Aktualności · 36 min czytania
Z notatnika westchnień... - część 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
"Z NOTATNIKA WESTCHNIEŃ, CZYLI DRZAZGI WSPÓŁCZESNOŚCI - CZĘŚĆ PIERWSZA".
*
Co byś chciał dostać ? Państwową posadę, darmowe mieszkanie, kawę z cukrem ? I to wszystko w tym miejscu, gdzie święci pilnują dolarów i przed lustrem wstydzisz się własnej nagości... Oglądam „Ja, Gombro”, a w głowie huczy mi jeszcze mentalna czkawka po „Bazie ludzi umarłych”. Jak mam myśleć w tym huku ? Czego by tu się jeszcze uczepić ? Patrzę. I widzę – bynajmniej nie formę ! To okładka kolorowego magazynu – z jednej strony wydech szaleństwa Bacha, a z drugiej – bezkres Almodóvara, i choć staram się myśleć... to nie mogę. Hałas. Skończyło się. I nie wiem co mam myśleć. Zresztą, na co mi w tej chwili myślenie ? Utwierdziłem się w przekonaniu, że jestem autonomiczną istotą, wyizolowaną od samej siebie, a szklisty papier zerwał mi z ust resztki domysłów, żeby przypadkiem język nie zamienił ich w pytania.
*
Miałem kiedyś kolegę, człowieka szczęśliwego w sposób tak płaski, jak tylko definicja pozwala. Najzwyczajniej w świecie miał wszystko – od starodawnej inteligencji, przez hart ducha po pieniądze. Tandemy zalet, jasyr wszelkich cnót błąkających się po Układzie Słonecznym (może nawet po sąsiednich). Był tak wspaniały, jak te wieczne preparaty każdej akademii medycznej. No i miał ten filantropijny dowcip, co po rozlaniu stał słuchaczom w gardle, jak najeżony kolcami żołądź. Zdrada, zło, hańba, przemoc, gniew, pycha, wojna, śmierć, głód – to, co tak najbardziej ludzkie było mu dalekie, więc pasował jak ulał do współczesności, do świata schulzowskich manekinów. Cuda techniki i arcydzieła przyrody stworzyły jego wężowe serce i puściły dalsze pędy dając mu głowę, nogi, tors i resztę tego cielesnego bezładu. No, ale wracając do sedna: ten mój przecudny kolega BYŁ. Niestety nie tylko BYŁ, ale też ŻYŁ i DZIAŁAŁ. Co konkretnie robił ? Pluł jadem (inni mówią – „dyskutował”), prostował kręgosłupy (inni mówią – „uczył”) i odbierał pewność siebie (czytaj: „uśmiechał się”). Ten nienagannie ubrany fircyk ustępował miejsca babciom w autobusie, oglądał „Wiadomości”, nie palił, nie pił, snuł krótkie plany i nie przeklinał. Czyli ŻYŁ, ale nie-żył. Na dźwięk szczebiotania jego zębów, przelewania się jego języka w mazi skrupulatności, czułem jakby łaskotał moje własne podniebienie. Jakby siedział na moim kołnierzu i dociskał go do mojej szyi , wzmagał wydzielanie się mojego potu, był źródłem wszelkiego swędzenia, uwierania, uciskania i przeszkadzania. Ten ósmy (a może i kolejny jednocześnie, cholera wie) cud świata niedorzeczności był alfą i omegą, początkiem i końcem mojej niewygody, sztampowym i suchym wiórem, jak wystukiwany w drewnianej desce, jednoznaczny „poemat moralisty”. Tak do bólu zwykły w ogóle i w szczególe, z zewnątrz, od środka, z boku, a nawet z lotu ptaka. Po prostu go nie lubiłem.
