie. Wydaje mi się, że właśnie w takich chwilach człowiek uświadamia sobie najbardziej dobitnie, że jedyne, co po nim pozostaje na tym gorszym świecie, to pamięć. Muszę wreszcie udzielić wyjaśnienia, czym jest Marzenie. To taki milusi program rządowy, przeznaczony dla desperatów takich jak ja. Wypuszczają nas z więzienia, niezależnie od tego, za co zostaliśmy skazani. Dostaniemy też pełne uniewinnienie. Jest tylko jeden szkopuł - mamy przeżyć 5 lat, będąc cały czas zaszczutymi. Szukają nas wszystkie możliwe służby, na wszystkie możliwe sposoby. Zabawne, ale to wszystko dla kasy. Jacyś spece, siedząc w swoich wygodnych, skórzanych fotelach obliczyli, że to wszystko opłaca się bardziej niż wyżywienie i nadzór do końca naszego marnego życia. Wiecie, dlaczego się na to zgodziłem? Może pomijając wrodzona głupotę? Wierzyłem, że istnieje Wzór Skróconego Marzenia. Coś, co zmniejszy czas tego cierpienia.
***
I znowu bieg. Tym razem uciekałem przed kimś, kto wcale mnie nie gonił. Może chciał. Może nie. Tak naprawdę cholera wie, co się dzieje w umysłach innych ludzi. Dalej to pamiętam. Kiedy tylko przywołam to wspomnienie, wciąż czuję to samo. Perwersyjną mieszankę rozpaczy i zadowolenia. Jej szept zza zamkniętych drzwi. Bolało. Ale mężczyzna czasem w życiu ma tak, że musi zrobić to, co słuszne, a nie praktyczne, kurwa mać. Zbiegając ze schodów w jej bloku tak wyrżnąłem łbem w parapet, że bliznę mam aż do teraz. Gdybym miał tutaj więcej światła i lustro, zobaczyłbym ją bez problemu. Jest jak jej podpis. Wiecznie żywy. Nie dający o sobie zapomnieć. Wpadłem w melancholię. Skończmy to. Czekanie dobiega końca.
***
Zaczęło się. Na dobrą sprawę już wtedy, gdy "zabiłem" Felippe. Jestem tu już od dwóch tygodni. W małej, marzycielskiej piwnicy, w której kończy się woda. Na szczęście na zewnątrz znów zapowiada się na deszcz. Z mięsem też nie jest najlepiej. Tego, co uzyskałem z psa, który miał wątpliwe szczęście znaleźć się w pobliżu mojego jedynego okienka, wystarczy co najwyżej do jutra. I to też przy założeniu, żeby będę wysysał szpik z kości. Na…