Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 29 min czytania

Za głosem serca

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Potrzebowałam wypoczynku. Chwil wyłącznie dla siebie, wśród ciszy i zieleni. Miałam już dosyć tej pogoni za niedoścignionym, dosyć napięć, obaw i stresu. Nie chciałam skończyć zniedołężniała w bujanym fotelu ze świadomością przegranej. Chciałam czerpać z życia, nim całkowicie przecieknie mi przez palce. Znałam jedno takie miejsce, w ciszy którego ciało odpoczywało, a dusza otwierała się na zupełnie nowe dźwięki – szum strumyka, szelest liści, trzask gałęzi.Dźwięki przyrody. Miejsce tak piękne, że aż magiczne. Miejsce,które człowiek obdarza miłością bądź nienawiścią od pierwszego wejrzenia – góry, w których nie byłam całe wieki.Spakowałam zatem walizkę i bez chwili namysłu ruszyłam przed siebie. Czułam, jak moja dusza wyrywa się naprzeciw spotkaniu z przyrodą, wyprzedza znacznie mój samochód. Jechałam niesiona wiatrem, wybijając na kierownicy rytm słuchanej melodii. Na miejsce dotarłam tuż przed zmierzchem, zmęczona długim siedzeniem za kierownicą, jednak ogromnie szczęśliwa. Zatrzymałam się u rodziny, której nie widziałam od siedmiu lat, a która to powitała mnie z ogromną radością. Po licznych uściskam postawiono przede mną smaczną kolację oraz relaksującego drinka. Zmęczenie szybko zrobiło swoje– już po chwili drink zaczął mnie rozbrajać, sprawiając, iż oczy stały się błyszczące, a policzki różowe. Zrzuciłam więc buty i tak siedziałam szczęśliwa, wpatrzona w szczyty gór tonące w zapadającym zmierzchu dotąd, póki nie usnęłam. Obudziłam się dopiero wtedy, gdy na moje posłanie padły wesołe promienie słońca. W pierwszej chwili nie miałam pojęcia, gdzie się znajduję. Leżałam w obcym łóżku,pod obcą pościelą. Po chwili dotarło do mnie, że to łóżko mojej ciotki, a ja sama jestem w karpackim. Przypomniał mi się cały poprzedni dzień i doszłam do wniosku, iż ostatnim, co pamiętam jest widok gór oraz nieba, na którym purpura zachodzącego słońca mieszała się z granatem zapadającej nocy. Siedziałam i zachodziłam w głowę, jakim cudem znalazłam się w łóżku. - Dobrze mi się zdawało, że wstałaś – usłyszałam głos ciotki, która właśnie stanęła w progu pokoju. - Chodź, przygotowałam ci śniadanie. Taka właśnie była moja ciotka. - Jak...- zaczęłam, co ciotka szybko podchwyciła. - Jak znalazłaś się w łóżku? Wujek cię tutaj przeniósł. - Spałaś jak suseł. - Ujrzałam zza ramienia cioci uśmiechniętą twarz wuja. - Nie ma to jak świeże górskie powietrze. Fakt. - Która godzina? - spytałam. - Ósma. Jeszcze jedna zaleta górskiego powietrza: szybko się człowiek wysypia. Grzechem było marnować ten piękny dzień, który malował się za oknem, toteż szybko wstałam,ogarnęłam się oraz zjadłam śniadanie, na które składały się płatki na mleku, tosty z dżemem oraz słodka czarna kawa. - mmmm... pyszne. Dzięki, ciociu – mówiąc to, cmoknęłam ją w policzek i zaczęłam pakować mały plecak. Wrzuciłam jedynie małą butelkę wody mineralnej, odtwarzacz mp3, aparat cyfrowy oraz środek na komary. - Trzymaj – usłyszałam. - Przygotowałam ci mały prowiant na drogę, bo pewnie nie dotrzesz na obiad. Trzy kanapki, dwa batoniki muesli, dwa banany i dwa jabłka. Aha, i sok pomarańczowy. - Ciociu, toż to dla całej rodziny by starczyło – roześmiałam się. - Bierz i nie marudź. Jeszcze mi podziękujesz. Górskie wędrówki sprawiają, że żołądek człowiekowi usycha z głodu. Wrzuciłam więc prowiant do plecaka,chwyciłam jeszcze okulary przeciwsłoneczne i już mnie nie było.Uzbrojona w błękitny dres, bawełnianą koszulkę oraz wygodne buty sportowe wyruszyłam za głosem serca. Szłam umiarkowanym tempem, wsłuchana w relaksującą