*
Zastanawialiście się kiedyś co by było, gdyby uśmiercić głównego bohatera w środku książki ? W samym sednie rozwinięcia ? Albo najlepiej już we wstępie ! Tam do licha ! – w pierwszych didaskaliach !!! Uczynić tak, aby awers spłynął krwią, a rewers był już innym światem, oczyszczonym z literackich pomiotów. Zbesztać uczucia czytelnika tak, aby poczuł, że sam umiera. Zamknąć go w maleńkim pudełeczku i wyśmiać, bo o to postać, którą cenił, z którą się utożsamiał, do której czuł sympatię – zdechła. Padła. Znikła. Przepadła. A skoro energia nie ginie w przyrodzie to, na tej samej zasadzie, można miejsce powstałe po śmierci bohatera wypchać przyrodą, frazesami, rozważaniami, konceptami i opisami. Środków literackich nigdy dość, a nóż-widelec okaże się, że to oryginalne ? Że spisaliśmy kolejny klasyk ? Że daliśmy swój wkład do światowego dziedzictwa ? Jakby nie było – wymyślcie coś sami. Niech bohater wyjdzie z domu, a mieszkaniowy inwentarz weźmie na siebie ciężar podmiotu lirycznego. Niech rozpaczają za właścicielem, który przepadł, niech dzwonią filiżanki i stukają krzesła, ale pod żadnym pozorem nie kończ książki ! Pisz dalej ! Wbij sobie ten imperatyw do głowy i powtarzaj go do znudzenia: przy śniadaniu, przy myciu zębów, w Kościele, w kąpieli, żując kolację, w autobusie i czyszcząc dywan. A potem zacznij go stosować. Efekt murowany. W oczach innych nagle zaczniesz źle pisać, będziesz nudny, może nawet wywołasz torsje jak Byron na balu z wymalowanymi na kostiumie wnętrznościami. Nie przejmuj się i pamiętaj o jednym – każda światowa poezja, epos dziejowy lub wiekopomna powieść jest wyrzygana, zrodzona z podrażnienia czytelniczych jelit, z dziurawienia dwunastnicy krytyków. I jak pali już zgaga, trucizna drąży żołądek... następuje eksplozja; autor wywija się na podszewkę i wypluwa dzieło. Z czasem wszystko cichnie, umyka uwadze literatury i ideały w końcu, wyczerpane, sięgają bruku. Idioci tworzą dalej, bo geniusze zdążyli już zamilknąć, a historia trwa, toczy się na bieżąco. I za X (30, 40, 60, 100 – niepotrzebne skreślić) lat jakiś fanatyk albo sługa przypadku odkopuje wymiociny prehistorycznego (po tych X latach) artysty (lub szarlatana neolitu – jak kto woli) i zaczyna się zastanawiać. Płodzi w bólach, męczy się jak Tantal, cierpi jak Konrad i tłoczy niczym niestrudzona matryca interpretacje, eseje, felietony na temat zapomnianego utworu. I nagle w krótkim czasie, lotem błyskawicy obiega świat wiadomość, że bohater zabity w prologu, to nowy wzorzec parenetyczny bohatera do cna umęczonego, którego pośmiertne męki zostały przerzucone na umysł czytelnika. Brawo ! Czapki z głów Panowie, kolejny geniusz otrzymał etykietę ! Cieszmy się wszyscy... no może z wyjątkiem samego autora, który dawno gryzie ziemię i nigdy by nie wpadł na taką interpretacje swojego dzieła. Opisał po prostu to, czym obdarzyła go wyobraźnia, a świat zrobił furorę, bo stworzył sobie na tym gruncie nową formę. Świat to uwielbia – tworzyć schematy. Łakomie oblizuje się na samą myśl o tym zabiegu. Jeszcze to czytacie ? A więc osiągnąłem sukces – nie dość, że nie uśmierciłem bohatera na długo przed końcem to nawet go nie stworzyłem ! A wy tu dobrnęliście – jak barany prowadzone na rzeź, bezmyślnie. Proszę o brawa !
Część 22 / 3
*
Świat jest niedbały, bo nie dba o nas. Świat jest zły, bo nie kąpie nas w złocie. Świat jest ciemny i mroczny, bo stworzył glebę, kondukt żałobny, kruki, węgiel i tusz do rzęs. Świat się śmieje, bo ludzie płaczą. Mógłbym pisać podobne rzeczy aż do śmierci, dla samego pisania, dla rozleniwienia swoich komórek. Ale napisać tak, żeby zaskoczyć samego siebie to dopiero coś. Ale tego jeszcze nie umiem, niestety. Kiedyś mi się uda. Tylko kiedy ? Całe życie połykam książki i wiedzę sprzedawaną mi w lukrowanych pączkach i kapsułkach z tranem w proporcji 1:1. Ergo, nie mam w ustach konkretnego smaku, wszystko się miesza i eksperymenty wychodzą mętne jak źle sporządzona zawiesina. Ryczeć się chce i walić głową w mur, którego nawet nie umiem opisać. Nie wiem co trzeba by zrobić żeby zwrócić na siebie uwagę i wyzwolić feromony inwencji. Mam jak Herostrates zacierać ręce, bo coś niszczę ? Mam się odmóżdżyć jak Ikar ? Bez sensu. A to czekanie na wysokim krześle, nad mrowiskiem, z jabłkiem w dłoni i wzrokiem w tarczy zegara też już nic nie daje. Przepraszam Fortynbrasie, że nie ma mojej gwiazdy obok Hamleta, choć mój świat też jest więzieniem (tu księciu muszę przyznać rację). Co do kanalizacji i prostytucji – temat szlachetny, ale jego także nie umiałbym ubrać w słowa. Brakuje mi krystalizacji, jakiegoś fizycznego procesu, który by mi rozwiązał język i pokazał świat w całej jego rozciągłości. 256 odcieni szarości na 365 dni w roku to jednak trochę za mało, coś musi się powtarzać... Absurd goni absurd, bo oto rutyna staje się bardziej rutynowa niż jest w swej istocie, nudniejsza od samej siebie. Chyba już rozumiem swoją niemoc twórczą. Idę spać.
