Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 36 min czytania

Z głębin lodowego świata

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Z głębin lodowego świata.

Niektórzy po prostu muszą wdepnąć w coś od czasu do czasu. Taki już ich los i koniec. Pewnie rodzą się ze skazą genetyczną, sprawiającą, że jeśli coś może im się przytrafić, to przytrafi się z całą pewnością. Musiał wędrować przez dwa dni po kolana w śniegu zanim dotarł do stacji, której sygnał jego miniaturowy stateczek wyłapał tuż przed brutalnym przyglebieniem, teoretycznie będącym awaryjnym lądowaniem. Dotarł na miejsce przemarznięty na kość, ale bez odmrożeń i przede wszystkim żywy. Całą drogę klął zabytkowy statek, który mu przydzielono, chmurę mikrometeorytów, w którą władował się autopilot, bo skaner radarowy akurat postanowił wziąć wolne, samego autopilota i swojego parszywego pecha. Nawet nie udało się wysłać wezwania o pomoc, bo trwała akurat burza jonowa, a niedługo później autopilot stateczku tak grzmotnął o jakieś skały pod śniegiem, że wszystko szlag trafił. Dobrze, że amortyzacja przeciążeniowa jego fotela zadziałała jak powinna, bo inaczej jego wnętrzności stałyby się marmoladą, a on nie mógłby wędrować przez śnieg i kląć. I w ogóle nie miałby już żadnych zmartwień. Na koniec okazało się, że radio z zestawu ratunkowego jest zwyczajnie zepsute. Nazywał się Iwan Zgroza. Jedyne, co naprawdę potrafił, to nadstawiać własny kark za pieniądze. Obecnie był pracownikiem pewnego konsorcjum, które prowadziło działalność eksploatacyjną w tym systemie planetarnym. Miał półroczny kontrakt na dozorowanie prac jednej z automatycznych baz owego konsorcjum... tyle że na sąsiedniej planecie. Dużo cieplejszej i przygotowywanej do terraformingu, choć z nie bardzo nadającą się jeszcze do oddychania atmosferą. Tymczasem trafił tu. Ciekawe, kiedy zaczną go szukać? I czy w ogóle. Tą całą planetę, zwaną zresztą Lodówką, swoją drogą ogłoszono ileś tam lat temu jako "zamkniętą". Tylko cholera wie czemu. Iwan Zgroza jakoś się tym nie zainteresował wcześniej. I jak to bywa, informacja zdająca się być mało istotna, nagle po prostu by się przydała. Na szczęście jednak znajdowały się tu stare, zautomatyzowane placówki, takie jak ta, do której dotarł. Po prostu kilka zabudowań i przysadzista wieża, wszystko na wpół zasypane śniegiem. Musiały o to wszystko dbać jakieś roboty, bo inaczej lód pochłonąłby ten cały kompleks. I co oznaczał ten cały "protokół zamknięcia", jakim objęto tą planetę? Nieważne. Ważne, że dotarł na miejsce. Nada wezwanie o pomoc i będzie dobrze... - Jesteś w obszarze stacji Dratwa - rozległ się nagle głos w słuchawkach jego hełmu. - Jeśli twój pobyt nie jest podyktowany wyższą koniecznością, natychmiast opuść rejon. Nagranie. To było nagranie. Ktoś pozostawił nagranie, które odtworzyło się automatycznie. - Jest podyktowany wyższą koniecznością - warknął, gdy nagranie odtworzyło się po raz trzeci. I ostatni na szczęście. Jeszcze tylko na wewnętrznej stronie szyby hełmu wyświetliły się jakieś informacje, przekazane systemowi operacyjnemu skafandra. Gdy wreszcie śluza w głównym budynku otworzyła się, rozpoznając go jako człowieka, poczuł się naraz jakby wrócił do domu. Moment później odetchnął wreszcie ciepłym powietrzem, a widok świateł w korytarzu za śluzą, które zapaliły się automatycznie po prostu go wzruszył. Pół godziny później na zewnątrz rozpętała się burza śnieżna. Ale jemu było wreszcie ciepło.

