Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 9 min czytania

Z gęby rodem

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Z gęby rodem

Zaczęło się od zupy i był to czas dobry. Był to czas dobry, mimo że zupa jakaś cholernie nie nasza, tymczasem ja siedziałem przy długim, suto zastawionym stole, a dokładnie na jego rogu – tam, gdzie sadza się tych najmniej ważnych albo zapchajdziurów. I był to czas dobry, chociaż i prezes siorbał zupę, a z krańców wsysanego makaronu pryskały kropelki wywaru, i wyrokowała pani Krautz, i czyjś łokieć wciskał mi się pod żebro, bo miejsca nie starczało. Akurat patrzyłem na prezesa i nie uszło mojej uwadze, że kąciki jego pękatych ust nieznacznie się od siebie oddalają, a on sam zdaje się być coraz bardziej ubawiony jakąś figlarną myślą, która właśnie zaległa się i tliła w jego głowie. -A Skubczyński szedł załatwić sprawę! – wyrzekł wreszcie wobec całego gremium, bo widać nie dawało mu to spokoju. Całe zgromadzenie ryknęło gromkim śmiechem, prócz mnie, rzecz jasna. Rechotali i krztusili się, a pan Krautz, profesor, wypluł nawet kawałek jakiegoś warzywa na obrus, ale czym prędzej przysłonił go rękawem marynarki. Z drugiego końca stołu ktoś zawtórował: -Oj, załatwiał, oj, oj! Rach – ciach, rach! I znowu powszechne rozbawienie a powtarzane z ukontentowaniem „rach – ciach, rach”. Gdy każdemu udało się wreszcie odzyskać oddech, wrócono do konsumowania zupy w ciszy. Nie trwało to jednak nazbyt długo, bo z drugiego końca stołu dobiegło po chwili nieśmiałe: -Pom, pom... Brak było jednak aprobaty, a pompomał docent Śliwa, który jeszcze nie pozyskał sobie widać powszechnej przychylności. Zapompomał więc raz jeszcze, chrząknąwszy wprzódy, aby skupić na sobie więcej uwagi. Zapadła grobowa cisza, gdyż granica między faux pas, a przednim, choć może i frywolnym nieco żartem jest bardzo elastyczna i teraz właśnie miano dylemat. Niegłos stał się tak zgęstniały, że prawie czułem ucisk w skroniach i już mało brakowało, żebym został rozpłaszczony przez owo ciśnienie, które parło mocniej i mocniej, na blacie stołu, kiedy cały ambaras rozstrzygnął prezes. Nagle brzęknęła w talerzu łyżka, swobodnie wypuszczona z jego dłoni. Wpadła w resztkę zupy, ochlapując mi przy tej okazji marynarkę, ale nikt się tym nie przejął, ani pewnie nawet nie zoczył. Zamiast choćby odrobiny współczucia, wkoło stołu poczęło rozlegać się najpierw skrępowane, potem narastające w swym rozsierdzeniu pompanie. Brzmiało to wszystko dość uciesznie, jakby zagotować wielki kocioł budyniu albo jak żabie rykowisko: „pom, pom – pom, pom, - pom, pom...”. Ten polifoniczny i koślawo wibrujący akord właśnie wybrzmiewał ku końcowi, kiedy podjęła pani Krautz: -A pamiętacie jak... -Jak! – podłapał docent, najwyraźniej rozochocony poprzednim sukcesem. -...jak... – chciała kontynuować Krautz. -Jak! – nie ustąpił docent. -...jak... – ani myślała porzucić raz podjętej myśli. -Jak! – upierał się okularnik. -...jak... – tym razem w głosie pani redaktor słychać było wyraźne zdenerwowanie. -Jak! – zakrzyknął dziarsko prezes. Zapadła cisza. Młody docent wychylił się, spojrzał bystrze ponad półmiskami, kielniami i świecznikami na jego galaretowate oblicze, a następnie kontynuował pewnie i stanowczo: -Jak! Jak! Jak! A prezes podłapał nutę i dodał precyzyjnie w takt: -Jak! Jak! I już nawet pani Krautz uległa, dając się wciągnąć w nową igraszkę: -Jak. Ja – ja – ja – ja jak! Wtedy otworzyły się drzwi do jadalni i wniesiono drugie danie, co też uspokoiło nieco rozpasane towarzystwo. Mnie również, ale była to iluzja. Albowiem stało się drugie danie i był to zły czas. Postawiono przede mną talerz. Jedyne, co potrafiłem na nim bezbłędnie rozpoznać, to ziemniaki, choć i te miały pośród siebie czarną owcę, którą do dziś podejrzewam o bycie selerem. O ile założyłem sobie z góry, że nie ruszam pozostałych nieznanych mi warzyw, o tyle kwestią nierozstrzygniętą pozostawała sprawa zaserwowanego mi kawałka mięsa. Oglądałem go w miarę możliwości z różnych stron, ale tak, by nie wzbudzić podejrzeń wśród stołujących się, trącałem widelcem, a nawet starałem się nachylać dość nisko, ale w sposób nie urągający dobremu wychowaniu, aby pochwycić jakąś znajomą woń. Nic. Pani Kubielowska, wytworna dama (ta od wbijanego łokcia) najwyraźniej przyuważyła moje zabiegi, bo nachyliła się do mnie i – zachowując dyskrecję – wyjaśniła: -To ozorki. Zrazu zrobiło mi się głupio i poczułem się zawstydzony, że wyszedłem przed tak szacowną osobą na nieobytego grubianina. Ozorki! No oczywiście, że ozorki! Chwilę potem uczucie to ustąpiło miejsca

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%