*
Szanowny... !
Jeśli myślisz, że Cię to nie połknie i nie wypluje w częściach to jesteś w błędzie. Jeśli myślisz, że atomów ludzkiego ciała nie da się skruszyć to jesteś głupcem. Proszę Cię uprzejmie, daj mi całego siebie, abym mogła Cię posiąść już dziś. Stanę się narzędziem Twojej woli i przedłużeniem Twoich chęci. Ostatnie mity udusił Szczypiorski, ostatni karabin przed „włócznią złego” – co prawda z 50-letnim opóźnieniem, ale jednak – ukradł Baczyński, więc nie stój dumny, lecz pochyl się w sobie. To Wielcy dadzą radę, a robaki wrócą do popiołu, z którego wyłoniła się ludzkość. Nie moją winą jest Twoja samotność – to błąd Deukaliona i Pyrry. Rzucili Tobą za daleko. Daleko dalej niż innych. Nie krzycz, nie rozpaczaj i nie wygrażaj palcem w stronę burzy. Otul się maligną człowieczej nadziei – anachronicznym implantem, który istnieje tylko w Twojej wyobraźni. I przeproś. Za łzy. Za wstyd. Za strach i niewiarę. Niczego z tego nie zdołasz powtórzyć i nie zdążysz żałować, jeśli nie oddasz się pod moją opiekę. Wiesz przecież, że tańczę daleko za Krzyżem Południa; że dom mój tam, gdzie Księżyc nie zagląda; że gnam w wyścigu ze światłem i stoję o wiek bliżej Was niż ono. Powierz się mojej opiece, pozwól się omotać moim ramionom i kodeksom. Uchroń siebie, biedne dziecko, przed Saturnem, a ja będę Twoim Kronosem ! Nigdy tego nie pożałujesz i nigdy nie wspomnisz. Wyczekująca serc Moralność
*
Moje łzy są chore z zazdrości. Ściekają po twarzy i za swój los karają mnie piekącymi strugami, ryją koryta wrzącymi strumieniami, niezatarte ślady niemocy lub rozpaczy. Wiem, że mnie nienawidzą i z furią zalewają oczy, rozmywają obraz i gryzą zajadle. Są wściekłe, że nie pozwalam im szeptać, łączyć się i mieszać z siostrami – krwią i limfą. Zostawiłem im do towarzystwa tylko jednego chama i prostaka – pot. A jaki mam na to wpływ ? Żaden, lecz one nie słuchają wyjaśnień. Płyną swymi ślepymi drogami jakby szukając we mnie komory, życiodajnego otworu, który spełni ich jedyne pragnienie. W końcu kończą na samym dnie – na dywanie, betonie, ziemi i spalając się w nienawiści krzyczą swoje nieme, obłędne zaklęcia w moją stronę. Ku chwale niebios nie jestem obdarzony tak dobrym słuchem. Głuchy jest dla mnie świat ich próśb, westchnień i gróźb. Ale to dobrze. Taki stan rzeczy pozwala mi zachować wiarę w zmysły i ich funkcjonalność. Skąd zatem wiem o sekretach łez ? To proste – podświadomość. W jej kopułę łzy ciskają głazy i grzmoty swych wyrzutów, walczą ze swym nieszczęściem. Zmuszam się do płaczu i biorę jednego niewolnika z woreczka spojówkowego na palec. Jest mały, drobny, spokojny. I cichy. Wierzę, że nie krzyczy. Zupełnie jak człowiek. Gdy jest sam, jest po prostu cieniem samotności, egzystencją dla samego faktu istnienia, początkiem i końcem w tym samym miejscu. A gdy wrogów jest więcej – gdy stają się rzeką, morzem, oceanem... ? Gdy ludzie tworzą frakcje, narody, państwa... ? Noszę w sobie korzeń swej własnej zagłady, bo przecież oceany zalewają lądy, porywają ludzi, pochłaniają ludzkie osiedla. To sztormy, oceany, powodzie. Trzymam tego jednego intruza na palcu i myślę. A ludzie ? To wojna, głód, grzechy. Eksterminację nosimy w sobie, gdy zejdziemy się razem to tak, jakby autodestruktywny ocean rozbijał własne fale. Jesteśmy gorsi od przyrody. Łzy walczą razem, ramię w ramię. My – po przeciwnych stronach barykady. Może nam wroga, najzwyczajniej w świecie, brakuje ? Innej rasy ? Jakie to smutne... Zbiera mi się na płacz... O tak ! Podaruję oceanom nową moc moich niewolników i obejrzę jak znika kolejna plaża ! Jesteśmy głupcami. W końcu oszaleję, zeszmacę się i sam uwolnię swoją krew z żył. Padnę na ziemie i zapłaczę. Zmieszam łzy z hemoglobiną i glebą darując swemu ciału ostatni prezent – zakażenie. Umrę, bez żalu. A za tysiące lat ocean ukołysze moje kości uwalniając z nich wapń. Może inni będą wtedy płakać ?