Pierwszą rzeczą jaką powinien zrobić, po dotarciu do starej bazy, powinno być wezwanie pomocy. Po wkroczeniu do względnie ciepłego wnętrza musiał jednak ze sobą walczyć, żeby po prostu nie znaleźć jakiegoś ciepłego kąta, nie zwinąć się w kłębek i nie zasnąć. Dopiero gdy się opanował (i kilka razy sam strzelił się w twarz), kierując się liniami wymalowanymi na ścianach, skierował się do dyspozytorni stacji. - Jest tu jakaś nadzorująca sztuczna inteligencja? - zapytał na głos, idąc w stronę wind korytarzem, w którym się palił się co drugi panel oświetleniowy, do tego na pół gwizdka, przez co było tu mimo wszystko dość mrocznie. - Albo choć komputer reagujący na głos? Odpowiedziała mu cisza, głęboka i tak czysta, jak to możliwe jest tylko w opuszczonych, hermetycznie zamkniętych obiektach. - Jasne, że nie - mruknął do siebie, wduszając klawisz aktywacji windy. - To byłby przecież szczyt szczęścia. Winda nie działała. Nie pozwalała się ściągnąć, gdziekolwiek akurat przebywała. Mało nie dostał zwału, gdy coś za jego plecami zaszurało. Obrócił się w samą porę, żeby dostrzec kanciasty cień robota, ginący za załomem korytarza kawałek dalej. Cudnie. Po prostu cudnie. Cholerny droid nawet nie uznał za stosowne zainteresować się obecnością człowieka. Cofnął się i rozejrzał za klatką schodową. Po chwili zły jak osa wędrował schodami w górę, zastanawiając się dlaczego dyspozytornie cywilnych obiektów tego typu zawsze są na najwyższym piętrze. Do wojskowej placówki w ogóle byś nie wlazł - przeleciało mu przez głowę. Nie marudź więc, gościu. Pokonał trzy piętra i wreszcie trafił do kolistego pomieszczenia, pełnego dosyć staroświeckiej aparatury kontrolnej. Gdzieniegdzie płonęły nawet jakieś kontrolki. Pomieszczenie otaczała przejrzysta ściana, teoretycznie pozwalając podziwiać widoki na zewnątrz, ale w chwili obecnej było tylko widać rozszalałą biel burzy śnieżnej, zza której czasem przebijały zarysy pozostałych zabudowań. A jednak miło, że burza zaczekała, zanim on nie znalazł się bezpiecznym schronieniu... Naprawdę miło z jej strony. Gwizd wiatru był słyszalny nawet w tym pomieszczeniu, pomimo grubych - choć przejrzystych - ścian. Iwan wreszcie zrzucił z ramion plecak z aparaturą podtrzymywania życia, wodą i prowiantem, odpiął od siebie całe wyposażenie dodatkowe, zdjął hełm i wszystko to zrzucił na jedną kupę pośrodku dyspozytorni. Zaraz potem odnalazł pulpit łączności, aktywował radiokomunikator, przestawił całe to ustrojstwo na tryb nadawania pozaplanetarnego (czyli fale długie i odpowiednio duża moc), wprowadził po prostu kod S.O.S i... I na prymitywnym wyświetlaczu krystalicznym pojawił się napis: "przy obecnym wzorcu zasilania operacja niedozwolona". Wiązanka, którą puścił następnie, nie nadawała się do powtórzenia w jakichkolwiek okolicznościach. Obszedł całą salę, zanim odnalazł sekcję zarządzania energetycznego. Spędził kilka chwil oparty o konsolę i mamrocząc przekleństwa, jednocześnie usiłując dojść, jak to wszystko się obsługuje. Cała placówka była zasilana w stopniu minimalnym, tyle żeby podstawowe systemy działały i nic więcej. Nie był mądrzejszy od tego gapienia się, ale w końcu spróbował zmienić ustawienia - i tak nie było możliwości, żeby coś zepsuł... Kierując się uświęconą tradycją metodą "na chłopski rozum" tu przesunął dłonią po panelu dotykowym, tam coś przestawił... Nawet nie wiedział, co się stało. Wyświetliły się jakieś komunikaty na monitorach krystalicznych, coś gdzieś zapipczało... i nagle jak coś nie ryknie z jakiegoś głośnika (albo głośników), jak nie wrzaśnie jakimś nieludzkim wrzaskiem, ale bynajmniej nie elektronicznym. I co jak