fantastyka · 45 min czytania
Xii i Caryska w wielkim mieście
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Xii i Caryska w wielkim mieście
W nidhariańskim terminalu jak zwykle panował wielki tłok. Mało powiedzieć, że Nidharia była jednym z najludniejszych elfich miast tej części Krain, jedną z tych supermetropolii, w których żyje po kilka milionów mieszkańców. Zbliżało się Święto Zjednoczenia, i, jak było do przewidzenia, w tym okresie nasilały się również ruchy pseudomigracyjne jednostek, ku ogólnej rozpaczy pracowników i tak już zapchanego terminalu lotołodzi. Elfickie Święto Zjednoczenia zawsze było hucznie obchodzone. Ustanowione przez sto trzydziestego pierwszego monarchę władającego Nidharią (i okolicznymi terenami) w celu uczczenia rozróby z 1577 roku, kiedy to zjednoczone elfickie i drowie oddziały ostatecznie wygnały z miasta ludzkich okupantów. (Nie chciałabym być wtedy w skórze któregoś z najeźdźców, lecz po prawdzie - należało im się.) Od tamtej pory pozycja Nidharii systematycznie rosła i gdy w 1601 elfom udało się na wywalczonym przez nich kawałku ziemi założyć państwo, miasto było niezaprzeczalnym i jedynym kandydatem na stolicę, co też wkrótce się stało. Od tamtej pory w każdą rocznicę wyzwolenia miasta, do supermetropolii zjeżdżała chyba cała żyjąca w Krainach elfia populacja i okupowała miasto przez najbliższe dwa miesiące z równym skutkiem, co ludzie kilkaset lat wcześniej. Tego roku, wśród powodzi tłumu znalazły się również Xiitane i Carys, chociaż ich pobyt w tym miejscu niekoniecznie był związany ze zbliżającym się świętem. Niezorientowana w czekających je w metropolii zagrożeniach, Xiitane, żądna poznania trochę większego kawałka świata niż oklepane już Is i Illaivlen, przyjęła zaproszenie swej dalekiej znajomej. A ponieważ Anaron nie nadawał się już na osobę towarzyszącą do tak dalekiej podróży, przeto jego miejsce zajęła Caryska. Kłopoty zaczęły się tuż po przyjeździe. Dwie niskie, zagubione postaci nerwowo rozglądały się na boki, poszukując rozpaczliwie znajomych, którzy mieli odebrać je z lotniska. Po czterogodzinnym locie lotołodzią żołądek Carys nie miał już czym się buntować. Samopoczucie Xiitane niewiele bardziej różniło się od caryskowego. Milo wystawił łebek z podróżnej torby swej pani i zakrakał żałośnie. Wymiętoszony i prawie zielony na piórach na twarzy niewiele przypominał kruka, który parę godzin wcześniej został wpakowany do obszernej torby Caryski razem z jej nieodłącznym asortymentem zbrojeniowym. -No to wtopiliśmy się jak śliwki w ciasto mazurkowe - prychną Arew wystawiając swój kudłaty pyszczek z drugiej torby na kółkach, którą ciągnęła Xiitane. Carys, która szła przodem, gwałtownie stanęła i skrzyżowała ręce na piersiach. -Żeby chociaż jakiś drogowskaz dali - syknęła, na co Milo szybko schował się do torby, przeczuwając nadchodzącą burzę caryskowych humorków. Xiitane zapatrzona w przystojnego elfa, który właśnie ją mijał, nie wyhamowała na czas i z cichym przekleństwem zatrzymała się na plecach przyjaciółki. -Zęby można stracić - dodała, ostrożnie sprawdzając, czy jej nos znajduje się na właściwym miejscu. Mijający przyjaciółki piesi, niczym długie fale przypływu, szerokim łukiem omijali gromadkę obładowaną bagażem. -I po co nam to było - zakrakał Milo. - Trzeba było siedzieć na kuprze w