Część 33 / 3
*
Tak sobie myślę, że nie wszyscy chodzimy po tej samej ziemi. Bo jakim sposobem melancholicy, pyszałki, humbugi sprawiedliwości, yuppies, geniusze i miernoty mogą siedzieć w jednym tyglu ? Składniki by się nie zgadzały. Nie, tak się nie da. Przecież niemożliwe żeby wszystkich łączyła tylko wzajemna hipokryzja i legenda po tak starym, że aż nieprawdziwym, pokrewieństwie. Blaga ! Kto mnie tak na siłę, nieporadnie w dodatku, oszukuje i podsuwa te absurdy ? Ktoś z tych hipokrytów, czy ktoś większy – Najznakomitszy Hipokryta ? Ten od bólów twórczych, seryjnej produkcji noży (które tonami lądują na ulicach), bezrobocia, wybitych szyb i uszczuplonych ambicji ? A może ten od mamony, srebrnych limuzyn, drogich garniturów, a w najlepszym wypadku – zaocznych studiów ? To ten sam ! Mówię całkiem serio. Podałem Wam w purpurowej tkaninie klucz do jednej z najmniejszych tajemnic. Umiejętnie z tego korzystajcie. Bo z tych dużych, większych i największych (tajemnic) śmieję się spazmatycznie. Jak wariat, płaczę ze szczęścia, choć nikt nie urodził mi dziecka. Wyśmiałem i oplułem absurd, rozrzedziłem powagę mizerią z ogórków, naplułem na obraz Picassa i nikt nie zobaczył różnicy. Prawdopodobnie by tak było. Nie, nie dlatego, że nie rozumiem Picassa, tylko dlatego, że jestem wredny i złośliwy. Gryzę nitkę, na której wisi miecz Damoklesa, codziennie ubieram podarunki od Dejaniry, a Gombrowiczowskie bomby noszę w kieszeni, jak zużyte cukierki. Wyśmiałem śmiech i błazeństwo. Przykleiłem światu gębę wiecznego pesymizmu, a ludziom – wiecznej szczęśliwości, na wzór prezenterów telewizyjnych. Zagrzebałem się jak mrówkolew w piasku cywilizacji i czekam na moment żeby pożreć patos każdego idioty, zawyć do księżyca i znowu się śmiać. Największy Hipokryto ! Już Cię nie ma ! Pstryk ! I tak błazen został królem. Zaśmiałem się i... świat zniknął. Został tylko ból mięśni od radosnego treningu.