co, ale sprzężenie to na pewno nie było. Jego serce w tym momencie mało nie wyrwało się z klatki piersiowej, a zwieracze mało nie puściły, podczas gdy on sam szarpnął się w tył. Omal nie upadł przez obrotowy fotel, w który uderzył. Odkrył też, że trzyma rękę na rewolwerze rakietowym w kaburze na biodrze... Zupełnie jakby usłyszał krzyk z samego dna piekła. Światła na moment rozjaśniły maksymalnie... a potem wszystko zgasło... Ale w kilka sekund później, gdy Iwanowi zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie, wszystko powróciło do poprzedniego stanu rzeczy, czyli do oświetlenia działającego na pół gwizdka i tak dalej. Na kilka chwil musiał przysiąść na obrotowym fotelu, żeby jakoś opanować rozdygotane nerwy. Czego ja czego, ale czegoś takiego nie miał nawet prawa się spodziewać. Co to niby miało być??! Przebicie z linii energetycznej wprost na jakiś głośnik?? Wstał, potarł brodę i odczytał napis, który wyświetlił się na jednym z monitorów: "Przeciążenie - operacja zablokowana. Obsługa tylko z konsoli głównej". By was szlag wszystkich trafił - dodał w myślach pod adresem tych, którzy za całe to cholerstwo kiedyś odpowiadali. Gdzie znajdowała się ta konsola główna? Pewnie gdzieś w siłowni, w podziemiach, jak znał życie. Cofnął się i znów usiadł na fotelu. Zmęczenie opadło go z pełną mocą, a oczy same się kleiły. Potrząsnął głową, żeby się obudzić, ale po chwili bardzo poważnie się zastanowił, co właściwie się stanie, jeśli po prostu zdrzemnie się, zanim pójdzie na poszukiwanie siłowni? Przecież nic mu już nie groziło, był bezpieczny (mógł najwyżej wykończyć się na zawał przez dowcipy tutejszej aparatury) i w ogóle. Niby mógł znowu wziąć dopalacze, ale nie chciał się szprycować czymś, co jednak było dosyć mocnym narkotykiem. Znów zamknął oczy. Ziewnął. Musiał zdrzemnąć się choć chwilę. Pomyślał o dziwnym wrzasku, który dobiegł z głośników, ale szybko złożył to zjawisko na krab jakiegoś przebicia w starych obwodach, konserwowanych pewnie tylko w minimalnym stopniu przez jakieś nieliczne roboty. A może i to nie... Zdrzemnąć się... Choć z pół godzinki. Należało mu się w końcu. Zasnął i zachrapał, pomimo że fotel nie należał do najwygodniejszych, a coś w jego podświadomości mówiło mu, że to mocno średni pomysł.

Gdy Iwan się obudził, zapadła już lokalna noc, a burza na zewnątrz była tylko zwykłą śnieżycą.. Otworzył oczy, patrząc w sufit, gdzie jarzył się co drugi panel. Zlewał go zimny pot... Pamiętał, że coś mu się śniło. Ale co? To było coś... Coś zdecydowanie nieprzyjemnego... W dupę... To było coś o czymś oślizłym, czymś pełnym macek, monstrualnym i paskudnym. co wiło gdzieś tuż obok Tyle że nie jakoś fizycznie obok, ale bardziej jakby... jakby tuż za progiem rzeczywistości. Naraz Iwan uświadomił sobie, że być może jest jedynym człowiekiem na tej całej planecie; poczucie osamotnienia walnęło go jak pięścią między oczy. Pusta stacja pozostawiona w trybie czuwania, planeta ogłoszona za "zamkniętą", świadomość, że prawdopodobnie nikt nie wie, że znalazł się na niej jakiś rozbitek.. Iwan wzdrygnął się. Zerwał się z fotela, omal się nie przewracając. Wrócił do swojego zrzuconego w kupę ekwipunku, napił się równie mdłego, co gęstego koncentratu odżywczego, następnie - mimo wszystko - włożył do bezigłowego iniektora wszytego nad łokciem ubioru po jednej dawce dopalacza i stabilizatora. Po kilku sekundach na jego myśli spłynęła jasność i spokój, a zmęczenie zaczęło odchodzić w niepamięć. - Od razu lepiej - mruknął do siebie. Ostatnio coraz częściej gadał sam do siebie. Źle. Gdzieś blisko coś elektrycznego cicho buczało, przypominając mu, że jest tu