Is... -I truć się wypiekami Kolmy, nie dziękuję - Carys łypnęła na niego podejrzliwie, po czym otworzyła podróżną torbę i wyjęła z niej kruka. Oczywiście za łapkę. - A może byś się tak w końcu do czegoś przydał, zamiast obijać się o mój arsenał, co? Na chwilę obecną masz większe możliwości wywiadowcze, niż Arew czy Xii. Kot przechylił łebek i wyszedłszy z walizki Xiitane, usiadł obok nogi swej pani, starannie podwijając ogon w obawie o jego zdeptanie. -Pod warunkiem, że mnie nie ustrzelą - kraknął Milo, zwisając z rąk swej pani do góry nogami, ku ogólnemu zainteresowaniu przechodniów, którzy szybko utworzyli korek. -Wiecie co, a mnie się wydaje, że trzeba przejść przez to śmieszne urządzenie - miauknął Arew, patrząc na bramkę. Oczy reszty towarzystwa na dłuższą chwilę zatrzymały się na wymienionym wyżej urządzeniu, przez które monotonnie przepływał tłum. Zostali w tym upewnieni, gdy jeden z elfów, ubrany w mundur straży lotniska, podszedł do nich i grzecznie lecz stanowczo zaprosił na spacerek przez bramkę. Xiitane wpatrzona w mundurowego jak w obrazek, miała już na końcu języka pytanie o numer telefonu, lecz uporczywe skrobanie pazurkiem Arewa o jej łydkę przywróciło elficzce trzeźwość umysłu. Zresztą elf zapewne ograniczyłby się do podania numeru do najbliższej komendy i wystawienia mandatu za utrudnianie pracy i nagabywanie funkcjonariusza na służbie. Xiitane, z pewnymi problemami, przetoczyła swoją walizkę przez bramkę i schwyciwszy Arewa pod pachę, spojrzała wyczekująco na Caryskę. Panna Velmondo zdążyła tylko wstawić nogę w bramkę. Ogłuszający pisk urządzenia zagłuszył hałas terminalu a strażnicy popatrzyli po sobie porozumiewawczo. -Co pani przewozi w walizce? - zapytał ten, który zaprosił ich do bramki. -Rzeczy osobiste - fuknęła Carys. -Czy jest wśród nich coś... metalowego? - funkcjonariusz zawahał się, widząc niezadowoloną minę drowki, która coraz bardziej zaczynała mu się z kimś kojarzyć. -Jak najbardziej - przytaknęła panna Velmondo. Tuż za nią zdążyła się już utworzyć całkiem spora kolejka złorzeczących elfów. -Moja przyjaciółka lubi wozić w wyposażeniu dużo metalowych rzeczy - dodała rzeczowo Xiitane i omal nie rozpłynęła się od spojrzenia przystojnego strażnika. Elfy przy bramce jeszcze raz pozerkały po sobie, po czym bagaż Carys został odtransportowany do specjalnego pokoju, w którym miał przejść dokładną kontrolę, oczywiście ku ogólnemu oburzeniu panny Velmondo. -Przejdzie pani jeszcze raz przez bramkę - polecił strażnik. Kolejny pisk przeszył powietrze. Carys nie wytrzymała i rozpięła bluzkę, pod którą miała założoną kamizelkę kuloodporną, projektowaną przez Requela. Z metalowymi wstawkami, mającymi imitować jej dawną zbroję. -Zadowoleni? Czy mam się rozebrać do naga?! Bo bieliznę też mam kuloodporną! - palnęła, na co dwaj strażnicy natychmiast wyciągnęli broń i, krzycząc "terroryści", wezwali przez krótkofalówki grupę antyterrorystyczną. Xiitane odruchowo podniosła ręce do góry a Arew schował się w jej torbie na kółkach miaucząc coś o klopsach w kompocie. Ku ogólnemu niezadowoleniu podróżnych, wszystkie loty na lotnisko Ashoffa w Nidharii do końca dnia zostały odwołane, a jego pracownicy na próżno użerali się ze snajperami przeczesującymi wszystkie latające jednostki i zabudowania w poszukiwaniu bomb jakiejkolwiek roboty.
