Historia · 28 min czytania
Z kroniki parafii
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Ścieżka wiodła przez niegłęboki, choć uciążliwy parów, z którego dna wspinała się nagle pod kątem niemal prostym. Była to jednak ostatnia przeszkoda, oczy człowieka wynurzającego się z rozpadlinki spoczywały bowiem niemal bezzwłocznie na sklepie, a ze sklepu do kościoła pod wezwaniem Matki Boskiej Wspomożycielki Wiernych w Głobikówce droga trwała tyle co kichnięcie. Zapach schnącego w uciążliwym słońcu siana niemal odbierał dech. Zapach to mocny, swojski, dla mieszkańców wioski jeden z nigdy tak naprawdę nieuświadomionych symboli wsi, znak nieuchronny lata. Jedna z rzeczy, których – jak się zdaje – powinno brakować na obczyźnie. Ścieżka wbiegała jeszcze w cichy przysklepowy zakątek, zasiedlany niezmiennie przez towarzyszy broni, dla których przebywanie w stanie pełnej trzeźwości wydaje się być swego rodzaju kompleksem, a potem wybiegała już na drogę asfaltową i kościelny dziedzińczyk. W sklepie było głośniej niż zwykle. Ludzie spieszący na nabożeństwo pierwszopiątkowe często chcą przed mszą zrobić zakupy, by później móc swobodnie poplotkować {i} (a siedzo łoni jeszcze razem, czy się roześly?). {/i} W kolejce stało kilka kobiet. Poczekał, kupił, o co prosiła mama {i} (pamiętaj – oszczędnie) {/i}i jego świadomości nic już nie krępowało, skierował więc swe kroki prosto do kaplicy. Było cicho. Przez niewtajemniczonych cisza panująca w wiejskich kościołach bywa uznawana za wyraz głębokiej ludzkiej wiary, wiary, która nie trudzi się domysłami i własnymi interpretacjami dogmatycznych treści nauk kościelnych, wiary, która nie myśli, za to wierzy we wszystko, co powie kapłan. Tak naprawdę ta cisza to oznaka zmęczenia. Frustracje, zamyślenie, problemy ze zbyt dużo pijącym mężem, bezpodstawne podejrzenia wobec żony, kryzys na rynku pracy. Nic nie przerywa głębokiej ciszy. Jak wyglądała przeszłość? Czy może to, co zastało jego pokolenie, szarość znojów pracy i bezbarwność świata bez zainteresowań i perspektyw, jest jedynym, czego doświadczać może to miejsce? Czy w tej bezbarwności teraźniejszość jest podobna do przeszłości? Proboszcz ponoć bronił dostępu do tej księgi. Dzięki znajomemu rodziny, który był także dobrym znajomym proboszcza, jakaś jej kopia trafiła jednak pod dach domu Dariusza.{i} Dzieje parafii Siedliska Bogusz. {/i}To, co w niej wyczytał, utkane statystykami kościelnymi i rocznymi sprawozdaniami, zaczęło mrozić mu krew, gdy pióro narratora opisywało wojnę. W jednym momencie zamroziło mu krążenie zupełnie. Okazało się, że tylko głupcy i ignoranci potrafią brać teraźniejszość tak na serio, pozwolić tak się zmylić i wypaczyć spojrzenie na świat. Spojrzenie na wieś. Przecież wieś jest zacofana – pogląd takiej treści niezmiennie kształtuje wyobrażenie ludzi. Traci on jednak rację bytu, gdy spojrzy się na to, co tkwi w przeszłości takich typowych wsi, na zdarzenia, które tworzą nić na stałe splatającą życie małych społeczności chłopskich wsi i miasteczek z losami wielkiego świata. Losami często krwawymi i niewygodnymi dla powszechnej świadomości. Wszedł do zakrystii, był ministrantem.
