Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 13 min czytania

Za-Granica 2

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

NIEUMARLI

Nie wiem, czy ktokolwiek jechał kiedyś na kamieniu, ale wyznać muszę, iż mocno przypomina to jazdę na żółwiu (pod warunkiem, oczywiście, że ktoś kiedyś dosiadał żółwia). Prędkości oszałamiającej głaz nie rozwija, zapewne wyprzedziłabym go znacznie na własnych nogach, jednakże objawiały mi się dwa problemy, zniechęcające mnie do samodzielnej wędrówki. Po pierwsze, moja kondycja, a raczej jej brak. Jak nic zdechłabym w połowie drogi dokądkolwiek. Po drugie, łażący głaz był jedyną za-graniczną istotą w okolicy i wyraźnie gdzieś teraz lazł. Logiczne wydało mi się sprawdzenie, gdzie też może zdążać. Miałam nadzieję, że może w jakieś interesujące miejsce. Postawiłam kropkę i schowałam notes do kieszeni. Prowadzenie dziennika na obcej ziemi mogło okazać się korzystne – jak już uda mi się odzyskać życie i zwiedzić tę krainę, to po powrocie do domu będę miała mnóstwo materiału do badań. Kamień w końcu się zatrzymał. Zdezorientowana, zlazłam zatem, cóż mi bowiem po siedzeniu na nieruchomym głazie? Otoczenie nie zmieniło się zbytnio, nadal byliśmy w lesie. – No i gdzieżeś nas tu przyniósł? – zwróciłam się z pretensją do milczącego uparcie kamienia. – Co tu jest do oglądania? Drzewa, trawa, drzewa i trawa! Ech, Boże, że też już na nikim polegać nie można! Wsiadaj tu, człowieku, na kamień, żyw nadzieję na atrakcje, i co? I guano! Kopnęłam z irytacją pobliski pień i z jękiem chwyciłam się za stopę. Pień jednak na mój kopniak zareagował. Zatrzeszczał, pokiwał się i wreszcie przewrócił, ukazując coś w rodzaju wejścia do podziemi. Mogło to być też zwyczajną dziurą w ziemi, ale moje oczy widziały w nim twardo wejście do podziemi i już! - Masz tu na mnie czekać! – przykazałam surowo głazowi i opuściłam się ostrożnie w głąb ziejącej czernią dziury. Przez pierwsze kilka minut schodziło się całkiem nieźle. Stawiałam sobie stopy na grubych korzeniach, które znalazły się tu Bóg jeden raczy wiedzieć skąd, skoro pień razem z korzeniami usunęłam celnym kopniakiem, ale nie wnikałam. Grunt, że miałam po czym schodzić. Wkrótce otoczyły mnie zupełne ciemności i nie pozostało mi nic innego, jak tylko macanie ścian tunelu w poszukiwaniu kawałków korzeni, głazów i innych przydatnych w taternictwie rzeczy. Mętnie zaświtało mi w głowie, że w taternictwie to tak raczej lezie się bardziej w górę niż w dół, w dodatku po Tatrach, a nie po jakimś zejściu do podziemi, które równie dobrze może być zwyczajną dziurą w ziemi… zaraz, zaraz, stop i wróć! To jest zejście do podziemi i tego poglądu będę bronić jak niepodległości! Machnęłam ręką dla dodania sobie animuszu, straciłam równowagę i korzenie przestały być mi potrzebne. Do środka ziemi zjechałam na tyłku, rozpaczliwie starając się hamować wszystkimi dostępnymi mi kończynami. Nie dało to żadnego rezultatu, prędkości nabierałam straszliwej, w zakręty wchodziłam z ostrym protestem własnych spodni i zelówek, pęd powietrza wycisnął mi łzy z oczu! No cóż, przynajmniej zyskałam pewność, że to naprawdę jest zejście do podziemi – pomyślałam sobie pocieszająco, mijając jakiś drogowskaz. Nagle moim oczom ukazał się kiepsko oświetlony koniec tunelu. - Ooo, nie, nie, nie… - zaczęłam w panice. Zanim zdążyłam uzupełnić wypowiedź jakąś