Przyjaźń · 11 min czytania
Z bólu na ból
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
To nie jest dedykacja. Jeszcze nie. Ale ta część pisana jest z myślą i podziękowaniem dla Lemurki – słowa w tytule są jej własnością, o ile można tu mówić o własności. Dziękuję ci za twoje wiersze i pomoc, a także zgodę na niecne wykorzystanie tego wersu.
Część szósta – Z bólu na ból.
Kochała ten dźwięk, jednocześnie go nienawidząc. W jednej strony pomagał, dodawał pewności siebie, ale z drugiej… czuła się wystawiona na widok publiczny. Jakby każdy człowiek zwracał uwagę akurat na jej stukające obcasy. Nastąpił właśnie jeden z takich momentów. Ludzie stali cicho pod ścianami, w milczeniu podziwiając dzieła mistrza. Chodzili od fotografii do fotografii, bezszelestnie, powoli, jakby nie chcieli zepsuć atmosfery jednym zbyt energicznym krokiem. Tak było, póki nie weszła ona. Wszyscy zwrócili na nią wzrok, wsłuchując się w głośne pukanie. Coraz szybsze, bo przyspieszała kroku. Chciała jak najszybciej znaleźć się na zapleczu. Drzwi wieńczące galerię powitała z ulgą. Teraz nawet rozmowa ze zdenerwowanym szefem była pestką – przed nim przynajmniej mogła się bronić. Niewiele myśląc, chwyciła klamkę. Ktoś był szybszy. Odsunęła się prędko, by uniknąć uderzenia drzwiami. Widząc koleżankę z biura, uśmiechnęła się ze zdziwieniem. – Ty u Wistona? – spytała, kręcąc głową. – Myślałam że nasz szef – położyła nacisk na ostatnie słowo – nie ma zarzutów co do twojej pracy. – No bo nie ma – warknęła w odpowiedzi brunetka – przyszedł ten facet od wystawy. Dzisiaj ją ściągają, chce zabrać zdjęcia. Dziewczyna pokiwała głową, wbijając wzrok w tabliczkę na drzwiach. – Monica, a on… bardzo zły jest? – mruknęła, mając na myśli szefa. – Zobaczysz. Tylko wróć szybko – mówiąc to, Monica odeszła w kierunku ich wspólnego gabinetu. A ona tylko przełknęła ślinę. Zapowiadała się bardzo długa godzina.
Siedział tu już pół dnia, sam nie wiedział po co. Początkowo chciał tylko odebrać zdjęcia, ale potem przyszła mu na myśl kolejna, planowana wystawa. Dlaczego miałby przepuścić okazję do przyjacielskiej pogawędki z właścicielem galerii? I utknął na dobre. Wiston Reizler okazał się bardzo wylewny i skory do pomocy. Ani myślał wypuścić go przed zamknięciem galerii, a do tego było jeszcze sporo czasu. Snuł wizje rozwoju centrum kultury, pięknych wystaw, hucznych bankietów. Sprowadził nawet jedną z pracownic, by pokazała mu plany rozbudowy budynku… a może to był rozkład sal w ich kolejnym biurowcu, sam już nie wiedział. Miał wrażenie że zaraz zaśnie, a wtedy diabli wezmą jego misternie uknuty plan. – Karin się spóźnia, pewnie zaraz przyjdzie. Kawy? Frank bezmyślnie pokiwał głową. Nic nie słyszał o żadnej Karin, nie wiedział jakimi znowu atrakcjami chce uraczyć go Wiston, miał w głowie tylko jedną myśl: jak najszybciej stąd uciec. Rozmyślania udaremniła mu brunetka, wcześniej objaśniająca plany, a która teraz podniosła się z krzesła, mówiąc że idzie poszukać koleżanki. Na chwilę zapadło milczenie. Delektując się ciszą, podniósł do ust filiżankę podaną przez właściciela galerii. Wtedy usłyszał głośne szepty oraz jęk otwieranych drzwi. – Dzień dobry panie Reizler… jestem potrzebna? Podskoczył, o mały włos nie roztrzaskując trzymanego naczynia na podłodze. Był pewien że skądś zna ten dziecinny głos i pobrzmiewające w nim wesołe nutki. Jego przypuszczenia potwierdziły się, gdy ujrzał niewysoką blondynkę w eleganckim, czarnym kostiumie. Niewiele myśląc, zerwał się z krzesła, mocno ją obejmując. – Rin! Jak ja cię dawno nie widziałem! Dziewczyna wyglądała na zdziwioną i zdezorientowaną. Po chwili rozpoznała stojącego przed nią człowieka, którego ręce ciasno obejmowały ją w talii. – Frank! Jak ci nie wstyd – mruknęła z uśmiechem, wysuwając się z ramion wysokiego bruneta. – Nie widzisz mnie parę lat, a potem jak gdyby nigdy nic ściskasz. Odezwać się to nie łaska? Frank roześmiał się tylko, sadzając ją na krześle. Zajmując miejsce obok niej, czuł, że może jednak nie zmarnował tych kilku godzin.
Wyszli ramię w ramię, pogrążeni w rozmowie. Nie przeszkadzało im przeraźliwe zimno ani dmuchający mocno wiatr. Obydwoje cieszyli się z tego spotkania. Nie przejmując się szefem Karin, dyskutowali aż do zamknięcia wystawy. Potem wspólnie zabezpieczyli prace, oddali je pomocnikowi Franka, który miał je zawieźć do jego pracowni i wspólnie doszli do wniosku, że takie zrządzenie losu trzeba uczcić. Najlepiej w restauracji. Weszli do małego lokalu. Obojgu odpowiadało skromnie urządzone miejsce bez niepotrzebnego przepychu, mimo że i on, i ona mogli sobie na niego pozwolić. – To dziwne. Pracuję w tej galerii kilka lat a jeszcze nigdy cię w niej nie spotkałam. Pierwsza współpraca? – spytała blondynka, chwytając elegancko oprawioną kartę dań. – Można tak powiedzieć. Pierwszy raz wystawiam w tym budynku – odparł Frank. Karin zastanawiała się chwilę, marszcząc brwi. W końcu odłożyła menu i wbiła wzrok w zielone oczy, należące do jej przyjaciela. – Frank, co z Vivien? Zostawiłeś ją bez słowa, a wiesz, że… – To sprawy między mną a twoją siostrą. Proszę, nie mówmy o tym. – Miał nadzieję, że uniknie tego tematu, widocznie jednak przeszłość lubiła się za nim ciągnąć. – Nie możesz tego tak zostawić, rozumiesz?! Nie zgadzam…