Fantastyka · 6 min czytania
Z pamiętnika Sheiny... (41)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Noc... (siódmy miesiąc, drugi tydzień, drugi dzień)
„Były jeżyny i maliny, znalazłam nawet borówki i jagody, oraz kilka innych, niezidentyfikowanych owoców, których wolałam nie tknąć. Były i grzyby, których niestety nie znałam. Zastanawiałam się w między czasie zrywania owoców, czy aby nie zaryzykować ogniska. Co chwilę zerkałam w kierunku posłania. Żadnego ruchu. Nic się nie zmieniło. Kiedy wróciłam do Niego gorączką wyraźnie wzrosła. Rana się rozogniła. Było coraz gorzej. Maści było za mało, i była za słaba. A może jego organizm w tej chwili walczył z trucizną Ożywieńców...? Pamiętałam, jak to było ze mną. Trzeba przeczekać... Kompres zmieniałam niemalże co chwilę, i prawie również często biegałam po świeżą wodę. „Dlaczego do tej pory nikt nas nie znalazł?” Minęło już kilka godzin. Miałam nadzieję, że nie będę musiała długo być pozostawiona sama sobie. Przecież tak idealnie elfy mają zorganizowana obserwację całego Boru. Niepokój we mnie wzrósł, kiedy cienie zaczęły się wydłużać. Zbliża się wieczór, a za nim noc. Bór odżyje swoim drugim życiem, nieznoszącym obcych ciał na swoim terenie. Już całkowicie dotarło do mnie, że Shae się nie ocknie za szybko. Na pewno nie przed nocą. Nie będę mogła zasnąć. Nie będę mogła rozpalić ogniska. To będzie długa i ciężka noc... Robiło się coraz chłodniej. Słońce bezlitośnie zmierzało w kierunku horyzontu, na zasłużony odpoczynek po całym dniu pracy. Kiedy las zabarwił się czerwienią zachodzącego słońca, zaczęły się hałasy. Na początku niewinne i ciche. Lecz z każda minutą coraz wyraźniejsze. Kiedyś bałam się chodzić po lesie po zmroku. Ale przez tą moja podróż nauczyłam się nie bać. Lecz przypomniałam sobie, co to strach, kiedy jest się samemu w wielkim, ciemnym lesie, który szykuje różne nieciekawe sposoby na urozmaicenie spędzanej w nim nocy. „Żeby się obudził... Proszę, obudź się!” Mówi się również, że strach ma wielkie oczy. Tak, zdecydowanie. Większe od moich, o barwie ciemno pomarańczowej, niemal czerwonej, z tendencją do rozmnażania się i do uporczywego wpatrywania się we mnie. Pewnie z rosnąca ciekawością, bo się do mnie zbliżały. Z każdej strony. Dziwny i niecodzienny widok. Lewitujące oczy. Oczywiście wtedy było już wystarczająco ciemno, by nie widzieć, na jakim ciele były osadzone owe ślepia. Może to i lepiej. Dla mnie. Ze strachu cała drżałam. Ściskałam kurczowo Scyzoryk w nadziei, że nie będę musiała go użyć. No a ostatecznie, kiedy przyjdzie taka konieczność, to odpowiednio się sprawi. Cała moja wiara, nadzieja i... odwaga była w tym kawału metalu, o marnych rozmiarach. Przystosowanych do mnie. Tak... właścicielka była również marnych rozmiarów. I umiejętności. Jak przyjdzie co do czego, niczym się nie popiszę.…