*
Nie umiem nazwać swoich grzechów. Wiem, że codziennie robię coś nie tak, jak być powinno, ale nie wiem dokładnie co. I co gorsze – nie sposób dociec, jak ten problem rozwiązać. Szkoła, dom, znajomi, osiedle, książka, świat, telewizja... Fabryka ceramicznych opakowań, sreberek owijających popiół zamiast kryształowych pojęć. Nie wiem co robię źle. Czy każdy mój krok, gest, postępek, który mogę wytłumaczyć religią, moralnością, obyczajami, kulturą jest faktycznie dobry ? Czy pojęcia dobra i zła tkwią w formułach ludzkiego życia czy też stoją ponad ziemią, oceanami, a nawet samym Bogiem ? Jeśli permanentność niektórych pojęć stoi ponad tym, co motywuje nasze działania, ponad toposami i archetypami, to w jaki sposób mamy dążyć do ideału ? Jeśli na drodze do szczęścia stoi nasza genealogia, wiekowe konwenanse lub historyczna konieczność, jak możemy starać się zniszczyć tą Irminsulę porządku świata ? Człowiek nie może – na zdrowy rozsądek – rzucać wyzwań losowi, śmierci lub absolutowi. A jednak to robi, choć nie zwycięża. Może jest to jedyna droga do prawdziwego, platońskiego dobra, które tkwi ponad wszystkim, co nazywamy „nadrzędnymi siłami sprawczymi” ? Jeśli faktycznie tak jest, to człowiek nigdy nie będzie szczęśliwy na drodze do absolutnego dobra. Żeby je osiągnąć musiałby odrzucić iluzję codzienności, fakty, dziedzictwo kulturowe; rzeczy, które filozofia już przed wiekami uznała za constans. Rozmieniając te zjawiska na drobne dochodzimy do alienacji, konfliktów z rodziną, może nawet z prawem, problemów w pracy, a na dłuższą metę – zaburzeń świadomości i ograniczenia własnego jestestwa do jednego, granicznego celu. Ale dobro jako wartość stoi ponad wszystkim – prawda ? Tak pokrótce przedstawia się los człowieka dobrego, banity realności, na którego czeka jedynie szubienica cywilizacyjnych kategorii. Czy ktoś zna prostsze rozwiązanie ?
*
Czy człowiek wyrasta z grzebania w rzeczywistości ? Znowu budzę się rano połamany niczym ofiara bandy skinów. Wszystko mnie boli. To przez ćmiki – tak twierdzi kumpel. Sam nie wiem. Wstaję z łóżka niczym suma nieszczęść i przekleństw. Szurając ołowianymi nogami podnoszę w górę, zasłonięte skałą snu, powieki. Przekrwionymi oczami patrzę na wiszący na ścianie krucyfiks i zdobiony obrazek Matki Boskiej. Jeśli Bogu podobają się takie cudeńka, ociekające złotem kościoły i przebogate wota, których wartość nakarmiłaby niejedną rodzinę, to grzeszy pychą. Ale On przecież o tym wie. Eony temu posadził w swym ogrodzie drzewo, którego owoce przestały Mu smakować tysiące lat przed naszym zaistnieniem na tej pustyni uczuć. Ziewam i ślamazarnym krokiem ruszam do łazienki. Lubowanie się w fizjologii jest chyba cechą każdego zaspanego osobnika. Bez względu na gatunek czy rasę. W cholerę z systematyką ! – myślę, myjąc ręce. Przekraczam próg maleńkiej kuchni i staram się odnaleźć jakiś pokarm. Jest. Siadam. Jem. Wcinam łapczywie skibkę chleba z dżemem, rozdzieram ją wściekle zębami i sennie żuję oczami krajobraz za oknem. Za wiele to tu się nie zmienia. Nowe drzewa nie wyrosły w miejsce rozbitych butelek. Tylko poranne zabawy dzieci przesłoniły brak kołpaków w samochodzie sąsiada. Osiedle żyje. Osiedle oddycha. Powoli zaczynam się budzić. Umysł zaczyna brnąć w rzece banałów. Skończyłem. Czas się umyć. Ze szczoteczką w ustach, pokrytą resztą pasty, patrzę w zabrudzone lustro. Nie chce mi się tego sprzątać. No i na co się patrzysz cwelu ? Nie jesteś lepszy. Ale chciałbyś, nawet bardzo. Uśmiecham się i sprzątam po sobie. Ubieram się, skupiając całą uwagę na utrzymaniu względnej równowagi. Nieźle. Czas iść po zakupy. Biorę siatkę i pieniądze, otwieram wszystkie zamki chroniące mój radosny przybytek i wychodzę. Patrzę czy w drzwiach nie ma nowych dziur i poprawiam wycieraczkę trąconą przez sąsiada. Specjalnie. Energicznym krokiem pokonuję schody pamiętając, aby nie dotykać brudnych poręczy i ścian pokrytych pismem neandertalczyków blokowisk. Drzwi od piwnicy, jak zawsze otwarte niczym wrota Koloseum dla stad szczurów i pcheł. Zamykam za sobą ostrożnie dwie pary drzwi uważając, aby klamka nie została mi w ręce. Poczty nie sprawdzam – co ciekawsze listy i tak już zdążyły znaleźć innego właściciela. Ruszam moją Via Appia w kierunku najbliższego trzepaka. Prawie z bliska podziwiam piętno życia wciśnięte w bruzdy na twarzach mieszkańców tego miasta. Każdy jest kowalem swojego losu – tylko kto da nam materiał. Kiedy wreszcie runie ten Rzym pod naporem barbarzyńskich plemion ? Niejeden przecież czeka