***
-Pięknie się zaczęło, nie ma co - prychnęła Xiitane, gdy w końcu po pięciu długich i męczących godzinach przesłuchań, ją i przyjaciół wypuszczono z tymczasowego aresztu. Carys niewiele więcej miała do powiedzenia, zwłaszcza po tym, gdy skonfiskowano cały jej metalowy arsenał i wystawiono gigantyczny rachunek za wezwanie antyterrorystów, który oczywiście kazała dopisać na rachunek hrabiego Velmondo. (Tata odliczy sobie od podatku - skwitowała tylko, przeliczając kwotę na kieszonkowe.) I nie pomogło tu wcale znane nazwisko Caryski, chociaż na jej nieszczęście, po jego ujawnieniu musiała wypisać cały worek autografów wraz z dedykacjami. -Nie potrzebuję bodyguarda, jestem kobietą niezależną - prychnęła Xiitane, zatrzaskując za sobą drzwi. Carys głębiej upchnęła ręce w kieszenie marynarki. Po konfiskacie broni niewiele zostało z jej podręcznego bagażu. Milo opadł na jej głowę i wygodnie rozlokował się w nowym miejscu postojowym. -Potrzebny nam jakiś punkt zaczepienia, gdzie szukać twoich znajomych, bo do terminalu w najbliższym czasie na pewno się nie zbliżymy - Carys wyszczerzyła zęby do najbliższego strażnika, a ten w odpowiedzi zasalutował. -Chyba gdzieś miałam zapisany adres - Xiitane westchnęła i zaczęła szukać po kieszeniach. W końcu znalazła odpowiednią kartkę. - No i guzik. Mam tylko numer telefonu - pacnęła się w głowę z rezygnacją. -A my nie mamy gadającej skrzyneczki - drowka popatrzyła na towarzyszkę, a potem przeniosła wzrok na obiekt znajdujący się za jej plecami. - Chyba mam pomysł - dodała i ruszyła przodem. Do pięciogwiazdkowego hotelu. Xiitane, ciągnąc za sobą dwie walizki na kółkach, z trudem dotrzymywała jej kroku. -Też mi bodyguard - sapnęła pod nosem i chwilę później utknęła w obrotowych drzwiach hotelu. Carys stanęła przy recepcji i rozejrzała się na boki. -Głucho wszędzie, cicho wszędzie - mruknęła i nacisnęła brzęczyk. Równo po sześćdziesięciu sekundach zerowej reakcji ze strony personelu, nacisnęła raz kolejny, tym razem nie szczędząc palców. Nagle w recepcji znalazło się aż trzech pracowników. Na widok naburmuszonej drowki zrzedły im miny. -Thom, chyba twoja kolej w tym tygodniu - syknął najwyższy z recepcjonistów. -Wybacz, ale muszę dokończyć posiedzenie - wymieniony wcześniej Thom w ostatniej chwili chwycił niedopięte gacie i zniknął za drzwiami toalety dla personelu. Na miejscu boju został więc najbardziej niepozorny i nieprzytomny z hotelowego trio. -Czym mogę służyć? - zapytał zaspanym głosem. -Widzę, że grafik został już między panami ustalony - Carys zaczęła kąśliwie i łypnęła za siebie, na Xiitane, wciąż mocującą się z bagażem. - Po pierwsze, trzeba naoliwić te drzwi, bo chyba się zacięły. Po drugie potrzebuję tutejszego telefonu... -Jak to się zacięły? - recepcjonista, będący jeszcze myślowo na etapie pierwszej uwagi Carys, wytrzeszczył oczy. - Sabotaż i dywersja! Za piętnaście minut mamy tu mieć bardzo ważnych gości z Elfvood! -Mogę dostać telefon? -A czy ja jestem świętym Mikołajem, że rozdaję prezenty?! - recepcjonista wrzasnął takim głosem, że obrotowe drzwi nagle ruszyły i Xiitane wypchnięta z nich siłą odśrodkową, pokoziołkowała przez hol. -Chcę wykonać tylko jeden krótki telefon i już nas tu nie ma. -A pani z prasy czy z telewizji? -Przyjezdna z Is - Carys westchnęła. -A... z Is. Znaczy się - z prowincji, czyż nie tak? -Da mi pan ten telefon, czy nie? - Caryska groźnie zmarszczyła brwi, zaciskając palce wokół najbliższego przycisku do papieru. -Pokaże mi pani legitymację prasową, to telefon też będzie na życzenie. -Radziłabym panu uważać na