– – –
– Proszę księdza, jakie dziś czytania? – zapytał na widok kapłana. – A wiesz co? Weź z piątku po uroczystości Najświętszego Serca – odpowiedział ksiądz. – To będzie to. W Mszale też zaznaczyć? – Tak, jeśli możesz. Ej, Grzesiek, nie śpij, przepaskę do alby. Znowu się spóźnię i babki będą się złościć – ksiądz wikary zdecydowanie był człowiekiem i kapłanem (nie zawsze kapłan pozostaje człowiekiem) wesołym i szczerym, choć i może odrobinkę leniwym. Był ogólnie lubiany, właściwie przez wszystkich, sam sobie też nie miał nic do zarzucenia, a przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Dla ludzi był bodaj najlepszym kapłanem, jakim mógł być w czasie pokoju, gdy okoliczności nie wymagają od ludzi (ani od kapłanów) szczególnego heroizmu. Czasem pojawiają się jednak okoliczności inne. – Będę miał do księdza sprawę. Może po mszy. Msza była, jak w każdy powszedni dzień, pierwszy piątek i co drugą niedzielę – sprintem, bezlitosną kpiną z liturgii, nabożeństwem wypranym z głębi przeżywania i odartym do zbioru formuł, które z niewiadomych nikomu przyczyn trzeba od czasu do czasu bezmyślnie popowtarzać. Kpiną tym boleśniejszą, że żaden z biorących udziału nie zdawał sobie sprawy z własnego uczestnictwa w tych religijnych harcach. Po mszy Darek przyniósł składkę, wrzucił do foliowego worka, oddał kapłanowi, pomógł reszcie posprzątać, popatrzył bez zainteresowania na rytuał zamawiania mszy za dusze zmarłych i mógł w końcu podzielić się śmiałym dosyć pomysłem, który tak zaabsorbował uwagę jego niedoświadczonego serca.
– – –
Rozgrzanego ciekawością i nadzieją działania chłopca szczypało przyjemne ciepło wieczoru późnego lata. Stali z księdzem koło samochodu. – No, Darek, szybko, bo na mnie kanonik na plebanii czeka. – Wie ksiądz co? Jest tu we wsi takie miejsce. Jakby to księdzu powiedzieć… – Proponuję szybko – przerwał ksiądz dla żartu, jego twarz nie zdradzała szczególnej ciekawości, najwyżej rozradowanie, że to właśnie tego księdza wikariusza wybrał chłopak na powiernika swych planów. Jako się rzekło, ksiądz był osobą z natury dobroduszną. – Hmm… – Darek uśmiechnął się lekko. Wyczuwał, bez szczególnego zdziwienia, własną fascynację ciężarem sprawy, o której chciał porozmawiać – Jest tu takie miejsce, szczególne. W lesie na granicy z Siedliskami, w takim parowie. Jest pomnik. Dziadziu opowiadał mi (od książki do opowieści lub odwrotnie – właśnie tak rodzą się legendy; i wbrew pozorom rodzą się ciągle), jak po wojnie ludzie zebrali się i postawili go na miejscu…
– – –
– … na twoim miejscu dałabym se spokój. Ważne to jest, dobra, ale co som zrobisz? – Nie no, ksiądz obiecał, że jak się kanonik zgodzi, to zrobi się mszę, weźmie się jaki stół, ludzie chyba przyjdą. A w przyszłym tygodniu, jak pogada z Brzyskim, to idziemy z chłopakami uporządkować to i… – Darek zdradzał ewidentne oznaki fascynacji sprawą (w przeciwieństwie do rozmówców, najbliższej rodziny) już od dłuższego czasu, znaki niezmienne ignorowane przez jego otoczenie, lub zgoła niedostrzegane. Do domu wszedł dziadziu. – A nie wisz czasem, wnuku, te krzyże to tam jeszcze stojom w potoku? – w takich momentach dziadek zwykle się ożywiał. Wspomnienia młodości muszą zawsze pachnieć słodko, jeśli nawet wtedy, gdy niosą ze sobą zapach palonych trupów, staruszek potrafi się uśmiechać. – Gdzie? Nie wiem szczerze mówiąc – odpowiedział wnuk. – A het tam w górę od pomnika. Tam my ich pochowali – wyjaśnił dziadek. – Nie wiem, nie widziałem. Pewnie nie. – A czyj to w ogóle ten las? Brzyskiego? – babcia była jak zwykle bardziej sceptyczna. Bardzo sceptyczna. – Nie wiem – odpowiedział Darek, czując się coraz bardziej atakowanym. Czy inaczej mówiąc – czując, że znów nikt nie chce bronić jego pomysłu. – Nie nie, to państwowe – wujek (bezwzględna skarbnica informacji, średnio – w najlepszym przypadku – potrzebnych) – A pamiętasz, jak to się uchlał, jak go wybrali, co aż na izbie się znalazł? He he he he he he – salwą śmiechu z własnej dygresji wujek dał znać dość wyraźnie, jak bardzo zafascynowany (nie) jest głównym tematem rozmowy – Zresztą Malinowski by się musiał tym zająć, przecież on te msze za księdza Kawuli urządzał. W końcu jego tam leżą, jeszcze się obrazi o to albo coś. – Nie wiem. Jakby się wam udało, to dobrze, ale wątpię – słodkie, obojętne wyczekiwanie, postawa preferowana z kolei zawsze przez mamę. Rozmowa, kolejna o jego pomyśle, kolejna o nim, kończyła się. I całe szczęście. Znowu go zdołowali. Cały czas dołują.