melodię Enyi, chłonąc wzrokiem każdy centymetr przestrzeni rozciągającej się przede mną. Na początku podążałam wąskimi uliczkami, po obu stronach których wznosiły się domki jednorodzinne otoczone ogródkami, dziecięcymi ślizgawkami,rowerkami oraz altankami, na których rodziny często przygotowywały obiady oraz kolacje będące prawdziwymi spędami rodzinnymi. Na dalszym planie wszędzie wokoło wznosiły się góry pokryte mnóstwem zieleni oraz krystalicznie czyste błękitne niebo z wesołym słońcem. Czegóż więcej można by chcieć od życia? Kiedy skręciłam za ostatnim domkiem,droga zaczęła piąć się w górę. Na początku delikatnie,później pod coraz większym kątem, co ciało zaczynało odczuwać.Szłam jednak wytrwale i powoli do celu, co jakiś czas przystając na chwilę, by napić się wody oraz obejrzeć za siebie, gdzie oczom zaczynał ukazywać się widok miasta, które pozostawiłam za sobą.Wszystko to uwieczniałam aparatem, po czym ruszałam w dalszą drogę, aby coraz bardziej zagłębić się w las. Ścieżka stawała się coraz bardziej stroma, świat stawiał coraz większy opór, jak gdyby tylko wytrwałym pozwalał podziwiać swoje piękno. Nogi zaczynały mi ciążyć, coraz bardziej bolały mięśnie brzucha zmuszone do ciągłego napinania, ciało pod wpływem wysiłku zaczęło się pocić. Nic mi to jednak nie przeszkadzało. Pięłam się tam, gdzie prowadziło mnie serce – w miejsce, za którym krzyczała cała moja dusza. Oczy wyobraźni już widziały to, czego jeszcze wzrok nie zobaczył. Słońce świeciło coraz silniej,wszystko wokoło pachniało zielenią. Co jakiś czas przystawałam,by uzupełnić zapas płynów w organizmie lub zrobić zdjęcie.Czasami tylko po to, by przez chwilę móc podziwiać widok otaczających mnie drzew, wystających z ziemi olbrzymich korzeni,głazów, wspinającej się po konarach wiewiórki, skrawka błękitu wśród koron drzew oraz przebijających przezeń wesoło promieni słonecznych. W uszach wciąż rozbrzmiewały mi lekkie melodie Enyi,wprost idealne na samotne wędrówki górskimi ścieżkami. Nie wiem,ile czasu już wędrowałam. Góry mają to do siebie, iż kompletnie zatraca się w nich poczucie czasu. Droga nadal pięła się w górę,więc postanowiłam przystanąć na chwilę, zaczerpnąć sił, a przy okazji też poprawić włosy, które wymknęły się spod apaszki i niesfornie łaskotały mnie w kark. Rozpuściłam więc koński ogon, raz jeszcze zebrałam włosy w garść i już miałam je przewiązać błękitną jak niebo apaszką, gdy nagle zerwał się wiatr i porwał ją do tańca. Nie chcąc stracić ulubionej chustki,pognałam tuż za nią, by nie stracić jej z oczu. Nie zwróciłam uwagi na to, że przecież gdy wyruszałam w wędrówkę, wiatru kompletnie nie było i nic go nie zapowiadało. A tu nagle taki podmuch! Zaczęło mnie to zastanawiać dopiero później. Teraz ścigałam się z wiatrem, który wciąż bawił się moją chustką,podrywając ją co chwilę w górę i przenosząc o kawałek dalej,aż w końcu znikła mi z oczu gdzieś za najwyższym punktem ścieżki. Kiedy wreszcie dotarłam w to miejsce, moim oczom ukazał się nowy, piękny widok. Teraz droga nie wznosiła się już w górę,biegła równo i w jednym miejscu rozwidlała się, tworząc coś na kształt trójzębu. - No to ładnie! - mruknęłam i w tym samym momencie dojrzałam apaszkę uczepioną zielonych krzewów pełnych jeżyn przy jednej z odnóg ścieżki. Pognałam w to miejsce czym prędzej i wreszcie udało mi się schwycić moją zdobycz. Lecz wtedy też zaparło mi dech z wrażenia. Tuż za gęstwiną przebijał widok pięknej polany, na której wznosiły się ruiny jakiejś budowli częściowo przesłoniętej przez las. Po prostu musiałam zobaczyć to piękno w całej postaci. Nic mnie nie obchodziło, że gałęzie szarpią moje ubrania, drapią twarz, tarmoszą włosy, bo