decyzje - sapnęła Xiitane, podnosząc się z ziemi i otrzepując z niewidzialnych drobin kurzu, którego trudno by szukać w tym dniu na dywanach w holu. -Jakbym była z prasy to bym sobie mogła ten telefon, pan wie gdzie, wsadzić - wrzasnęła Carys i wysypała na ladę resztę pozostałości po konfiskacie metalowego bagażu. - Pilnik do paznokci mi chyba jeszcze zostawili. Recepcjonista tępo popatrzył po zawartości torebki drowki, w której znajdowało się wszystko, tylko nie to, czego się spodziewał. Po czym chwycił słuchawkę telefonu, o który toczyła się ta zawzięta potyczka słowna i wykrztusił: -Tu recepcja. Kod 102, powtarzam, Kod 102. Przyślijcie grupę interwencyjną. W tym samym momencie przed hotel zajechały czarne limuzyny otoczone wianuszkiem mundurowych na skuterach, które przy ryku klaksonów próbowały utorować sobie drogę pomiędzy dzikim tłumem. -To po nas? - Xiitane zdążyła tylko chwycić się za głowę, kiedy do holu wpadła (kolejno) banda fotoreporterów oślepiających błyskami fleszy, pół setki uzbrojonych po zęby komandosów, jeszcze więcej piszczących z zachwytu fanek i równie głośno wrzeszczących fanów. A w samym środku tej ciżby znajdowały się powody owego chaosu - gwiazdy najpopularniejszego w Nidharii serialu "Władca Sygnetów". Xiitane ledwie udało się ocalić resztki i tak już zmaltretowanej walizki, w której tymczasowo ugrzązł Arew. Carys rozdała kilka kopniaków w tyłki rozanielonych fanek i stanęła oko w oko z najbliższym aktorem. -Lovelas z Ciemnej Puszczy? - koparka prawie stuknęła o jej nowe buciki ze skórki. Wymieniony z nazwiska elf, odchylił ciemnie okulary i zrobił zdziwioną minę. -My się znamy, bejbe? Zanim Xiitane i Carys zdążyły zorientować się w sytuacji, zostały wykopsane za drzwi razem z resztą bagażu i zwierzakami. -Biednemu to zawsze wiatr w oczy - westchnęła Xiitane, siadając z rezygnacją na krawężniku tuż przed hotelowymi drzwiami. Jej wzrok spoczął na budce telefonicznej po przeciwnej stronie ulicy, jednak kieszenie jej kurtki zostały równie dokładnie zrewidowane co marynarka Caryski, i opróżnione z jakichkolwiek drobniaków. -Żeby mieć tak chociaż pięć centów. -Mówisz - masz - panna Velmondo łypnęła na nią z lisim błyskiem w oku. - I nawet wiem, kto będzie frajerem. Xiitane odwróciła głowę. -Anaron? Pan Duke był równie zdziwiony nieoczekiwanym spotkaniem. W pierwszym momencie pomyślał nawet, że ma przed sobą duchy, lecz gdy usłyszał pytanie towarzyszki kurczowo uczepionej jego ramienia, przestał się łudzić, iż tylko on ma takie zwidy. Jego brat, Beld, chyba przeczuwał co się święci, gdyż kątem oka zaczął rozglądać się za drogami ewakuacji, gdyby był zmuszony dać drapaka. -Ani, pożycz piątaka. Zarekwirowali nam wszystkie drobne - Carys z miną niewiniątka pociągnęła za drugi rękaw elfiej koszuli. -Anek, ty znasz te pokraki? Anaron o mało nie zakrztusił się własnym śmiechem. -Cześć Xii, przedstawiam ci moją nową dziewczynę Lilli. Lilli poznaj moją byłą kreaturkę - Xiitane. -Bezczelny typ - warknęła srebrnowłosa i zamierzyła się z całej siły w nos Aniego. Carys nie pozostała mu dłużna i wydzieliła tęgiego kopniaka w tylną część ciała elfa. Oniemiały Beld odsunął się o dwa kroki od poszkodowanego i uniósł ręce w górę w geście poddania. -Portfel ma w lewej kieszeni - wymamrotał. Pięć minut później Xiitane i Carys dorwały upragniony telefon (wyrzucając uprzednio z budki jakąś wyjątkowo rozgadaną elfkę) i zadzwoniły pod wypisany na skrawku papieru numer. Jeszcze tego samego dnia mogły cieszyć się z gościny Normy Da'Nhall, na której zaproszenie znalazły się w Nidharii.
