Inne · 10 min czytania
Za dużo pytań?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Za dużo pytań? Polip był najzwyklejszym w świecie chłopakiem, człowiekiem z definicji. Nosił krótkie spodenki i hawajską koszulę. Siedział sobie na parterze budynku w którym mieszkał, konkretniej, najzwyklejszego w świecie domu rodzinnego z parterem i strychem. Tylko dach poprowadzony do ziemi wyróżniał tą budowlę o pomarańczowych ścianach. Polip siedział i gapił się w wyłączony telewizor. W pokoju było dość ciemno, a na zewnątrz panował upał. Polip nudził się do granic możliwości, a jego umysł wypełniała niezorganizowana pustka. Odgłos wskazówek zegara doprowadzał go do szału. Dlaczego tak było? Nie wiedział nawet sam Polip. Oczywiście najlogiczniejszym ruchem byłoby zrobienie czegokolwiek, żeby wyrwać się z tego odrętwienia. Z takiego założenia wyszedł również Polip gdy wyszedł z domu na podwórko z tyłu. Uderzyło go słońce znajdujące się od dłuższego czasu w zenicie, albo i nie, ale panował taki upał, że „w zenicie” było jak najbardziej adekwatnym stwierdzeniem. Trawa rosła nierówno ale Polip nie widział potrzeby jej przycinania. Ogródek otaczał krzywy, niski płotek z desek ułożonych tak że przestrzenie między nimi układały się w romby. Dom Polipa sąsiadował z czterema innymi i znajdował się na wysokim wzgórzu, kawałek od głównej drogi. Za ogródkiem mieszkali ostatni sąsiedzi w sześciennej, pomalowanej na żółto kostce. Ich posesja była otoczona takim samym płotkiem jak ogródek Polipa. Tam jednak trawa była równo ścięta, a spalinowa kosiarka stała dumnie przed wejściem do garażu, który znajdował się w piwnicy. Polip westchnął pocąc się obficie. Powiódł wzrokiem po krajobrazie rozciągającym się za żółtą kostką. Aż po horyzont rozciągały się pagórki porośnięte zbożem. Połacie zboża nie kołysały się bo nie było wcale wiatru. Piaskowa droga oddzielająca płotek Polipa od płotku sąsiadów wiodła do prostopadłej asfaltowej drogi kawałek dalej. Ta najbardziej główna ulica w okolicy była otoczona wysokimi liściastymi drzewami i prowadziła w dal, w górę i w dół, poza zasięg wzroku. Jako, że pustka nie zniknęła z umysłu Polipa po wyjściu do ogródka, chłopak zdecydował się przeskoczyć płotek i wolnym krokiem przejść obok posesji sąsiadów. W tak upalny dzień idealne byłoby zimne piwo, jakiś basen, ale Polip nie miał na to ochoty. Wiedział, że te działania nie zaspokoją jego potrzeb. Piwo najwyżej rozpuściło by resztki jego woli, a basen z drugiej strony pobudził do akcji, co doprowadziłoby do zabicia czasu i Polip znów obudziłby się w odrętwieniu słuchając wskazówek zegara. Nie, Polip chciał coś zrobić, ale chciał, żeby to było coś wyjątkowego, a zarazem zwykłego, coś co będzie mógł odczuć a nie do końca zrozumieć. Dlaczego? Ponieważ Polip był pewnego rodzaju poszukiwaczem doznań, ale nie koniecznie wrażeń. On szukał czegoś bardziej nietypowego, czegoś co dosłownie połechtało by jego stoickie uczucie odrętwienia. Jakiś narkotyk mógłby być odpowiedzią, ale Polip szukał czegoś prawdziwego; umysł był dla niego wystarczającym narkotykiem. Idąc i zadając sobie pytania na które nie było odpowiedzi Polip zauważył za płotem sąsiadów malutkiego, kremowego króliczka na fioletowej smyczy, a właściwie wstążce. Chłopak rozejrzał się na około i nie zauważył nikogo więcej. W tym momencie Polip uznał, że pójście gdzieś, co niektórzy mogliby określić jako „spacer” jest satysfakcjonującą opcją, pozwalającą na szwendanie się nie tylko własnemu ciału ale również na szwendanie się umysłu. Polip nie poprzestał jednak na tej decyzji i zadał sobie kolejne pytania: Po co miałby zabierać króliczka, kraść właściwie i zabierać go ze sobą na tą wyprawę? Dlaczego miałby to robić? Dokąd w ogóle pójdzie? Kontynuował rozważanie tych pytań oddalając się od zabudowań i głównej drogi, zmierzając piaskową drogą na otwarte pola z fioletową wstążką w dłoni i skaczącym na jej końcu kremowym króliczkiem. Tak minęło sporo czasu, budynki i wysokie drzewa zniknęły z pola widzenia, a słońce ciągle pozostawało w zenicie. Nie pojawiły się również odpowiedzi na pytania, a Polip ciągle czuł dziwną pustkę. Nagle króliczek zatrzymał się i zastrzygł uszami w stronę czegoś po lewej. Był to niewielki lasek iglasty, do którego odchodziła inna piaskowa droga. Ten zagajnik przyciągnął również uwagę Polipa i nie tylko dla tego, że na około rosło tylko zboże. Te drzewa był w całości pokryte śniegiem, który błyszczał w pełnym słońcu królującym na bezchmurnym niebie. Skąd ośnieżony, iglasty zagajnik pojawił się na środku pola, w taką pogodę? Tak myślał Polip przechodząc przez tą przedziwną knieję. Króliczek skakał niewzruszenie, a jego puste czarne oczy i ruchliwy nosek nie wyrażały specjalnego zaciekawienia. Polip dotknął jednego z drzew i potwierdził, że biała substancja to najprawdziwszy, zimny, mokry śnieg,…