Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 10 min czytania

Z deszczu pod rynnę

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Pospiesznie opuściliśmy miasto, po ostatniej akcji z synami Hrabiego nie mieliśmy tam już czego szukać. Walgav wydawał się być zadowolony, niestety, ja nie potrafię być beztroski i ciągle tylko czekałem, kiedy usłyszymy tętent kopyt lub świst mijającej mnie o włos strzały. Konsekwencje naszego czynu mogły być ogromne. Jedyne, co podtrzymywało mnie na duchu, to wspaniała okolica, wysokie, białe brzozy, wierzby o drobnych listkach, ptaki śpiewające najpiękniejsze arie świata. Wiosna była zdecydowanie moją ulubioną porą roku. Zatrzymaliśmy się na popas, znaleźliśmy niewielką polankę i postanowiliśmy się posilić przed dalszą podróżą. -No dobrze Walgav, co teraz robimy?- spytałem -Wiesz, myślałem, żeby nająć się do jakiejś gildii…. Nie wiem, może wojowników… Zarobilibyśmy trochę, a potem… potem to się jeszcze pomyśli. -Faktycznie…- powiedziałem z udaną aprobatą- Widzę, że plan jest dopracowany w najmniejszym szczególe- zakpiłem -No a jak!- odpowiedział radośnie, widocznie nie wyłapał ironii w moim głosie. Nagle za plecami usłyszeliśmy jakieś trzaski i dziwne odgłosy. Odruchowo chwyciliśmy za oręż i zaczęliśmy się skradać w stronę źródła dźwięków. Przed nami otworzyła się ogromna polana, na której rosło mniej więcej dziesięć drzew. Podszedłem do jednego z nich, miało dziwne owoce, podobne do jabłek, tylko bardziej blado-żółte. -Mered! Szybko spójrz na to!- krzyczał mój kompan. Podbiegłem do niego i oniemiałem. Z tych „owoców” wykluwały się jakieś kaczko- lub gęsio-podobne ptaki. Były mniejsze od gęsi, ale większe od kaczek, miały płetwy, pomarańczowe, dość szerokie dzioby i straszliwie „ujadały”. -Co to jest?- zapytałem, starając się przekrzyczeć dziwne stwory. -Bernikle-odpowiedział mi głos zza moich pleców. Odwróciłem się szybko z mieczem przygotowanym do wyprowadzenia ciosu. Ujrzałem staruszka w słomkowym kapeluszu, spodniach przewiązanych nad ramionami i kolorowej koszuli. W ręku miał klatkę, w którą zapewne chciał schwytać bernikle.- Spokojnie… przecie was do tyj klatki nie ponawrzucam- -uśmiechnął się staruszek. -A kto cię tam wie- powiedziałem niepewnie -Mered, spokojnie, to tylko staruszek, na pewno nie jest wysłannikiem Hrabiego- rzekł spokojnie Walgav -Ta..- prychnąłem- Gdzie tu jest najbliższa gospoda?- spytałem starca -Uuu… daleko…- powiedział cmokając- Ale snadź we wsi kto przygarnie… -A do wsi to daleko? - Tak ze dwie lub trzy modlitwy tam- odparł tubylec pokazując gdzieś przed siebie i zaczął łapać drób, który się już nieco rozpierzchł -Wal, ty wiesz może ile oni się tu modlą?

Kilka godzin później doszliśmy do wsi. Na lekko pagórkowatym terenie porozrzucanych było około dziesięciu chałup, a przy każdej kawałek poletka, na którym kiełkowało zboże. Miejsce było wyjątkowo malownicze, szczególnie w świetle chylącego się już słońca. W oddali zauważyłem jakiś dwór, niestety, z takiej odległości nie byłem w stanie stwierdzić, czy jest zamieszkany. Postanowiliśmy się tam wybrać.

Gdy dotarliśmy do celu, słońce prawie całe schowało się za widnokręgiem. Budynek nie wydawał się zaniedbany, ale nie było widać żadnych oznak życia. Przywiązaliśmy konie do ogrodzenia i poszliśmy wybadać, co jest w środku. Zajrzałem przez okno i ujrzałem ładnie urządzony pokoik z kominkiem, jednak ogień nie płonął na palenisku. Stanęliśmy przed drzwiami i dla zasady zastukaliśmy… O dziwo zasuwa szczęknęła, drzwi się otworzyły, a przed nami stanęła młoda kobieta. Miała długie, brązowe, kręcone włosy, ładną twarz i zadziwiająco zielone oczy. -Witam waszmościowie. W czym mogę pomóc?- spytała aksamitnym głosem -… Witaj piękna pani- powiedziałem otrząsnąwszy się ze zdziwienia- To chyba nie wypada tak pytać, ale poszukujemy kwatery na noc. -Dlaczego „nie wypada”? Z chęcią pomogę, jeśli jestem w stanie. Zostawcie konie w stajni za domem. Zdziwieni jej reakcją, zrobiliśmy, co nam poleciła i weszliśmy do środka. Wewnątrz było chłodno, na ścianach wisiały obrazy i kandelabry. Na wprost od wejścia, na końcu korytarza były schody. Kobieta zaprosiła nas do kuchni. Przez drzwi do sąsiedniego pokoju zauważyłem na stole trzy nakrycia… -Czeka pani na kogoś?- spytałem -Nie… a w zasadzie to tak. Miałam przeczucie, że będę dziś gościła dwie osoby i jak widać, spełniło się. Panowie pozwolą, że się przedstawię, nazywam się Cithra i jestem córką nieżyjącego już Adriana Recen, właściciela tych ziem. -Ja nazywam się Meredeth Almerald- to mówiąc skłoniłem się- A to mój kompan, Walgav Nightwish- Wal skinął głową, na znak, że faktycznie jest to prawda. -Usiądźcie w jadalni, a ja zaraz podam posiłek- to mówiąc wskazał stół, który był widoczny przez otwarte drzwi.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%