Część 22 / 2
***
Norma Da'Nhall przybyła po swoich gości w iście królewskim stylu. Bardziej szykowny powóz w mieście znajdował się tylko w posiadaniu sto czterdziestego ósmego elfiego władcy Maeldana Hermoniusza de Luny. Ciągnięty przez zespół czterech deinochierów (tak nazywane były udomowione, dinozaurowate stworki przeznaczane głównie do takich reprezentacyjnych robót), które na pamięć znały już wszystkie drogi w Nidharii. Xiitane i Carys, przyzwyczajone do zupełnie innych zwierząt pociągowych, długo zapewne nie przemogłyby się by wsiąść do powozu Normy, gdyby nie fakt, że elfka z budki telefonicznej, którą tak bezczelnie przejęły, zadzwoniła do najbliższego komisariatu policji i nie zażądała interwencji w tej sprawie. Na konto gości mogło także dojść jeszcze nieco wcześniejsze pobicie, jako że Anaron nadal leżał na ulicy, gorączkowo reanimowany przez swojego brata Belda, otoczony wianuszkiem gapiów z niecierpliwością czekających na finał zajścia. Tak więc, gdy pojazd Normy pojawił się na horyzoncie, Xii i Caryska bez mrugnięcia okiem zapakowały się do środka i odjechały, zanim jakiś nadgorliwy elf zdążył spisać numer rejestracyjny tego bolidu. -No to nam się tym razem upiekło - Carys aż zatarła ręce z radości i mocno uścisnęła swojego kruka. Xiitane spojrzała za siebie na znikające pobojowisko, na które właśnie zajechały dwa policyjne patrole, i głośno odetchnęła z ulgą. Norma, nieświadoma radości swoich podopiecznych, siedziała na koźle i wesoło wygwizdywała znaną nidhariańską melodię. W piętnaście minut znalazły się przed posiadłością Da'Nhall. Carys musiała przyznać, że nawet dom hrabiego Velmondo, mimo swoich rozmiarów i przepychu, mógł schować się w mysią dziurę przed pałacem, w którym rezydowała Norma. -Forsiasta ta twoja krewna - psyknęła na ucho Xiitane. -Podobno dorobiła się na handlu orzechami kokosowymi, ale głowę dałabym sobie uciąć, że ten interes to jeden wielki szwindel - odpsyknęła jej srebrnowłosa. Norma z uśmiechem zaprosiła gości do swojego "skromnego gniazdka", polecając służbie zająć się bagażem. Xiitane, jako pierwsza weszła do środka, tuląc Arewa w ramionach. Tuż za nią, niczym cień, podążała Carys, przez większość czasu z nosem w górze, podziwiając rysunki na sklepieniu i rzeźby zdobiące ściany - w większości zrobione z czystego złota, jak zdążyła się zorientować po bliższej lustracji. Większość pomieszczeń korytarzowych ozdabiały ogromne portrety przodków Da'Nhall, w samym holu pomiędzy dwoma rzędami schodów prowadzących na piętro wisiał chyba największy z portretów przedstawiający Normę i jej męża. W pomieszczeniach reprezentacyjnych zamiast portretów wisiały pejzaże i scenki rodzajowe autorstwa najwybitniejszych elfickich malarzy. Pokoje