tylko on sam, a do towarzystwa ma tylko całą masę starych urządzeń. Znów się wzdrygnął. Odnalezienie i dotarcie do siłowni, która mieściła się na szczęście w tym samym budynku, zajęło mu pół godziny. Siłownia znajdowała się na najniższym poziomie placówki, na minus drugim (a przynajmniej plany obiektu twierdziły, że niżej nic nie ma). Najbardziej wkurzające było te pięć pięter schodami w dół, przy czym ostatnie dwa były oświetlone zaledwie jakimiś miniaturowymi lampkami w ścianach. Do tego te dwa podziemne poziomy były i wyraźnie wyższe od tych na powierzchni, i dzieliła je przestrzeń ładnych kilku metrów, co oczywiście przekładało się na odpowiednią ilość schodów. Przynajmniej odpowiednia konsola znajdowała się zaraz z brzegu, na galeryjce ponad siłownią, na którą wychodziło się od razu z ponurego korytarza pełnego nie osłoniętych rur i nie obudowanych wiązek przewodów - jak w jakimś kiepskim horrorze. Obsługa konsoli też okazała się być intuicyjna. Jedyny problem stanowiły drzwi, nie wiedzieć czemu zamknięte na amen. Wystarczyło jednak wyjąć rewolwer i dwa razy wystrzelić w okolice zamka. Stracił może słuch na kilka minut, ale pociski z napędem rakietowym, teoretycznie oświetleniowo-sygnalizacyjne, zrobiły swoje. Rozwaliły zamek siłą uderzenia i olbrzymią temperaturą, a potem wystarczyło uwiesić się na korbie ręcznego otwarcia i szarpać tak długo, aż puściło to, co jeszcze trzymało. Z tym że musiał poprawić jeszcze jednym strzałem zanim to się udało. Po jakiego diabła zamknięto tą cholerną siłownię?! Żeby kogoś przypadkowego nie poraziło czy jak?! Wkurzony i zdyszany szarpaniną z opornym metalem zmienił jednak w końcu wzorzec zasilania. I nawet jeśli coś znowu ryknęło z głośników, to tutaj nie było żadnych, aby mógł to usłyszeć. Opuścił siłownię, wyszedł spowrotem na korytarz, który teraz dla odmiany oświetlały panele sufitowe, choć jak na gust Iwana zbyt rzadko rozmieszczone. Zatrzymał się nagle w połowie drogi do schodów. Nie mógł się oprzeć dojmującemu wrażeniu, że ktoś - lub coś - gapi się na niego, na jego plecy. Poczuł strumyczek potu, ściekający za kołnierz. Czuł spojrzenie na plecach niemal jak fizyczny nacisk. Mimowolnie, bez udziału woli, jego dłoń powędrowała w stronę rewolweru. Odwrócił się. Kretyn - przez jego głowę przeleciał komentarz do sytuacji. Na drugim końcu korytarza nawet coś zaszmerało, ale był pewien, że to jakiś robot konserwacyjny. Popatrzył po ponurym, piwnicznym wystroju korytarza, wzrok prześliznął się po plamach mroku nie wiadomo co kryjących. Znów opadło go uczucie osamotnienia. Otrząsnął się i ruszył ku schodom. Nie mógł się jednak oprzeć i załadował opróżnione komory broni nowymi nabojami z ładownicy. Może to i amunicja sygnalizacyjno-oświetleniowa, ale łupnąć potrafiła... Przy schodach zawahał się, następnie przeszedł jeszcze kilka metrów i wcisnął klawisz przyzwania windy. Przez moment był pewien, że winda nie zareaguje, ale naraz odezwał się gong i miękki głos oznajmił, że "winda obecna". Czyli wystarczyło przywrócić pełne zasilanie... Drzwi uciekły w bok, wpuszczając go do przestronnej kabiny. Na panelu kontrolnym wskazał symbol ostatniego piętra. Winda ruszyła ze zgrzytem - jakże przyjemnie było NIE wędrować po tych przeklętych schodach... Kabina wypuściła go w samej dyspozytorni po zaledwie kilku sekundach biegu w górę. Drzwi odsunęły się, Iwan przekroczył próg... Nie spodobało mu się to, co zastał. Coś się działo. I nie chodziło tu o to, że tu i ówdzie zapaliły się kontrolki alarmowe i ostrzegawcze, bo one najpewniej świadczyły tylko o zepsutych systemach albo o takich, które nie osiągnęły jeszcze pełnej