Fantastyka · 3 min czytania
Z motyką na Lorentza
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Było to gdzieś tak na początku lipca. Kopałem właśnie kartofle, kiedy nadleciał ich pojazd. Zatrzymał się będzie jakieś dwie chałupy nad ziemią i zaczął się opuszczać. "Cholewa, grządki mi poniszczy" - pomyślałem i niechybnie tak by się stało, bo pojazd masywniej wyglądał niż wszystkie kombajny z okolicy. Szczęściem na samo pole nie opadł, ino bez hałasu nijakiego zatrzymał się ze dwa metry nad nim. Drzwi się otwarły i wyskoczyło z nich dwóch takich. Musi kosmici to byli, ci co to o nich mówili w telewizorze, co to przylatują, oglądają, pytania takie zadają że przed księdzem u spowiedzi człowiek by nie powiedział. Powiadają, że tacy to do ludzi podobni bywają, ale ci to takie fryzury mieli, co to nawet miastowe na ulicy z czymś takim wstydziliby się pokazać. Szczęściem chłopaka mojego w domu nie było, bo pewnikiem w głowie by mu się poprzewracało, zacząłby nosić taką czuprynę i jeszcze jakie nieszczęście by z tego było. - Dzień dobry gospodarzu. Macie tu może paliwo XD 748 A do turbo? Po naszemu gadali, co mnie za bardzo nie dziwiło. Musi jakąsi maszynkę mieli, albo telepatyi używali, co to myśl samą ze łba do łba przesłać może bez słowa…