soczystą inwektywą, tunel się skończył, wyrzuciło mnie w powietrze i runęłam na ziemię niczym wór kartofli. Chociaż podejrzewam, że kartofle uczyniłyby to z większą gracją… - No przecież nie żyję! – krzyknęłam w przestrzeń. – Jak jest się martwym, to podobno nie odczuwa się bólu, tak?! Mamrotając przekleństwa pod nosem pozbierałam się z podłoża i obejrzałam w skupieniu własną odzież. Cóż, wielkiej dziury na tyłku mogłam się spodziewać, ale i tak oszołomiła mnie swoimi rozmiarami. Jak nic musiałam znaleźć nowe spodnie! Choćbym miała zerwać je z gremlina czy innego stwora, gacie zdobędę! Ja tu z Ziemi przybyłam, prawda, jakoś prezentować się muszę! Tunel, jakby tu… o! Tunel zjeżdżający skończył się i znajdowałam się teraz w czymś w rodzaju przedsionka (Piekieł, zapewne). Z owego, niech będzie, że przedsionka, odchodziło pięć korytarzy, słabo oświetlonych przez ledwo tlące się pochodnie. - Ene due rabe, kopnął bocian żabę… Procedura wyboru nakazała skręcić mi w pierwszy od lewej. Pożyczyłam sobie jedną pochodnię (no przecież jest ich dużo!) i bez wahania wkroczyłam w mroczne otchłanie korytarza. Gdy emocja związana z szaleńczym zjazdem przestała mnie rozgrzewać, znienacka zrobiło mi się dość zimno. Lodowate krople strumyczkami spływające po ścianach potęgowały to uczucie i dość szybko zaczęłam szczękać zębami i zastanawiać się, czy przypadkiem nie wlazłam pod jakieś jezioro. Korytarz z czasem zaczął się zwężać i zniżać, więc nie mając wyjścia, ruszyłam dalej na czworakach. Poświęcenie okazało się zbędne – korytarz był świnia i to w dodatku ślepa. Zirytowana, wróciłam do przedsionka. - Ele mele dutki, korytarz malutki… Trzeci od prawej okazał się być zawalony. Wycofałam się do przedsionka zgrzytając zębami. - Wyszła kura na podwórze, spodobało się tam kurze… Drugi od lewej. - Ten ma działać! – Pogroziłam korytarzowi pięścią i weszłam weń. – Zaraz mi się wyliczanki skończą, jasny gwint! Korytarz miał na tyle przyzwoitości, by dokądś prowadzić. Dokąd, ciężko było mi stwierdzić, chociaż owe „dokądś” oglądałam teraz własnymi oczyma. Właściwie, to uczciwiej będzie rzec: wywalałam na to gały, a szczęka mi opadła, obijając stopy i po drodze kolana. Oto stałam przed monstrualnym kopcem złożonym z ziemi, wijących się robaków wszelkiej maści, kawałków… ludzkiego ciała chyba, mocno już rozłożonego, i Bóg wie, czego jeszcze! Pierwsze elementy okazały się aż nadto wystarczające, by aktywować odruch wymiotny. Całość oświetlona była zielonkawym, bladym światłem zdającym się pochodzić znikąd, a oświetlało ono trupy. Tak, trupy. Żywe trupy. - Ooo… - wyrwało mi się w upojeniu. Żywe trupy krzątające się wokół jakichś kotłów, to dopiero było coś! Spodobało mi się to zdecydowanie bardziej od kamienia z funkcją przemieszczania się. Rozentuzjazmowana podbiegłam do najbliższego umarlaka. - Miło mi cię poznać! – poinformowałam go rozradowana, energicznie potrząsając jego dłonią w geście powitania. Trup zgłupiał i najwidoczniej nie podzielał mojego szczęścia wypływającego ze spotkania.

*** - Wkraczamy? – spytał niepewnie jeden z członków Rady Wyższej. – Wlazła w kolonię Nieumarłych… - Tak? – spytał beztrosko Przewodniczący, błogo rozwalony na kanapie przed czymś w rodzaju telewizora, który transmitował moje poczynania. Na żywo! Członek Rady podreptał…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%