wydajności. Ten dziwny szum... Dobiegał z głośników... Narastał najpierw nieznacznie, aby zaraz potem ścichnąć. I znowu narastał. Różnice w natężeniu były nieznaczne, ale zauważalne. Zwłaszcza, że zawieja na zewnątrz złagodniała na tyle, że przestała być słyszalna wewnątrz. I nie był to taki zwykły sobie szum, który można czasem usłyszeć z każdego głośnika. W tym szumie coś było... Iwan przełknął... Słyszał coś... I nie było to złudzenie. Wiedział to. Po prostu wiedział. Dotarło do niego, że to samo słyszał w tym swoim dziwnym śnie pełnym... czegoś w każdym razie. Tysiące szeptów... We śnie także je słyszał. Tysiące szeptów, zlewających się w jeden. Tysiące głosów, jakby dobiegających z wielkiej oddali, z jakiejś wielkiej, pustej lokalizacji. Jakby... z wnętrza grobu. Albo całego grobowca. - Przebicie - powiedział nagle na głos, żeby zagłuszyć szum. - To po prostu jakieś przebicie... Może z banków danych, jakieś nagrania... Albo anteny bazy coś odbierały i przekazywały na głośniki. Jeden rzut oka w stronę pulpitu łączności sprawił jednak, że ta teoria upadła. Przebicie? A czyś ty słyszał kiedyś tak brzmiące przebicie? Zastanów się, człowieku... Zdecydowanym krokiem podszedł do sekcji łączności, szybkim ruchem po prostu zatwierdził ponownie ustawiony wcześniej komunikat i wdusił klawisz nadawania. Wezwanie o pomoc pomknęło poza planetę. Iwan tylko upewnił się, że wszystko jest jak trzeba i dopadł spowrotem windy. Wyłączy to wszystko. Tak na wszelki wypadek. Te szepty... One... Nie mógł ich zwyczajnie spokojnie znosić. - Uwaga - rozległ się nagle sztuczny głos. - Pobór mocy na progu maksymalnie dopuszczonej wartości. Powtarzam: pobór mocy... Doszedł do wniosku, że chyba nawet nie chce wiedzieć, o co chodzi. Dotknął symbolu oznaczającego poziom minus drugi, a drzwi zamknęły się i winda ruszyła w dół. Minęło kilka sekund, zanim załapał, że winda - zupełnie nie wiedzieć czemu - minęła poziom minus drugi... i pomknęła dalej w dół. Choć na wszystkich planach stacji Dratwa, które widział, poziom minus dwa był najniższym. Serce zaczęło łupać w jego klatce piersiowej. - Ostrzeżenie - odezwała się winda miękkim głosem. - Nie masz potwierdzonego prawa dostępu do poziomów poniżej minus dwa. Powtarzam... Iwanowi jednak naprawdę wesoło zrobiło się, gdy stwierdził, że energiczne uderzania w symbol "stop" za cholerę nic nie daje. Winda mknęła w dół, a on nie mógł nic na to poradzić. Pozostawało mieć nadzieję, że to tylko przypadek, wadliwie działające urządzenia, że gdzieś coś w obwodach kontrolnych windy zwyczajnie się popieprzyło i tyle... A jeśli nie?

Gdy kabina windy wreszcie zaparkowała, nawet nie chciał się zastanawiać, jak głęboko pod powierzchnią planety się znalazł. Z początku usiłował zmusić windę do powrotu na górę, ale urządzenie kontrolne okazało się być nieczułe na jego zabiegi oraz głuche na prośby, groźby i zaklęcia. Zrobił w końcu dwa kroki do przodu, trafiając do ciemnego korytarza, wykutego bezpośrednio w skale... A wtedy kabina zatrzasnęła się i pomknęła do góry, pozostawiając go w tajemniczym półmroku rozjaśnianym stojącymi lampami rozmieszczonymi co kilka metrów. Iwan klął wściekle przez kilka chwil, wduszając dla odmiany rytmicznie klawisz przyzwania. Oczywiście bez rezultatu. Bo jakże by inaczej. Przecież był Iwanem Zgrozą, który jak może wdepnąć, to wdepnie z całą pewnością. Kiedy oprzytomniał, po prostu zajrzał do szybu windy, który tutaj nie był zabezpieczony żadnymi drzwiami. Włączył latarkę, na stałe umieszczoną na lewej piersi jego ubioru. Z…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Z głębin lodowego świata — czytnik · opowiadania