Fantasy · 8 min czytania
Z pamiętnika Sheiny... (44)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Witajcie w Nanaderkh’en!” (siódmy miesiąc, drugi tydzień, trzeci dzień)
„Doprawdy mało jest rzeczy na świecie, które tak pozytywnie potrafią wpłynąć na mnie jak to miejsce. Nasz pochód nieśpiesznie zbliżał się ku przejściu pod wodospadem. Byłam ogromnie ciekawa jak bardzo mokra stamtąd wyjdę. Z początku wydawało mi się, że wodna wstążka spadająca ze skał jest niewiele szersza od przeciętnej rzeczki na początku swego biegu. Myliłam się. Wszystko było o wiele dalej i o wiele większe niż mi się na początku wydawało. Szliśmy już co najmniej godzinę a nie dotarliśmy nawet do połowy naszej drogi. Ale przynajmniej miałam okazję zobaczyć coś wspaniałego. Słońce znalazło się w zenicie i do wąwozu, dotychczas niemal w całości pochłoniętego przez cień wpadły słoneczne promienie, oświetlając ją całą. Cała dolina w jednej sekundzie zaczęła iskrzyć i błyszczeć. Powietrze zaczęło mienić się tysiącami kolorów, pomiędzy którymi zalśniła nitka tęczy. Trwało to chwilę, dopóki słońce nie przemieściło się po niebie. Widok przepiękny, lecz oślepiający. Na tą krótką chwile zatrzymaliśmy się w miejscu. Musieliśmy poruszać się ostrożnie. Droga nie była wprawdzie wąska, ale z jeden strony kończyła się przepaścią. Większość czasu szliśmy w milczeniu. Od czasu do czasu któryś z elfów coś powiedział w swoim języku. Shae w ogóle się nie odzywał. Sprawiał wręcz wrażenie nieobecnego duchem. Cały czas z głową spuszczoną wpatrywał się w koński łeb. Może nie chciał widzieć dokąd zmierzamy. Nie zareagował w żaden sposób w momencie, kiedy przejęłam od Rivilna uzdę i zaczęłam prowadzić jego konia. Nadal był bardzo osłabiony. - Nie martw się – szepnął do mnie Riviln. – Wyliże się. - Nie martwię się – skłamałam. Pewnie zbyt często spoglądałam w stronę Mrocznego. A moje kłamstewko i tak na nic się zdało. Riviln skwitował to krótkim uśmieszkiem. Ściana skalna, która z prawej strony zamykała drogę, zmieniła swoje oblicze. Przestała być idealnie pionowa, a pomiędzy drzewami pojawiły się ścieżki. Co jakiś czas ktoś pojawiał się, zatrzymywał i się nam przyglądał by po chwili ruszyć dalej. To znak, że nieuchronnie zbliżaliśmy się do samego miasta. Pomiędzy ścieżkami pojawiły się pierwsze domostwa, które wyglądały tak, jakby wyrastały ze skały. Wydawały się dość małe. A na drodze przed nami w skupieniu przyglądali się nam ich mieszkańcy. Niscy, z szerokimi barkami i grubymi ramionami oraz długimi czarnymi brodami. Rozmawiali pomiędzy sobą, w ogóle nie siląc się na dyskrecję. Szum wodospadu zagłuszał niektóre słowa, lecz kiedy podeszliśmy bliżej usłyszeliśmy ostatnie zdania. - Cóż za paskudztwo sprowadzają do tego pięknego miejsca nasi gospodarze? Wstyd! – mówił jeden, z młotem kowalskim w ręce, spoglądając na pasażera konia, którego prowadziłam. - Jak długo żyje takie zdarzenie nie miało miejsca! Czemu on nie jest w klatce?! Przecież to dzikie zwierze gotowe jest powybijać nas wszystkich! – mówił inny, krzyżując ręce na piersi. Shae lekko podniósł głowę i spojrzał na rozmówców, ale nic poza tym. Elfy nie zareagowały, a mi zrobiło się nie przyjemnie. Kiedy zaczęliśmy ich mijać z dumą i wyzwaniem w oczach oba osobniki spoglądały na Shae, który nawet nie odwrócił w ich stronę głowy. Jeden z nich splunął. - Mroczne plugastwo! – krzyknął. - A co wy o nim wiecie, że tak mówicie?! – zjeżyłam się. Dwójka krasnoludów zdziwiła się. Spojrzeli ku sobie a potem z odrazą na mnie, nie mówiąc już ani słowa. - Sheina, chodź już – zawołał Riviln. – Nie powinno ciebie to dziwić – powiedział szeptem, kiedy już do niego podeszłam. – Nie raz, niestety, będziesz miała okazję doświadczyć takich nieprzyjemności, zwłaszcza tutaj. - Nie wolno nikogo oceniać po wyglądzie – mruknęłam. – Nie ważne, jak bardzo był by odrażający, lub jakiekolwiek miał by pochodzenie. Powinno się oceniać po czynach. - Mają rację – doszło do mnie z góry. – W innych okolicznościach pozabijałbym ich bez wahania. Podniosłam wzrok i napotkałam jego błyszczące czarne oczy. Miał taki osobliwy wyraz…