– – –
Część 22 / 2
– Zróbmy chwilę przerwy, jest dwunasta – zakomenderował Darek. – No to co – odpowiedzieli chórem chłopcy. – A to, że o dwunastej diabeł idzie po zupę do Caritasu i psoci po drodze. – Co?? – dociekał Kamil. – Tak mówią, nie słyszeliście? Przecież ile razy było tak, że o dwunastej się albo kosa urwała, albo coś nagle zginęło i się zaraz znalazło pięć po dwunastej. – Ciekawe – Kamil lubił używać słowa „ciekawe” bez względu, czy coś faktycznie go interesowało, czy nie. – No tak. Ponoć nie tylko o północy straszy. W południe też. – Ej, to chodźmy stąd szybko. – Nie no czekaj, nie trzeba we wszystko wierzyć. Chociaż o tym miejscu dziadziu opowiadał mi coś… strasznego. A on nie kłamie{i} (co to to nie), {/i}więc mu wierzę…
– – –
{i} …wierzę, jak ktoś mówi, że widzioł duchy, bom go i jo mógł widzieć. Nie wiem, czy tak, ale możlywe. A człowiek to nie był na pewno. Szedem skądś, już nie pamiętom, no pewnie z Siedlysk na skróty. Albo z Gorzejowy. No, nie ważne. Była noc, młody byłem, serce bez strachu, widziało mi się, żem wieczny co najmni. Idę. Choć wiedziołem, co się tam nieroz wyrobiało. Poszedem w każdym razie. Noc ciemna, jak to noc, lekutki wietrzyk, to już trochę niezwyczajne, bo w nocy z reguły spokój z wiatrem, liście szemrzą, dobiro se człowiek do głowy. Wchodzę w te paryje tam, w ten padół. Zrobiło się ino cicho, jak makiem zasioł. No nic, kompletnie nic, żodnego odgłosu, cicho jak w grobie. Minąłem krzyże, pomnik, myśle se – tom już w domu. Jak mie zaroz zmroziuło. Odwrocom się, stoi przede mną. Postać. Inaczy określić nie umiem. Jak mię zaszła tak od tyłu. Cicho było, no bez szmeru, ani liść, ani gałązka. Miało to na sobie taki czorny, długi płaszcz, niby jakiś tam żydowski, ale z kapturem. I ten kaptur miało to zasunięty na twarz głęboko. Ale takij twarzy to jo jeszcze nie widziołem. Nie widziołem i już do śmierci nie zobaczę, bo może sama śmierć będzie miała tako postać i twarz. Od ty nocy jo tak widzę śmierć. Ta twarz. Oj, nieroz bywało, przyśniła się. Ta ciemność. Bo tam, gdzie twarz, była tylko ciemność, no niezgłębiono, aż kosmato, tako gęsto. I zimno się od razu zrobiło, takie mrocki po krzyżach lotały, że aż szpik przemroziły. I mało tego – ta postać przemówiła. Zapytało to to biedne o papierosa, dałem jakoś, już nie wiem jak, wzięło. I zapytało o drogę na Hutę. No tom pokozoł, w sumie nawet stamtąd wrocołem. Odwróciło się to i bez słowa poszło. Choć dziś mi się wydaję, jakby płynąło, nie szło, jakby nie ruszało nogami. No to i ja pomyślął – czas mi już leźć do domu. Alem się jeszcze cikawy obrócił. I co? Nie było nic, ni śladu. Gdzie się podziało? Nie wiem, jakby w ziemię wpadło. Tam akurat w tym potoku, gdzie groby były. Dopiro wtedym skojarzył, głupi, że tych nieszczęśników też z Huty przyciągnęli… Już mi więcy nie było trzeba… {/i}
– – –
