Fantastyka · 11 min czytania
Za garść monet.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zwykły piątkowy wieczór. Jak zawsze Karster siedział w tym dniu w karczmie 'Pod uschniętym dębem' popijając swoje ulubione trunki. Siedząc tak, zawsze rozmyślał nad tym jak pozbawił kogoś życia, rodziny, pieniędzy, marzeń. Zabójca był wysokim dobrze zbudowanym brunetem o niebieskich oczach. Na twarzy miał bliznę jak sam na nią mówił 'pamiątkę z przeszłości'. Jego broniami były dwa krótkie miecze oraz pełno noże pokrytych po jego całym ubraniu. Jeżeli chodzi o jego odzienie było ono ciemne i skórzane. Najczęściej chodził z kapturem na głowie a gdy przystępował do morderstwa zakładał on swoją maskę. Jego maska była jasna a na niej był paskudny uśmiech. Jak on sam mówił 'Lepiej śmierć wygląda uśmiechnięta'. W karczmie każdy dobrze go znał, chociaż na początku nie lada wyzwaniem dla karczmarza Jousego było podejście do Karstera. Jednak z czasem sami się polubili i teraz jest uważany on przez Karstera jako dobrego przyjaciela co z ust zabójcy było nie lada zaszczytem. Sam Jouse był wąsatym mężczyzną o średnim wieku kiedyś był myśliwym jednak po tragicznym polowaniu jego brat został zagryziony przez wilki.Zrozpaczony musiał odziedziczyć po bracie karczmę. -Witaj no Karster! Wreszcie mi się udało do Ciebie dopchać. Dzisiaj naprawdę tłumy w tej karczmie no opowiadaj!-powiedział lekko zmęczony Jouse. -Co ja mam ci tu mówić...już nigdy nie wyruszę ze strażą gwardyjską na żadną misje. Jestem tego pewien będę pracował samemu.-powiedział zachrypniętym głosem zabójca. -Widzę, iż bez naszej wódki kazańskiej się nie obejdzie, Meggy natychmiast przynieść 2 kieliszki i Kazańską!-krzyknął karczmarz. Podeszła zgrabna młoda blondynka i podała mężczyzną alkohol uśmiechając się do Karstera. Zabójca również uśmiechnął się do niej. -Ładniutka ta twoja Meggy-powiedział zadowolony. -Tak ładna ta moja siostrzenica. Może jeszcze zostaniemy rodziną!-oświadczył Jouse. Karster na to tylko potrząsnął głową i po chwili wrócili do rozmowy o ostatniej misji zabójcy. -Było nas pięciu misja polegała na tym iż mamy zdobyć jaką runę od buntkowników...zresztą dalszy ciąg mnie nie obchodził, ważne było iż dużo płacą. Więc gdy doszliśmy do tego całego obozu mieliśmy się 'niepostrzeżenie' dostać do niej. Oczywiście ja musiałem odwalić całą brudną robotę zlikwidowałem strażników i wdrapaliśmy się na palisadę.Potem z tymi czterema durniami przechodziliśmy nad czuwającą strażą obocznymi drogami. Niestety albo stety jeden z moich towarzyszy potknął się i cały obóz był w gotowości aby odeprzeć nasz atak. Gdy oni ustawili się w szyku mnie już tam z nimi nie było, szybko dostałem się do jednej z baszt gdzie stało dwóch łuczników strzelających z góry do gwardyjnych podeszłem do nich i pozabijałem. Z tego miejsca było widać doskonale cały obóz. Widziałem śmierć strażników pod nadmiarem armii buntowników jedynym plusem było to iż przynajmniej odwrócili uwagę. Błąkałem się niezauważony po obozie i znalazłem budynek gdzie znajdowała się ta runa. Budynek przypominał kościół jednak był on cały pusty a na końcu budynku znajdował się pod jakimś polem relikt. Wtedy pojawił się jakiś kapłan, który trzymał w ręku trąbkę. Widziałem, że podkłada ją do ust wtedy szybko wyrzuciłem nóż prosto w jego szyję powodując zgon. Podszedłem wtedy do runy jednak to pole siłowe, którym była zakryta było tak potężne iż promieniowało moją rękę gdy złapałem kamienny relikt powoli traciłem czucie w mojej ręce. Gdy wyjąłem runę byłem na wpół przytomny. Wtedy właśnie zbiegło się kilku strażników. Byłem zbyt słaby by walczyć i uciekać. Wtedy Karster przerwał opowieść i wypił kieliszek wódki a Jouse patrzył na niego z niedowierzaniem, iż żyje. -Wtedy właśnie widziałem iż to pole siłowe szybko się rozrasta, powili dobiegłem za kotarę aby wypić eliksir, który pomógłby mi odzyskać siły i wtedy zauważyłem promieniste światło i wybuch. Na wprost przed niegdyś stojącą runą było wszytko zniszczone a ciała wrogów były spalone. Sam w to niedowieżałem. W obozie był okropny szok i zamieszanie więc łatwo wydostałem się z obozu. Oddałem runę magistrowi, który zlecił mi wykonanie zadania ,odebrałem nagrodę i odszedłem. -Ech, ty to masz życie, walki, przygody, magia-odparł karczmarz. Gdy Karster chciał pocieszyć przyjaciela nieoczekiwanie drzwi karczmy się otworzyły a w nich pojawił się ciemnie odziany mężczyzna. Na pierwszy rzut oka przypominał on demona. Szybki krokiem podszedł do zabójcy a ten trzymał już nóż w gotowości. -Ty jesteś ten zabójca Karster?-zapytał dosiadając się zasapanym głosem mężczyzna. -Ja jestem. Demon po zdjęciu kaptura okazał się mężczyzną. Był on łysy a na jego twarzy było widać mnóstwo znamion a na dodatek jedno jego oko było ślepe. Karczmarz odszedł od stołu pod pretekstem nowych klientów. -Zwą mnie Partas, słyszałem wiele dobrego o tobie wiem, iż za garść monet pomożesz mi zlikwidować pewną osobę. Karster wsłuchał się z powagą i dał znak, iż mężczyzna może kontynuować. -Na skraju Artemy (Jednego z potężniejszych miast) znajduje się klasztor, w którym uczą tajnych technik walk, którymi zabijają mieszczan, grabią, palą miasta. Chciałbym, żebyś zabił przywódcę tego klasztoru i każdego, który każe ci się przeciwstawić. Zapłacę ci 2000 sztuk złota. Karstera został bardzo zaskoczony, że otrzyma 2000 sztuk złota. Najczęściej dostawał 500-600 monet. -Kiedy mam zacząć?-odpowiedział po lekkim namyśle zabójca. -Najlepiej jak…