kiedy wreszcie stanęłam po drugiej stronie, wiedziałam, że to jest to,za czym krzyczała moja dusza, za czym galopowało moje serce. Czym prędzej uruchomiłam więc aparat i przystąpiłam do cykania fotek.Kiedy już uznałam, że wystarczająco uwieczniłam zewnętrzną część ruin oraz wszystko wokół mnie, dosłownie ległam na polanie wśród mnóstwa kolorowych drobniutkich kwiatków. Leżałam tak przez chwilę wpatrzona w lazur nieba nad sobą, upajając się szczęściem, aż wreszcie... usnęłam. Śnił mi się jakiś mężczyzna.Przystojny. Miał w sobie coś magicznego, nie potrafiłam jednak określić, na czym ta magia polega. Stał po prostu i uśmiechał się do mnie. „Kim jesteś? Skąd się tutaj wziąłeś?”,spytałam go, lecz w tym momencie mój sen pierzchł. Musiałam przysnąć zaledwie na chwilę, ponieważ gdy uniosłam powieki,wszystko wokół mnie było takie samo i słońce padało pod takim samym kątem. Zgłodniałam. W brzuchu burczało mi przeraźliwie, a więc zarządziłam czas na obiad. W duchu już dziękowałam ciotce za posiłek, który spożywałam w tempie błyskawicy. Połowę postanowiłam zachować na później,zwłaszcza, że głód zaspokoiłam porcją zerwanych z krzaków jeżyn. Zaspokoiwszy podstawowe potrzeby, uznałam, iż czas na dalsze zwiedzanie terenu. Niesamowicie ciekawiły mnie ruiny,postanowiłam więc zacząć od ich wnętrza. Jednak gdy tylko zbliżyłam się do ich ścian, moich uszu dobiegł szum wody.Strumień. Słońce nadal stało wysoko na niebie, stwierdziłam więc, iż przyda mi się trochę ochłody. Ruiny mogły zaczekać,miałam przecież mnóstwo czasu, więc udałam się w kierunku dźwięku. Nie musiałam długo iść. Już za kolejnym gęstowiem moim oczom ukazał się mały wodospad, u stóp którego rzeka tworzyła coś na kształt jeziora. To była Matka Natura w najczystszej postaci. Zewsząd otaczała mnie zieleń, pod stopami umykały mi zielone żaby, nad głową krążyły w tańcu różnobarwne ważki oraz motyle. Gdzieś w tle radośnie świergotały ptaki. Wokół pachniało wodą, lasem oraz słońcem. Tu przemknęła wiewiórka, tam mignęła sarna. Szczęśliwa, iż odkryłam tak piękny widok, nachyliłam się nad strumieniem. Woda była w nim krystalicznie czysta, blisko dna widać było pływające beztrosko ryby, których łuski w promieniach słońca mieniły się tęczowym blaskiem. Szybko ochlapałam sobie twarz, płosząc przy tym mieszkańców strumienia, następnie zaś zaczerpnęłam wody w garście, by się napić. Płyn był czysty i chłodny, a dzięki temu smaczny i orzeźwiający. Nie namyślając się wiele,uzupełniłam butelkę, w której zapas wody zdążył się niemal całkowicie wyczerpać. Stałam jeszcze jakiś czas, chłonąć całą sobą oraz okiem aparatu ów magiczny widok, aż w końcu uznałam,że czas zwiedzić resztki budowli. Cofnęłam się zatem na polanę,by podziwiać ją raz jeszcze, tym razem od innej strony. Ruiny były wysokie, widać było otwory, w których niegdyś znajdowały się okna. Gdzieniegdzie ściany były niemal nienaruszone, w innych obszarach całkowicie zburzone. Zastanawiałam się, czym dawniej była owa budowla i czemu tkwiła w głębi lasu. Czy było możliwym,iż dawniej lasu w tym miejscu w ogóle nie było? Tak wiele pytań rodziło się, gdy zwiedzałam to miejsce. Ze zdumieniem zauważyłam,iż w rogu widnieją także schody będące w całkiem niezłym stanie jak na swój wiek. Niegdyś musiały to być piękne drewniane schody. Wyobrażałam je sobie jako solidne, ciemne, z lakierowanego dębu, o pięknej takiej samej, prześlicznie wyrzeźbionej poręczy.Teraz owa poręcz była pokryta mchem, a gdzieniegdzie zbutwiała,same zaś schody wydrążyły korniki. Mimo tego jednak dawało się po nich wejść. Wiem, byłam szalona. Schody mogły przecież w każdej chwili zapaść się pode mną, przez co potłukłabym się niemiłosiernie, a