Fantasy · 12 min czytania
Z pamiętnika Sheiny... (16)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Z pamiętnika Sheiny... (16)
Danteh’en... (piąty miesiąc, trzeci tydzień, siódmy dzień)
„ - Nie wierć się. Alin była już wyraźnie zniecierpliwiona. Ale to tak swędziało... Przemywała mi czoło zimną wodą z dodatkiem ziół. Miało to zapobiec ewentualnemu zakażeniu. Kiedy tylko nie patrzyła, drapałam się jak głupia. Poprzedniej nocy myślałam, że zwariuję. W rezultacie miałam całe czoło rozdrapane. Wyglądało to paskudnie. Alin z cierpliwością godną podziwu codziennie kilka razy przemywała mi zadrapania. Raz doszło do tego, że zawiązała mi z tyłu ręce, żebym jej nie przeszkadzała. Na czas podróży czoło miałam przewiązane przepaską. Nie wyglądało to źle, a i grzywka nie spadała mi na oczy. Po dwóch dniach zza wzgórz wyłonił się jeden pagórek, na którym przysiadła mała osada. Tego dnia było pochmurnie. Obłoki przemykały po niebie, jakby je ktoś gonił. Słońcu z rzadka udawało się spojrzeć na ziemię. Ile dałabym, żeby wiedzieć, co się tego dnia wydarzy... Chociaż dobrze, że nie wiedziałam... uciekłaby wtedy z krzykiem... Mijałyśmy łąki, gęsto obsiane zbożem. Miejscowi pracowali i tylko od czasu do czasu spoglądali na nas. Ich spojrzenie było dziwne, nieufne, niepewne. Powiedziałabym, że przestraszone. Ich ruchy też były nerwowe. Śpieszyli się widocznie. Jedna kobieta podeszła do nas, przyglądając się uważnie. Cerę miała zniszczoną, bladą twarz i podkrążone oczy. - Zawróćcie... - Dlaczego? - Zawróćcie. To nie jest miejsce dla takich miłych dziewczynek jak wy. Jest tu bardzo niebezpiecznie... Głos miała również zmęczony. Nie pasowało to wszystko do jej dziewczęcego wyglądu. - Widziałyśmy po drodze... Jesteśmy tu po to by się z kimś spotkać. Gdzie tu jest gospoda „Mała pieśń”? Kobieta potrząsnęła głową. - To jedyna gospoda w okolicy, która się ostała... Znajdziecie ją bez trudu... Oby Walczący wybawili nas... A więc już tu są. I to w liczbie mnogiej... Podziękowałyśmy i ruszyłyśmy dalej. Danteh’en w małej mierze przypominał miasto. Było to zbiorowisko skromnych, ledwie trzymających pion chałup otoczonych stara palisadą, wymagającą generalnego remontu. Większość z tych szczelin wyglądało na całkiem nowe. Przy bramie dwóch chłopów, przebranych za żołnierzy spoglądali na nas nieufnie. Bez przeszkód nas wpuścili. Jak tylko minęłyśmy wejście naszym oczom ukazał się budynek, w równie opłakanym stanie, co reszta miasta. Gospoda. Na nie brukowanych uliczkach panował niewielki ruch. Prawdę mówiąc nikogo nie było. Kilkoro dzieci bawiło się w kałuży. Kilka zaniedbanych straganów również było zamkniętych, okiennice pozasuwane. Strach wisiał w powietrzu... Zanim otworzyłam drzwi gospody wzięłam głęboki wdech. W środku również były pustki. Jedynie kilku klientów, topiących smutki i niepowodzenia dnia powszedniego. Oprócz nich w kącie siedziało kilka osób, które wyraźnie się wyróżniały. Nie pasowały do tego miejsca, do tego otczenia. Oprócz tego było to „coś”, co tylko ja mogłam dostrzec. Specyficzna aura unosząca się nad nimi informowała mnie, że w kącie siedzą Walczący. Omawiali coś z jednym z miejscowych. W chwili, kiedy weszłyśmy, jednocześnie obrócili się w kierunku drzwi. Wśród nich siedział Daishuu. Wstał z miejsca i uśmiechnął się na powitanie. Zmienił się nieco od naszego ostatniego spotkania. Przede wszystkim jego sylwetkę ozdabiał duży miecz, przymocowany do pleców i ten specyficzny ubiór; żadnych metalowych elementów, jedynie skórzane dodatki. Wszystko w kierunku jak największej swobody ruchów. Ktoś mógłby powiedzieć – dziwny ubiór jak na wojownika. Ale wystarczy tylko zobaczyć ich w walce. - Witam. Cieszymy się, że do nas dołączyłaś. - Witaj Daishuu. Prawie nic się nie zmieniłeś. To jest Alin. Dziewczyna dygnęła, jak na dobrze wychowana pannę przystało, jednocześnie zwiesiła głowę. Na pewno słyszała opowieści o wielkich wojownikach, Walczących, którzy nie wiedzą, co to strach i maja po swoje stronie wielką magię, która pozwala im wygrywać każdą potyczkę. Różne legendy i opowieści stworzyły z nich niemal pół-bogów. Więc nic dziwnego, że ciągle spotykali się z taka właśnie reakcją. Daishuu uśmiechnął się nieco zmieszany. Mnie to po prostu bawiło. - Panowie... Sheina Avaniara... Zgrzytnęłam głośno zębami, w obawie, że powtórzy to, co napisał tytułując list. Ale jednak nie. Z miejsca podniosły się trzy sylwetki. Na widok jednej zmroziło mnie. Była to kobieta, nie wysoka, szczupła, ubrana w niebieskie szaty. Długie blond włosy, związane starannie drobną wstążką, spływały jej na plecy. Wzrok miała zimny, nie uśmiechnęła się. - Co Ona tu robi? – spytałam zaskoczona. Wtedy się dopiero uśmiechnęła, niezbyt przyjaźnie. - Więc to by było na tyle, panie burmistrzu. Młody, wysoki mężczyzna podał dłoń mieszkańcowi i uśmiechnął się. - Spotkamy się wieczorem. Burmistrz potaknął na zgodę i czmychnął z gospody. - O co tu chodzi? Mężczyzna, który pożegnał burmistrza uśmiechnął się do mnie. - Pozwolisz, że porozmawiamy na górze? I skłoniwszy się lekko wskazał mi schody. Alin chwyciła mnie nerwowo za rękaw. Obawiałam się, że na górze będą omawiane sprawy, o których ona nie może wiedzieć, dla jej własnego bezpieczeństwa. - Zostań tu i zamów sobie coś do jedzenia. Za chwilę dołączę do ciebie. Podążając w górę schodów za Daishuu, starałam się uspokoić. Za mną poszła kobieta i dwaj pozostali Walczący. Weszliśmy do pokoju. Skromnie urządzony, wyposażony jedynie w najpotrzebniejsze sprzęty. Podejrzewałam, że to był jeden z najlepszych pokojów w tym lokalu. - Nazywam się Vien Al’inset – przedstawił się ten, który rozmawiał z burmistrzem. – To jest Serel Danis – wskazał mężczyznę, który zamknął drzwi pokoju. - A to jest Selena Reinin – wskazał na kobietę. - To wielki zaszczyt ciebie spotkać – i cała trójka skłoniła się głęboko, oprócz Seleny. Westchnęłam. - Od kiedy Walczący i Władający ustanowili zawieszenie broni? - Nie ustanowili. Nie jestem tu ze swego wyboru, i nie sądzę, żebym musiała się przed tobą tłumaczyć, Strażniczko. - Nie podoba mi się twoja…