Przygoda · 8 min czytania
Z Białą Fabryką w tle
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Czasami miał wrażenie, że był złym człowiekiem. Przechadzał się ulicami tego miasta i nie widział dla siebie przyszłości. Było przecież tyle możliwości - skończyć studia, pójść do pracy, może wreszcie z nią zamieszkać. A po Piotrkowskiej jak zwykle przechadzało się pełno ludzi, biegnących do pracy, do szkoły, na wagary i gdzieś, gdzie może będzie lepiej. Dni wiosennego przesilenia obfitowały w słońce, co jakiś czas przerywane deszczem, obmywającym kurz unoszący się nad metropolią. Słońce oślepiło go, gdy przyglądał się gargulcom przy jednej z kamienic. Uważnie śledziły losy ludzi, zakładając się o ich życie, niby to dobre i złe duchy. Historyczny zapach starych fabryk unosił się w powietrzu tak, że mógł wciągnąć go do pełnych płuc. Zakrztusić się nim jak pierwszym zapalonym papierosem i wypuścić, całkowicie przepełniony tą wonią. Właśnie tak mijały dni w tym mieście. Dni, popołudnia. I nastał wieczór. Pierwsza rocznica wydała mu się być czymś ważnym, chociaż nie był romantykiem. Koszmary nękające go po nocach - ona była dla niego zbyt dobra i właściwie, nie miał jej nic do zaoferowania. Dziewczyna z dobrego domu, ucząca się w elitarnej szkole. On - tylko biedny chłopak z aparatem, siedzący godzinami na ławce. Przyglądający się brudnemu miastu, które wciąż było takie samo. Codziennie polityka ogałacała je z zabytków, które łatwiej było zburzyć, niż odrestaurować. Srebrne taksówki, "L-ki", blokujące główne skrzyżowania. Szara rzeczywistość, pochłaniająca indywidualizm przeciętnego człowieka. Polska. Światło ulicznych lamp rozświetlało brukowane uliczki, które wraz z oddalaniem się od centrum, przechodziły metamorfozę w krzywe i połamane płytki chodników. Dzięki nim, ubezpieczenia zdrowotne stawały się potrzebne. Szli powoli, w milczeniu, jakby bojąc się zbudzenia stworów, które żyły w bramach kamienic. Tańczące cienie, rzucane na ściany wysokich blokowisk towarzyszyły im aż do końca podroży. Chociaż było już ciemno, miasto dopiero budziło się do życia. Fabryka przy Tymienieckiego 99 była klasycznym przykładem istnienia kiedyś Łodzi fabrykanckiej - wielkie, ceglane budynki, teraz obleczone już kurzem i upudrowane mchem. Odpadające fragmenty ścian, gruz u jej podnóża i wybite okna, przez które ciekawscy wchodzili do środka, unikając czujnego oka portiera. Jednak tym razem spał. Szary pies czuwał wiernie przy jego nogach, podnosząc tylko łeb, by powitać nowych gości. Od zawsze chciał jej pokazać to miejsce. Wprowadzał ją do starej przędzalni, rozjaśnionej paleniem się dwóch świec - przecież wiedział, że się tego po nim nie spodziewała, chociaż nie czekał z szampanem i truskawkami. Zwykły termos gorącej kawy, ciastka i ciemnia z jego zdjęciami. U sufitu na sznurkach wisiały zdjęcia miejskich ulic, życiowych sytuacji. - Kiedyś jedna taka świeca postawiła na nogi całe miasto - powiedział, wskazując podbródkiem palący się knot. - 159 lat temu. Wyobrażasz sobie, jakbyśmy wtedy żyli? Ja, biedny robotnik w takiej fabryce jak ta, u pana Geyera, dziecko chłopa ze wsi, chcącego zarobić na rodzinę. Ty, jako panna z inteligencji, chodząca z elementarzem, bywająca w operze i na najlepszych bankietach - nie lubiła, gdy ją tak generalizował, ale jego ta smutna prawda bawiła. W zakamarkach pamięci odnawiał historię, którą opowiadała mu jego babcia, kiedy jeszcze żyła. Przygotowywał się do tej chwili już od tygodnia. Dobrze wiedział, że blondynka lubiła tajemnicze klimaty, okupione tajemnicą. - Pomyśl teraz o z pozoru normalnym dniu, tyle, że w Łodzi lat '50 - ciągnął dalej, próbując nadać sobie ton radosnego bajkopisarza. - Tysiące robotników jak co dzień