nawet połamała. Już mniejsze ryzyko stwarzała wspinaczka po drzewach i wejście przez otwory okienne. Mimo tego postanowiłam spróbować. Stąpałam ostrożnie, powoli, najpierw oceniając stopą dany schodek, a dopiero potem na niego wchodząc.Może czuwał nade mną Anioł Stróż, a może po prostu sam diabeł,bo bezpiecznie, bez żadnych przygód, dotarłam cała na górę,gdzie brakowało dachu. W zamian niego nad częścią ruin wznosiły się korony drzew, które dawały jako takie schronienie. Z prowizorycznych okien rozpościerał się widok na polanę tonącą w złotym blasku słońca oraz mnóstwo szmaragdowej zieleni. Jakież było moje zdziwienie, gdy pod przeciwległą ścianą ujrzałam...łóżko. Nie nowe, ale też nie spróchniałe. Jedynie nadgryzione zębem czasu – o nieco koślawych ramach. Pościel jednak była dość nowa i co dziwniejsze – świeża. „Niemożliwe, żeby ktoś tu mieszkał”, pomyślałam. Mieszkał – przesadzone słowo. Już prędzej – przebywał. Ale kto i po co miałby przebywać wśród tych ruin? „Ponieważ tu pięknie”, zaraz odpowiedziałam sama sobie. Lecz kto mógłby to być? W pierwszym odruchu pomyślałam,iż bezdomny. Lecz pościel wcale na taką osobę nie wskazywała.Wręcz przeciwnie – był to ktoś czysty, zadbany. Wszystko to było dziwne, lecz nie miałam czasu się nad tym zastanawiać, bo oto zaczął padać deszcz. Nawet nie zauważyłam, kiedy niebo nade mną przesłoniły deszczowe chmury, z których teraz zaczynało siąpać coraz silniej. Gdzie mogłam się skryć, jeśli nie pod prowizorycznym dachem utworzonym z zieleni? Przysiadłam więc na łóżku i na powrót zatopiłam się w muzyce. Nie padało długo, choć niebo kilkakrotnie rozbłysło. Kiedy jednak deszcz począł ustawać, nad moją głową ukazała się prześliczna tęcza – ponoć symbol szczęścia. Uśmiechnęłam się więc, gdyż najwyraźniej świat mi sprzyjał i wtedy właśnie u mych stóp spoczął purpurowy liść.A zaraz za nim kolejny – złoty i jeszcze jeden – czerwony.Spadające różnobarwne liście w lipcu, w samym środku lata? To już zaczęło mnie zastanawiać, wychynęłam więc ze swojego kącika, by rzucić okiem przez okienną wnękę. Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałam tę samą polanę, lecz już pozbawioną drobniutkich kwiatków, pożółkłą, otoczoną mnóstwem różnobarwnych drzew, z których sfruwał deszcz złoto-rubinowych liści. - Dobry Boże! Jak to możliwe? - wykrzyknęłam sama do siebie. Minęło zaledwie pół godziny, odkąd ostatni raz widziałam świat całkowicie zielonym. Przecież nawet na jesieni liście nie usychają w zaledwie pół godziny! Nie trwa to nawet tydzień, a znacznie dłużej. To, co widziałam, stało w sprzeczności z prawami natury, a co dopiero logiki! Zaczęłam zastanawiać się, czy przypadkiem jeżyny nie były zatrute. Może miałam halucynacje? Skoro tak, wpadłam na pomysł, aby wszystko uwiecznić aparatem. Jeśli rzeczywiście miałam omamy, aparat w ogóle nie będzie miał w swej pamięci jesiennych fotografii,wszystkie będą zielone. Czym prędzej więc napstrykałam zdjęć zarówno z wnętrza ruin, jak i z polany. Cóż... Najwyraźniej zmieniła się pora roku, a więc także zmierzch zapadał znacznie szybciej.Niestety wzięłam to pod uwagę dopiero wtedy, gdy już zaczęło się ściemniać. Tkwiłam samotnie w głębokim lesie, bez jakiejkolwiek latarki, ba!, nawet bez głupich zapałek. Zaczęłam się zastanawiać, jak przeżyję w takich warunkach - w egipskich ciemnościach, wśród dzikich zwierząt. A właśnie... zdawało mi się, czy niedaleko usłyszałam jakiś szelest? Zaczynałam się bać. Nie było sensu wracać. Za długo by mi zeszło, nim dotarłabym do domu. Jedyną nadzieję dawały ruiny. No i stało w nich łóżko. Pognałam więc pędem w kierunku ceglanych…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%