Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Rodzina · 8 min czytania

Z pamiętnika Barta Williamsa

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Z pamiętnika Barta Williamsa.

Część pierwsza

Poniedziałek, 2 stycznia 2006 rok.

Moja żona jest w ciąży! Ten fakt jeszcze do mnie nie dotarł, ale wkrótce przebije się przez skorupę niedowierzania, osiadając na powierzchni mojego serca i mózgu. Szczęście wypełnia mnie po brzegi; mam ochotę wstać, ruszyć przed siebie i ucałować każdą napotkaną osobę. Gdyby można spieniężyć szczęście, to byłbym teraz najbogatszym człowiekiem świata, któremu banknoty służą za rozpałkę oraz alternatywę tapet. Jestem w niebie. Nie, niebo mam tutaj. Cholera, kocham życie! Od dziś jestem z radością na ty. Przepraszam- dziś już nic z siebie nie wyduszę. Zadzwonię do rodziców.

Środa, 4 stycznia 2006 rok.

Razem z nowym życiem nadszedł nowy etap . Najwidoczniej nie ma w nim miejsca dla pamiętnika. Towarzyszył mi przez pięć lat życia. Jest dla mnie jak ziemia, w której posadziłem ziarno własnego czasu. Pozwoliłem mu wykiełkować. Dorastało razem ze mną. Wszystkie wpisy traktuję jak owoce. Ale już czas się rozstać. Pamiętnik jest przesiąknięty moim życiem, a przede wszystkim uczuciami. To kopia pięciu lat. No cóż, coś się kończy, coś zaczyna. Ostatniego wpisu dokonam po narodzinach mojego potomka. Aha, jeszcze jedno. Rozmawiałem z rodzicami. Reakcję mamy można porównać do zachowania dłużnika, który właśnie dowiedział się, że wygrał najwyższą nagrodę w grach liczbowych; tata również nie ukrywał ekscytacji. To będzie ich pierwszy wnuk. Pierwszy i – miejmy nadzieję- nie ostatni.

Piątek, 2 października 2006 rok

Już jest wśród nas! Mój kochany synek, mój Tommy. Jest taki maleńki. Waży zaledwie 3 kilogramy. Jego główka pokryta jest delikatnym meszkiem koloru ciemnego. Oczy wyglądają tak, jakby w puste oczodoły Bóg wlał bezkresny ocean. Ich błękit mnie oczarował, połączył nas nitką miłości, której w stanie nie są przeciąć żadne nożyce ludzkiego zła. Gdy pielęgniarka podała mi go, owiniętego w niebieski becik, na którym wyszyto uśmiechniętego misia, przez moje ciało przebiegł dreszcz. Ta chwila zdawała się nie mieć końca, zupełnie jakby do teraźniejszości została wpuszczona wieczność. Lisey najchętniej wstałaby z łóżka, ubrała się i wyszła ze szpitala. Gdy wszedłem do sali numer 210, gdzie leżała moja żona, zobaczyłem ją. Jej lśniące, kasztanowe włosy ułożone były w kok niewielkich rozmiarów. Ciemne oczy, ukryte za zasłoną gęstych rzęs, mówiły: „Bart, to już. Ależ jestem szczęśliwa”. Na jej ramieniu leżał Tommy. Wyczuwalny był zapach nowo narodzonej istoty, intensywny i specyficzny, aczkolwiek fascynujący. Być może dlatego, że symbolizował nowe życie. Tak jest, nowe serce, mózg, rączki. Aktualizując- po raz ostatni- pamiętnik, siedzę na plastikowym krzesełku w hallu recepcji szpitala w Chicago. Jest pięć po pierwszej w nocy. Lisey- zmęczona porodem- śpi, Tommy również. Ja nie mogę, nie jestem w stanie. W moim przypadku sen urządził sobie urlop. Idę na spacer wokół szpitala.

Pamiętniku! Dzięki, że przez 5 lat twoje kartki wchłaniały moje łzy oraz uśmiechy.

Część druga

Czwartek, 20 listopada 2007 rok.

Nie, nie, nie- to nie może być prawdą! Boże, dlaczego do tego dopuściłeś? Czym sobie na to zasłużyliśmy? Niech mną ktoś potrząśnie, powie, że to tylko zły sen, że zaraz obudzę się i ujrzę dwie twarze, na które ukradkiem wkradł się promienny uśmiech. Jak mogłem być tak nieuważny?! Boże, mam tyle pytań, na które nie uzyskam odpowiedzi, tyle żalu, że mógłbym nim obdzielić cały świat. Powoli rozsypuję się.

Piątek, 21 listopada 2007 rok

Dziś odbył się pogrzeb. Gdyby nie rodzice, nie poradziłbym sobie z wszystkimi formalnościami. Płakałem, kiedy zamykano niewielką trumienkę, w której leżał mój syn, ubrany w biały garniturek. Pozwoliłem spływać łzom, świat się skończył.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%