– A były i inne. Brat dziadzia tu raz przez las przechodził w nocy. Jak wszedł, momentalnie zerwała się wichura, tak ponoć wiatr dął, że szok. Wychodził z lasu – wiatr umilkł. Albo sam dziadziu. Razem z jakimś tam gościem porządkowali drzewo, cięli w metry i składali w miejscu, koło górki, to zabezpieczali lepiej, żeby się to nie sturlało. Coś im zaczęło nagle przeszkadzać. Co ułożyli w stosy, zabezpieczyli, odwracali się do domu. Trach. Rozwalone. I tak dwa czy trzy razy. A zbliżał się wieczór. Bez wątpienia to miejsce kryje w sobie coś dziwnego. I jak zwykle młodzi, żądni potwierdzenia wielkich słów, zaczęli nasłuchiwać i wypatrywać czegoś dziwnego i niezwykłego. Nagle gdzieś niedaleko trzasnęła gałązka, a to w przeraźliwej wręcz ciszy południa, jaka zwykle zapada w tym miejscu, otoczonym ze wszystkich stron ścianą zboczy i drzewami, brzmiało niczym wybuch granatu. Lub śmiertelny wystrzał z Mausera. Trzask się powtórzył, dosłyszeli cień głosu. I chyba naprawdę wierzyli, że za chwilę stanie się coś szczególnego. Zza zbocza wyłonił się stary Kurcz, który wydarzenia 13 września 1944 roku pamiętał dobrze. Był też przyjaźnie, wręcz entuzjastycznie nastawiony do pomysłu chłopaków, pomagał im porządkować teren, czyścić pomnik, pożyczał narzędzia, żeby nie musieli nosić z odległych domów. Był dobrym duchem całego przedsięwzięcia. Nie takim jednak duchem, jakiego{i} (kto wie) {/i}może oczekiwali w tym miejscu chłopcy. Takich duchów nie ma, zakrwawionych i brzęczących łańcuchami, trzymających głowy pod pachą i straszących. Istnieją natomiast rzeczy, które przekraczają granice ludzkiego poznania, które człowiek musi ubrać w jakieś szaty, żeby zrozumieć je w chociaż cząstkowy sposób, żeby wiedzieć, z czego się śmiać. Czasem jednak… Pan Kurcz także znał parę związanych z tym miejscem historii, znał ludzi spoczywających w grobach. Powoli mijała dwunasta. Zachmurzyło się, zrobiło niemrawo i szeleszcząco. Serca znów zaczęły bić trochę szybciej. Czekali słuchając opowieści. Na cokolwiek. Znak, melodię graną przez wiatr, szelest liści, przelotny cień. Ale znowuż – nic takiego nie miało miejsca. Było tylko jakoś tak mdło, niewyraźnie, jakby{i} (kto wie) {/i}przecierała się niewidoczna zasłona.
– – –
13 września już od samego rana polowe „szczekaczki” głosiły ponure wieści. Rozkaz niemieckiego dowództwa był krótki i właściwie bezlitosny – ludność cywilna, wobec której zachodzą podejrzenia prowadzenia działań sabotażowych i sprzyjania Sowietom, ma zostać wysiedlona. Na obejściu u Kozłowskich trwała gorączkowa krzątanina. Matka szykowała jedzenie kilkorgu dzieciom i mężowi, wiecznie upartemu i krnąbrnemu Władkowi. Ojciec, jak co dzień, krzątał się przy obejściu. Krowy ryczały raczej z głodu niż wyczuwając w powietrzu coś złego, choć to mądre zwierzęta. Świnie, zwierzęta, których mądrość zdaje się mieć postać pełnego koryta (i tu dostrzec można podobieństwo do ludzi), tarmosiły zasuwę przegrody, po otwarciu której spodziewały się zobaczyć ściekające po rynience ochłapy. Władek był szczęśliwy z taką gromadką, Władek był chłopem polskiej wsi i kochał to, co kochali od wieków jemu podobni, wyznając jedyną sensowną w tym świecie filozofię rytmu przyrody. Żyzna ziemia, pachnąca znojem, zadowolony głos krowy na pastwisku, ciche rżenie konia ciągnącego pług. Nie dziwił się Borynie, że ten chciał umierać na polu. Po ostatniej wojennej rekwizycji do oporządzenia miał o konia mniej i brakowało mu Siwka. Stary, dobry Siwy, co my się razem nałorali.{i}