urządzono ze smakiem i przepychem, a Carys, widząc niektóre z rzeźb czy waz, głowę dałaby sobie uciąć, że nie zostały kupione na legalnych aukcjach po cenach rynkowych. -Przed kolacją zapraszam moich miłych gości do sauny i na masaż. Po trudach podróży na pewno pozwoli wam się w pełni zrelaksować przed posiłkiem - powiedziała Norma, wskazując odpowiedni do tych czynności pokój, po czym klasnęła dwa razy wypielęgnowanymi dłońmi, przywołując odpowiedniego pracownika jej rezydencji. - Aynemon zadba o wasz komfort - dodała, wychodząc. Xiitane i Carys z przestrachem spojrzały na atletycznie zbudowanego drowa, który właśnie splatał palce przy akompaniamencie głośnych trzasków kostek. Panna Velmondo, widząc jego mrożące krew w żyłach spojrzenie, była wręcz przekonana, że masażysta najchętniej poskręcałby im karki. Arew owinął się o nogę swojej pani i miauknął przeciągle. -Zasada numer jeden - żadnych zwierząt - powiedział masażysta, i schwyciwszy kota i kruka za co popadnie, wyrzucił za drzwi. - Zasada numer dwa. Ja tu jestem szefem i należy bezwzględnie się mnie słuchać. Po czym grzecznie zaprosił pozostałą dwójkę do sauny. Xiitane i Carys, które pierwszy raz miały okazję wziąć udział w takich atrakcjach, nie miały zielonego pojęcia, na czym cały ten interes polega. A widząc kłęby pary buchające zza drzwi, za które właśnie je zaproszono, miały same najgorsze przeczucia (z przypiekaniem włącznie). Spostrzegłszy ich opór, Aynemon bezceremonialnie schwycił gości za karki (chyba jego ulubiony chwyt) i wrzucił do pełnego pary pomieszczenia i zaryglował drzwi, zanim delikwentki zdążyły je dopaść. Równo piętnaście minut później wywlókł z sauny ledwo zipiące elfki i dla odmiany wrzucił do balii z lodowatą wodą, przy akompaniamencie głośnych pisków przerażonych zabiegiem elfek. Stojący za drzwiami Milo i Arew bezskutecznie próbowali ruszyć z odsieczą, lecz drzwi okazały się zbyt mocne na ich pazury. Xii i Caryska, ledwo wychylając nosy ze swych balii, nerwowo spoglądały na drowa, który z kamienną twarzą zerkał na zegarek. -Czas na masaż - obwieścił złowrogo, zacierając dłonie. - Która pierwsza? - wyszczerzył zęby w uśmiechu. Gdy godzinę później Norma zajrzała do pokoju, by obwieścić rozpoczęcie kolacji, Xiitane i Carys, ledwo żywe po starannym naklepywaniu, rozciąganiu, rozgniataniu i jeszcze paru innych metodach zastosowanych przez masażystę, na samą myśl o wyrwaniu się z łap Aynemona zdołały wykrzesać z siebie wystarczająco wiele, by zwlec się z kozetek i wyczłapać z królestwa tortur. Tych sił wystarczyło im tylko na dotarcie do jadalni, bowiem zanim kolację podano, obydwie panny, wymęczone atrakcjami wieczoru, z nosami w talerzach chrapały tak głośno, że trzęsła się cała zastawa stołowa.
