Romans · 7 min czytania
Z dziejów zwalczania afektów
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ta robota jest wykonywana w naszej rodzinie od pokoleń. Zmieniają się sposoby, ale cel zostaje ciągle ten sam – wyleczyć z nieszczęśliwej miłości. Dziadek pracował w oparciu o Marka Aureliusza, ojciec w oparciu o Zygmunta Freuda, zaś ja w oparciu o laser. Dziadek miał najtrudniej, przyznaję. Leczenie potrzebowało wtedy codziennych rozmów, uzupełnionych jeszcze odrabianiem przez pacjenta zadanych do domu ćwiczeń duchowych. Kuracja polegała na kontemplowaniu wszelkich wad, niedostatków i braków obiektu nieszczęśliwej miłości, przy czym wszystko to wymagało wielokrotnego powtarzania. Obok wad rzeczywiście istniejących analizowało się również tak zwane sytuacje hipotetyczne, a więc wady i niedostatki, które co prawda nie występowały, ale wystąpić mogły, jako że ich brak miał charakter przygodny tylko. Wyglądało to mniej więcej tak: Pogubiony: Panie doktorze, ja o niej cały czas myślę! Dziadek: Proszę się nie martwić, spróbujemy coś z tym zrobić. Zacznijmy od wyglądu. Czy kiedyś wyglądała brzydko? Może rano? Może jak była chora? Pogubiony: Niestety, jest bardzo piękna… Ona nie tyle nawet jest piękną kobietą, ile kobiecością samą. Kobiety dzielą się na dwa rodzaje: ona i reszta. Cała reszta to właściwie dziewczyny. Młode, średnie i stare, ale tylko dziewczyny. Ona jedna jest kobietą. Dziadek: Może czymś się zatruła kiedyś? Pogubiony: A jej dłonie… Gdyby pan widział… Coś takiego mają w sobie… Szyja też… Do tego ten uśmiech, wytworny i łobuzerski zarazem… Dziadek: Może mówiła kiedyś z pełną buzią? Pogubiony: Ona… jakby przenosi w inną rzeczywistość… Dziadek: Może jakieś niegustowne dobranie ubrania, na przykład paski do kratek? Pogubiony: Jest jak dzieło sztuki, które sprawia, że człowiek ma ochotę zacząć żyć lepiej, jakoś bardziej starannie i ładnie. Dziadek: Mały zgrzyt musiał być… zawsze jest… proszę pomyśleć… Pogubiony: Zgrzyt? … Nie wiem… Gdybym miał na siłę szukać, to może paznokcie… Dziadek: Co z nimi? Pogubiony: Jedne jakieś takie zielone, inne różowe. Trochę to dziwnie wyglądało. Dziadek: Naturalna płytka, sztuczne? Pogubiony: Bardzo długie… Raczej sztuczne. Dziadek: Sztuczne! Nieprawdziwe znaczy… Mam cię zdziro! Pogubiony: Ale raz tylko takie kolory miała. Dziadek: Nic nie szkodzi. Mogła przecież częściej. Jeśli wtedy takie miała, to jakie by miewała, gdybyście byli razem? Proszę pomyśleć o tych paznokciach. Pogubiony: Myślę. Dziadek: Tandetne trochę, co? Pogubiony: Trochę może tak. Dziadek: Zapamiętamy. Co jeszcze? Myślimy. I tak to się toczyło, z tygodnia na tydzień, miesiąca na miesiąc – odwrócone czarowanie. Ojciec był Freudystą. Jego strategia leczenia polegała na przepracowaniu miłości, to jest na jej emocjonalno-intelektualnym przetransponowaniu na jakieś inne problemy. Ojciec spotykał się z pacjentami dwa lub trzy razy w tygodniu. Wyglądało to mniej więcej tak: Pacjent: Panie doktorze, ja ją tak kocham, a ona ma męża! Ojciec: Myślę, że budzę w panu agresję, dlatego użył pan słabo zamaskowanego słowa „cham”. Pacjent: Słucham? Ojciec: I znowu. Myślę, że pan obawia się o to, czy mam odpowiednią kompetencję, by panu pomóc, dlatego pan mnie obraża i nazywa chamem, czyli chłopem, a więc kimś niewykształconym.…