***
Równo dwa dni Xiitane i Carys kurowały się po masażu, jaki zaaplikował im Aynemon. I mimo argumentów Normy nie dały przekonać się do kolejnego seansu. Po owych dwóch dniach w końcu udało się elfkom zwlec z łóżek i o własnych siłach zejść na śniadanie. -Dzisiaj na obiad zaprosiłam rodzinę. Poznacie moją mamę i rodzeństwo - obwieściła wesoło Norma dziabiąc widelcem groszek z sałatki. -Bardzo nam będzie miło - mruknęła Carys znad filiżanki ananasowej herbatki kurującej, którą wedle jej życzenia, gospodyni udało się zdobyć w jakiejś herbaciarni. -To będzie jakaś większa imprezka rodzinna? - zapytała Xiitane, głaszcząc Arewa, który właśnie (o zgrozo dla gospodyni) wymiatał bekon z jajecznicy znajdujący się na talerzu panny Vogel. -Dzisiaj wigilia Zjednoczenia Elfów, nasze najważniejsze święto. Obiad tradycyjnie odbywa się w kręgu rodzinnym. Ale bez obaw, moja siostra przyjdzie z dwoma przyjaciółmi, żebyście poczuły się trochę raźniej w naszym małym gronie. Nie wiedzieć czemu Xiitane i Carys dopadły nagle złe przeczucia co do tych "dwóch znajomych". Lecz zanim zdołały upewnić się co do swoich obaw, Norma poinformowała gości o braku pomocy kuchennych. W związku ze sporą frekwencją zapowiadaną na następny posiłek, problem ten urósł do rangi katastrofy. -Czy mogę na was liczyć, moje drogie, jeżeli chodzi o dzisiejszy obiad? Pochorowało mi się towarzystwo po wczorajszym deserze... - tu zrobiła dosyć długą pauzę, czekając na reakcję elfek. -Co miałybyśmy robić? - zapytała w końcu Xiitane, odsuwając Arewa od swojego talerza, który na chwilę obecną lśnił pustkami i zabieg ten był raczej niekonieczny. Milo z dwoma obwarzankami owiniętymi wokół dzioba, by zachował ciszę, podreptał chwilę w miejscu, bezskutecznie próbując ściągnąć je łapką. -Nie wiem, co mój kucharz postanowił zaserwować - Norma zrobiła niewinną minę. Xiitane i Carys, nie mające żadnego innego równie frapującego zajęcia, w końcu zgodziły się pomóc i zostały oddane pod pałeczkę Iona Scarletusa, podstarzałego elfiego kuchmistrza. Ion aż zatarł ręce z radości widząc dwójkę nowych pomocników i czym prędzej skierował gości do... obierania ziemniaków. -Wolne żarty, panie kolego - fuknęła Carys spoglądając na dwa dwudziestokilowe worki ziemniaków, które kazano im obrać. - Nie wyrobimy z tym nawet do jutra! -To już nie moje zmartwienie - kucharz wzruszył ramionami. - Radzę się pospieszyć, jeżeli chcą panie być na obiedzie. Xiitane bez szemrania chwyciła obieraczkę i z obrzydzeniem ujęła w dłoń pierwszego kartofla. -Nie przewiduje pan w menu ziemniaczków w mundurkach? - Carys dalej próbowała się targować. -Mam przytargać jeszcze jeden worek na jutrzejszy posiłek, czy zamknie pani w końcu tę jadaczkę i zacznie pracować? Przemycony pod płaszczem Xiitane Arew wychylił łebek z ukrycia i miauknął przeraźliwie, słysząc chrobotanie stadek myszy buszujących po spiżarni. -A pani kota rekwiruję do chwili uporania się z burdelem w mojej prywatnej spiżarni! - wrzasnął kucharz, ułapiając Arewa za sierść na karku. - Myszki japońskie, cholera jasna - zaklął pod nosem. - Aynemon musi przerzucić się na jakąś inną hodowlę, albo zamiast na jego myszki, poszczuję tego kota na jego samego! Stojący przy kuchennym stole masażysta chwycił pierwszego lepszego schaboszczaka, do rozklepywania których został właśnie wysłany ze swego królestwa, i rzucił nim w kucharza. Kotlet głucho pacnął w łysinę i wylądował na podłodze, ku uciesze stadka myszy, które natychmiast zarekwirowało